Największa strata czasu

Nie poszłam na magisterkę, przez co jestem rok za moimi rówieśnikami; nie pracuję w zawodzie i nie jestem na praktykach, a do tego nie zdobywam nowych kontaktów w branży. Nawarzone piwo czeka do wypicia, a ja siedzę z tą swoją nadwrażliwością na cokolwiek pszenicznego i tego piwa pić nie chcę. Mówili, że jak nie skończę teraz, to nigdy nie skończę, nie wrócę na uczelnię, bez pełnego wykształcenia zostanę i tylko sobie zaległości w życiu narobię i rok życia zmarnuję (jakbym co najmniej miała w planach ćpanie i prostytucję przez rok – Mamo, robię rok przerwy po licencjacie. Wyjeżdżam do Amsterdamu próbować wszystko, co jest w ofercie, wracam w sierpniu, pa! – Okej, tylko spakuj sobie skarpety! No kochani drodzy, szanujmy się – można o majtkach zapomnieć, ale nie o skarach!).

Za miesiąc będę znów w Polsce i co dalej?

Niektórzy robią rok przerwy po liceum, w trakcie studiów, a inni po studiach (lub nigdy). Jedni udają się na rok w Andy, by hodować lamy i poznać inny styl życia, a są też tacy, którzy lecą do Afryki nieść pomoc tym w potrzebie. W tym odważnym gronie są też osoby, które uczą się ponownie do egzaminów na studia lub jak ja, wyjeżdżają na wymianę (tak, według prawa holenderskiego, program au-pair to wymiana! #niepłacępodatków #boniemamzczego). Gdy się przyglądam polskim au-pair, znaczna większość wyjeżdża na trzymiesięczne programy wakacyjne lub na dłużej, kończąc liceum. Potem trafiają się takie kwiatki jak ja, które dzień po obronie licencjatu robią sajonara i wylatują pierwszym samolotem z kraju.

Z tą roczną przerwą jest tak, że jeżeli nie ma się jakiegoś ogólnego planu, to naprawdę można zmarnować cenny, młodzieńczy czas. Wyjechałam z myślą, że okej, nie mam pomysłu na magisterkę, a zawsze chciałam sobie pomieszkać w Holandii i się tego holenderskiego nauczyć. Pożegnałam kota i pojechałam. Będąc już na miejscu, postanowiłam wszystkiemu mówić tak (pomijając kwestie z paragrafu pierwszego, bo sama na siebie bym policji naskarżyła – życie konfidenta nie wybiera, 997 mam w Ulubionych). Intensywny kurs języka holenderskiego za 700 euro za miesiąc? Tak! …ale musiałam poprosić holenderską rodzinę o patronat w tej kwestii (i tak za mało mi płacą). Kurs się skończył i szukałam innej (tańszej) opcji nauki języka. W szpitalu mnie nie chcieli za wolontariusza, a pisałam nawet do firm, że oddam im swój mózg pełny pomysłów za darmo, byle mnie wzięli do biura i kazali gadać w ichniejszym języku. Oni już tacy chętni do mówienia tak nie byli. Na propozycję pracy w pobliskiej podstawówce powiedziałam tak, zanim się dowiedziałam, na czym robota polega (pozdrawiam mamę, która jak młotkiem wbiła mi w mój mało chłonny łeb zawsze jesteś chętna! hehe), a ostatecznie okazało się to być najbardziej rozwijającym doświadczeniem tego roku (nauczyłam się również prasować 7 koszul w czasie krótszym niż jeden odcinek Chirurgów oraz umiem się kłócić po holendersku, używając przekleństw). Pouczyłam trochę angielskiego, pokradłam trochę ciastek podczas lunchów, udawałam nie raz, że bawię się w chowanego, by mieć pięć minut ciszy i ogólnie uznałam, że podoba mi się robota w szkole. Po drodze zaczęłam pomagać w teatrze przy cotygodniowych występach, w zamian mogłam za darmoszkę je oglądać. No dopóki chodziło o muzykę to jeszcze okej, ale jak raz poszłam na kabaret… wszyscy się śmiali, a ja w translatorze tłumaczyłam żart sprzed dziesięciu minut. Mało zabawni ci Holendrzy, tyle powiem. Były jeszcze kolejne kursy holenderskiego, tym razem jeden wygrałam i o patronat żaden nie musiałam prosić, a drugi sama zapłaciłam, bo jestem #independentwoman i sama o siebie mogę zadbać (cudem udało mi się te 250 euro zachować, ale to było przed promocjami w COSie). Do tego popisałam sobie kilka artykułów tu i tam, wydałam pierwszego e-booka z opowiadaniami, regularnie piszę tu i no staram się jakoś ten czas sobie zagospodarować, zwiedzając kraj czy poznając koty ludzi. Wróciłam też do montowania filmów, bo regularnie od holendrów kradnę ich Macintosha i mogę bez tracenia włosów z nerwów i zajadania stresu robić sklejki na swojego YouTuba.

Uważam, że pomimo wielu negatywnych głosów, ten rok był na tyle produktywny, by powiedzieć, że zmienił moje życie. Może nie mam za sobą pierwszego roku magisterki i rocznego doświadczenia w zawodzie, ale umiem opowiedzieć historię Polski po holendersku, nie zgubię się już nigdy w Amsterdamie, odkryłam, co lubię robić (do tej pory wiedziałam, czego nie lubię, orzeźwiająca zmiana!) i wymazałam ze swojego słownika słowo wypadać, bo mamy XXI wiek i wszystko nam (w szczególności kobietom) wypada (włosy, zęby i wino z ręki niestety też). Były dni, które nic nie wnosiły, były nudne, bezsensowne i wtedy czułam, że wolałabym być na studiach, ale na szczęście było i znacznie mniej niż tych pełnych przygód. Myślę, że najważniejsze w takiej rocznej przerwie to korzystanie z każdej możliwej okazji, nawet jeżeli coś wydaje się mało interesujące. Do tego silny powód na taką przerwę, by przegonić ciotki na weselach, które będą zadawały pytania. Oraz dla siebie, by nie pogubić się jeszcze bardziej.

 

Jak odżywić przesuszone włosy?

Przez lata walczyłam z moimi włosami, bo nigdy nie były w konkretnym stylu: ani proste, ani kręcone, ani falowane, a tym bardziej nie ładne. W liceum się poddałam, zaczęłam je myć dwa razy w tygodniu, czesać raz w miesiącu, aby jakoś wyglądały wciskałam w nie pianki i sole morskie i na tym kończyła się pielęgnacja. Po trzech latach takich zabaw włosy trzeba było ściąć. Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem dziś, ominęłaby mnie ta traumatyczna sytuacja.

Skończyły się wymówki, że ja mam takie włosy i czerpiąc z wiedzy internetu, nauczyłam się dbać o to, co mam na głowie. A to wszystko podsumowałam w moim pierwszym tutorialu:

Podsumowując:

  1. Włosy czeszę tylko przed myciem (2 razy na tydzień), a by uniknąć kołtunów, śpię z włosami związanymi w palmę.
  2. Raz w tygodniu nakładam maskę na noc i chronię włosy czepkiem.
  3. Aby włosy były miękkie i odżywione, używam produktów z olejem arganowym.
  4. Wszelkie produkty spłukuję chłodną/letnią wodą, by nie przesuszyć bardziej włosów.
  5. Zamiast ręcznika, używam bawełnianego podkoszulka.
  6. Odżywki bez spłukiwania utrzymują włosy w pełnym nawilżeniu.
  7. Produkty do stylizacji często włosy przesuszają, dlatego warto zadbać o dodatkowe nawilżenie i szukać produktów przeznaczonych dla włosów kręconych.
  8. Olejowanie końcówek to podstawa!
  9. Korzystając z dyfuzora, ustawić temperaturę na minimalną, a dmuchanie na maxa. Głowa w dół – większa objętość.
  10. Gdy fale zaczną się puszyć, poskromić je olejkiem lub mieszanką wody z odżywką i spryskać delikatnie włosy.

Skoro ja dałam radę, to wszyscy dadzą radę. Do dzieła! ❤

2017-06-08 09.59.52 1.jpg

 

Dziwne akcje cz.6 „Imigranci”

Jestem emigrantką. Uświadomienie sobie tego zajęło mi równe sześć miesięcy (gdybym myślała w takim tempie co tyję, to byłoby klawo). Do tego czasu byłam Polką, która wyjechała z Polski, do Holandii, by nauczyć się holenderskiego, poszukać sensu swojego jestestwa, albo po prostu przez rok się przebimbać jako au-pair i nie płacić za rachunki i jedzenie. Gdy mówiono o imigrantach kierujących się ku Polsce, ja w żaden sposób się z nimi nie utożsamiałam. Ja przecież nie wyjechałam po pieniądze, w poszukiwaniu schronienia, przed niczym nie uciekałam. To co to ze mnie za emigrant?

Pytając mnie o zdanie w sprawie imigrantów, mówiłam zwykle tak: nie mam nic przeciwko, ale uważam, że powinni się asymilować, zaakceptować normy kraju, szanować tradycje i obyczaje. Myślałam, że jest to odpowiedzieć, która nikogo nie urazi, pokazuje, że jestem tolerancyjna z małym ale i nie daje pola do ataku ze strony pytającego. Bezpieczna wersja. A prawda była taka, że sama nie wiedziałam – z jednej strony panicznie się bałam tego, co pokazują media, dochodził strach przed nieznanym, a z drugiej? Przecież każdy z nas chce żyć w pokoju i się spełniać bez przeszkód.

Zmiana przyszła wraz z moim wyjazdem. Na kursie językowym poznałam dziewczynę, Nour, która wychowywała się w Palestynie, ale od nastoletnich lat mieszkała już w Kanadzie. Pięknie pisze i równie pięknie wygląda. Codziennie miała inne nakrycie głowy, w różnych kolorach i formach. Gdy zapytałam ją o to, czy jest to jej decyzja czy przymus religii, powiedziała, że mam wejść na jej bloga i zapoznać się z jej wspomnieniem o tym, jak zdecydowała, że chce nosić hijab (po angielsku, niestety). Ja, jako Europejka, tym bardziej Polka, nie miałam styczności z muzułmanami na tyle, co miałam z katolikami czy żydami. W głowie miałam obraz taki, jaki wykreował Internet, telewizja, opowieści taty z misji. Nour była wyzwolona, wykonywała wolny zawód, wyszła za Holendra, praktykowała swoją religię i była jak egzotyczny owoc, którego nawet w Lidlu na Tygodniu Kuchni Meksykańskiej nie znajdę. Z jej wpisu dowiedziałam się, że był to jej wybór, a jej mama starała się nawet ten proces trochę wstrzymać, by mogła dać sobie więcej czasu. Zaczęłam się zastanawiać – co jeżeli większość z tych strasznych, niebezpiecznych imigrantów jest jak ona? Mądre, utalentowane, wrażliwe i wartościowe jednostki? Od tamtej pory inaczej patrzę na kobiety Islamu, chcę znać historię każdej z nich i dowiedzieć się, co dla nich znaczy hijab i ich religia. Inaczej patrzę na osoby wychowane w innej kulturze. Z ciekawością, otwartym sercem i umysłem.

Przez pierwsze kilka miesięcy nie odczuwałam tęsknoty za domem i za Polską, bo byłam zbyt pochłonięta tym, co się dzieje tutaj, w Holandii (i jedzeniem stroopwafli, masła orzechowego i hagelslagu – to wszystko na raz). Przed Bożym Narodzeniem zaczęło się coś we mnie budzić, bo wokół nie było tak świątecznie jak w moim pięknym kraju kwitnącej cebuli. Z tego wszystkiego kolędy zaczęły lecieć od początku grudnia, ulepiłam pierogi, prezenty na Wigilię były gotowe tydzień przed wyjazdem na Święta i przebierałam nogami z niecierpliwości jak mewa w poszukiwaniu robaka. To wszystko było spowodowane rodzinnym okresem świątecznym, a nie tęsknotą za oscypkiem, Tatrami i plażą na Chałupach. Prawdziwa tęsknota zaczęła się dopiero w marcu. Fascynacja krajem karmelem cieknącym została zastąpiona codziennością, rutyną i przejedzeniem się masłem orzechowym z hagelslagiem. Sporą rolę w moim przypadku gra samotność. Kiedyś ktoś mnie zapytał, czy nie znam może kogoś chętnego do pomocy przy czymś w szkole. Gdy powiedziałam, że moi znajomi albo mają dwanaście lat, albo sześćdziesiąt albo mają cztery nogi, nie skumałam się jak smutno to brzmi. Odkryłam w sobie, że dopóki nie znajdę się w środowisku, które daje dostęp do ludzi, tak będę najbardziej samotnym człowiekiem na świecie, stąd mam kumpli w tutejszej podstawówce i na targu.

Zaczęłam rozumieć tych wszystkich imigrantów, którzy z całego świata przylatywali do Londynu i osiedlali się wśród rodaków, otwierali knajpy i sklepy z rodowitym jedzeniem, obchodzili święta, o których nikt w Anglii nie słyszał. Ja jestem tu z wyboru, sama tego chciałam, od niczego nie uciekłam, a czasami tak ciężko mi się tu odnaleźć. Mogę w każdej chwili wrócić do Gdyni czy zadzwonić do rodziców, a co by było, gdyby mój kraj nie pozwalał mi na powrót? Gdybym musiała zostać w Holandii dla własnego bezpieczeństwa? Też bym chodziła do kościoła, piekła polskie ciasta, lepiła pierogi i gotowała kapuchę. Oglądałabym polskie filmy, szukałabym skupisk Polaków i udzielałabym się przy polskich organizacjach. Zachowanie tożsamości w innym kraju jest wyzwaniem, zwłaszcza, gdy przez dwadzieścia dwa lata żyło się zgodnie z tradycjami i normami polskimi. Odbierając tożsamość imigrantom robimy im wielką krzywdę, bo czasami nic innego już im nie zostało od chwili wyjazdu z rodzimej ziemi. I mogę mówić ile chcę, że jestem obywatelem świata, ale prawda jest taka, że jestem Polką smalcem, bigosem i wódką ulepiona. I całe szczęście Holandia się nie różni jakoś drastycznie od Polski, ale gdy przyjeżdża taka Nour do Holandii, to przecież tu nic się nie zgadza! Czy wiecie kiedy jest Ramadan? Wiecie jak ciężko jest zachować post, gdy dookoła nikt nie kuma, że do zachodu słońca nic nie możesz jeść i pić? Ja nie wiem, ale Nour wie i nie raz mówiła, że najpiękniejszy Ramadan jest w Palestynie, gdy każdy każdego wspiera w postanowieniu, wspólnej modlitwie i czuć świąteczny klimat. Ja sama odczuwałam potrzebę pójścia do kościoła przed Bożym Narodzeniem i mogłam to śmiało zrobić, bo kościół katolicki jest zaraz obok protestanckiego. Ale czy Nour w Polsce by mogła bezpiecznie udać się do meczetu? No ja nie wiem… wśród moich znajomych w Facebooku są tacy, co otwarcie mówią, że meczetów w Polsce nie powinno być.

Jak już pisałam przy poście o feministkach, zachowuję bezpieczny polityczny dystans, ale w tym przypadku chciałabym uświadomić swoich bliskich, znajomych i czytających tego bloga, że bycie emigrantem to więcej niż wyjazd za granicę. To próba budowania swojego życia na nowo, od zera, a jedynym budulcem jest to, co już się wie i umie – kultura, tradycje, zwyczaje, nawyki. Przyczyna emigracji? Cokolwiek – pieniądze, miłość, bezpieczeństwo, rodzina, praca, nauka. I co ważne, emigrantem jest każda osoba, która emigrowała z własnego kraju. To nie tylko Syryjczyk szukający schronienia. To również jestem ja i Jan Paweł II też, bo wyjechał do roboty do Włoch.