Największa strata czasu

Nie poszłam na magisterkę, przez co jestem rok za moimi rówieśnikami; nie pracuję w zawodzie i nie jestem na praktykach, a do tego nie zdobywam nowych kontaktów w branży. Nawarzone piwo czeka do wypicia, a ja siedzę z tą swoją nadwrażliwością na cokolwiek pszenicznego i tego piwa pić nie chcę. Mówili, że jak nie skończę teraz, to nigdy nie skończę, nie wrócę na uczelnię, bez pełnego wykształcenia zostanę i tylko sobie zaległości w życiu narobię i rok życia zmarnuję (jakbym co najmniej miała w planach ćpanie i prostytucję przez rok – Mamo, robię rok przerwy po licencjacie. Wyjeżdżam do Amsterdamu próbować wszystko, co jest w ofercie, wracam w sierpniu, pa! – Okej, tylko spakuj sobie skarpety! No kochani drodzy, szanujmy się – można o majtkach zapomnieć, ale nie o skarach!).

Za miesiąc będę znów w Polsce i co dalej?

Niektórzy robią rok przerwy po liceum, w trakcie studiów, a inni po studiach (lub nigdy). Jedni udają się na rok w Andy, by hodować lamy i poznać inny styl życia, a są też tacy, którzy lecą do Afryki nieść pomoc tym w potrzebie. W tym odważnym gronie są też osoby, które uczą się ponownie do egzaminów na studia lub jak ja, wyjeżdżają na wymianę (tak, według prawa holenderskiego, program au-pair to wymiana! #niepłacępodatków #boniemamzczego). Gdy się przyglądam polskim au-pair, znaczna większość wyjeżdża na trzymiesięczne programy wakacyjne lub na dłużej, kończąc liceum. Potem trafiają się takie kwiatki jak ja, które dzień po obronie licencjatu robią sajonara i wylatują pierwszym samolotem z kraju.

Z tą roczną przerwą jest tak, że jeżeli nie ma się jakiegoś ogólnego planu, to naprawdę można zmarnować cenny, młodzieńczy czas. Wyjechałam z myślą, że okej, nie mam pomysłu na magisterkę, a zawsze chciałam sobie pomieszkać w Holandii i się tego holenderskiego nauczyć. Pożegnałam kota i pojechałam. Będąc już na miejscu, postanowiłam wszystkiemu mówić tak (pomijając kwestie z paragrafu pierwszego, bo sama na siebie bym policji naskarżyła – życie konfidenta nie wybiera, 997 mam w Ulubionych). Intensywny kurs języka holenderskiego za 700 euro za miesiąc? Tak! …ale musiałam poprosić holenderską rodzinę o patronat w tej kwestii (i tak za mało mi płacą). Kurs się skończył i szukałam innej (tańszej) opcji nauki języka. W szpitalu mnie nie chcieli za wolontariusza, a pisałam nawet do firm, że oddam im swój mózg pełny pomysłów za darmo, byle mnie wzięli do biura i kazali gadać w ichniejszym języku. Oni już tacy chętni do mówienia tak nie byli. Na propozycję pracy w pobliskiej podstawówce powiedziałam tak, zanim się dowiedziałam, na czym robota polega (pozdrawiam mamę, która jak młotkiem wbiła mi w mój mało chłonny łeb zawsze jesteś chętna! hehe), a ostatecznie okazało się to być najbardziej rozwijającym doświadczeniem tego roku (nauczyłam się również prasować 7 koszul w czasie krótszym niż jeden odcinek Chirurgów oraz umiem się kłócić po holendersku, używając przekleństw). Pouczyłam trochę angielskiego, pokradłam trochę ciastek podczas lunchów, udawałam nie raz, że bawię się w chowanego, by mieć pięć minut ciszy i ogólnie uznałam, że podoba mi się robota w szkole. Po drodze zaczęłam pomagać w teatrze przy cotygodniowych występach, w zamian mogłam za darmoszkę je oglądać. No dopóki chodziło o muzykę to jeszcze okej, ale jak raz poszłam na kabaret… wszyscy się śmiali, a ja w translatorze tłumaczyłam żart sprzed dziesięciu minut. Mało zabawni ci Holendrzy, tyle powiem. Były jeszcze kolejne kursy holenderskiego, tym razem jeden wygrałam i o patronat żaden nie musiałam prosić, a drugi sama zapłaciłam, bo jestem #independentwoman i sama o siebie mogę zadbać (cudem udało mi się te 250 euro zachować, ale to było przed promocjami w COSie). Do tego popisałam sobie kilka artykułów tu i tam, wydałam pierwszego e-booka z opowiadaniami, regularnie piszę tu i no staram się jakoś ten czas sobie zagospodarować, zwiedzając kraj czy poznając koty ludzi. Wróciłam też do montowania filmów, bo regularnie od holendrów kradnę ich Macintosha i mogę bez tracenia włosów z nerwów i zajadania stresu robić sklejki na swojego YouTuba.

Uważam, że pomimo wielu negatywnych głosów, ten rok był na tyle produktywny, by powiedzieć, że zmienił moje życie. Może nie mam za sobą pierwszego roku magisterki i rocznego doświadczenia w zawodzie, ale umiem opowiedzieć historię Polski po holendersku, nie zgubię się już nigdy w Amsterdamie, odkryłam, co lubię robić (do tej pory wiedziałam, czego nie lubię, orzeźwiająca zmiana!) i wymazałam ze swojego słownika słowo wypadać, bo mamy XXI wiek i wszystko nam (w szczególności kobietom) wypada (włosy, zęby i wino z ręki niestety też). Były dni, które nic nie wnosiły, były nudne, bezsensowne i wtedy czułam, że wolałabym być na studiach, ale na szczęście było i znacznie mniej niż tych pełnych przygód. Myślę, że najważniejsze w takiej rocznej przerwie to korzystanie z każdej możliwej okazji, nawet jeżeli coś wydaje się mało interesujące. Do tego silny powód na taką przerwę, by przegonić ciotki na weselach, które będą zadawały pytania. Oraz dla siebie, by nie pogubić się jeszcze bardziej.

 

To zmieniło całe moje życie

Kto czytał moją Odę do braku pomysłu na siebie, ten wie, jak bardzo się po życiu kręciłam i ile było we mnie niezdecydowania. Stąd uważam, że jestem właściwą osobą, by pomóc innym wyjść z tej niedoli wczesnej dorosłości i odpowiedzieć sobie na pytanie: co ja w ogóle chcę robić?

 Once upon a time I wanted to be… składa się z trzech rozdziałów: kim jesteś, czego chcesz, ogarnianie sobie roboty. Pierwsze dwa to studium siebie i refleksja nad swoimi umiejętnościami, atrybutami jak i wadami oraz analizowanie przeszłości. Nie powinno się przeskakiwać zadań, ponieważ każde pytanie prowadzi do wielkiego finału i możemy ominąć ważne kwestie poprzez skakania po książce. Gdy nie znałam odpowiedzi na jedno z pytań, dałam sobie czas. W końcu sama przyjdzie do głowy. Ale po kolei (jestem okropna z dygresjami, potrafię opowiadać najdłuższe historie stworzone z samych wtrąceń haha). Aha, no i tu nie ma dobrych i złych odpowiedzi, nie ma tu klucza, to nie matura. Książka w Polsce nie jest dostępna stacjonarnie, dlatego trochę Wam pomogę i zdradzę co jest w środku (mimo wszystko zachęcam do kupna!)

19222863_1865429337039774_1112757058332109053_o

Rozdział 1. Kim jesteś?

To jest jeden wielki quiz. Osiem podrozdziałów. 

Tutaj padają pytania o najlepsze i najgorsze cechy, mocne i słabe strony, hobby, z czego jest się dumnym, z czego już mniej. Następnie trzeba się zdecydować i zdradzić ulubione miasto, zwierze, markę, firmę, kolor, wspomnienie, czynność. Chodzi tu o bardzo silną refleksję i doprecyzowanie się. Banalne pytania o ogromnej sile, które mogą otworzyć oczy i dać wskazówki do kolejnych zadań. W trzecim podrozdziale należy dokończyć zdania. Jak tylko się chce – pierwsze co przychodzi do głowy ląduje na papierze.

  • Jestem…
  • Wierzę…
  • Potrafię…

i wiele innych. Czwarty podrozdział to zbiór przymiotników i należy wybrać, z którymi się utożsamiamy i dlaczego. To „dlaczego” jest tu kluczowe, ponieważ możemy myśleć, że jesteśmy charyzmatyczni, ale szukając przykładu z życia, może się okazać, że tej charyzmy brakuje. W piątym podrozdziale trafiamy na typowy test psychologiczny (kto studiował kierunki socjo/psychologiczne lub działał w organizacjach studenckich, ten na pewno zna ten test). Test czerwony, żółty, niebieski, zielony – określenie swojego charakteru za pomocą koloru. Oczywiście jest to z przymrużeniem oka (a nawet dwóch), bo niektórzy są trzema kolorami na raz, w zależności od dnia i poziomu cukru we krwi (no chyba nie tylko ja tak mam, nie oszukujmy się). W szóstce może zrobić się niekomfortowo… Trzeba poprosić pięć ważnych dla siebie osób, by odpowiedziały na takie pytania jak:

  • Jakie według Ciebie są moje najlepsze cechy?
  • Jakie według Ciebie są moje najgorsze cechy?
  • W czym według Ciebie jestem dobry/a i kiepski/a?

i kilka innych. Trochę przerażające, bo nikt nie chce się słuchać o swoich wadach. Ale trzeba. Bo w moim przypadku się okazało, że to, co uważałam za wadę, inni postrzegali za atut #ideał. W siódmym podrozdziale ważna jest wdzięczność i planowanie przyszłości. Najpierw leci lista rzeczy, za której jest się wdzięcznym. KAŻDA. MAŁA. RZECZ. Następnie trzeba się zastanowić nad tym, co materialnego chciałoby się posiadać oraz jakie niematerialne rzeczy nas interesują, a potem umiejscowić to wszystko na przestrzeni 1 roku, 5 lat i całego życia. Na koniec należy wypisać pięć rzeczy, które chciałoby się zmienić na świecie oraz wytłumaczyć, w jaki sposób by się to osiągnęło.

Na koniec rozdziału pierwszego dodatkowe zadanie to elevator pitch. Co? Już tłumaczę. Wyobraź sobie, że wsiadasz do windy, a w niej jest osoba, która spełni twoje wszystkie marzenia, ale musisz ją do tego przekonać. Masz ograniczony czas, bo winda w końcu się zatrzyma. Twoim zadaniem jest przedstawieniem siebie jako produktu i sprzedanie się (lol) jak najlepiej, by ta osoba zainwestowała w Ciebie każdy swój grosz. Gotowe? No to teraz mam pytanie. Zainwestował/abyś się w siebie samą, gdybyś usłyszał/a swoją prezentację? 

Rozdział drugi. Czego chcesz?

Po ukończeniu pierwszego rozdziału, ma się już większe pojęcie o tym, kim się jest. Silne podstawy, można teraz na tym budować. Druga część książki zaczyna się jednymi z ciekawszych pytań – wspomnienie pierwszej pracy, ulubionych przedmiotów w szkole, z czego było się niezłym w przeszłości i jakie lekcje się wyciągnęło z czasów szkoły, uniwersytetu czy pracy, której się nie lubiło. Dwa ulubione to kim chciałam być będąc dzieckiem i dlaczego już tego nie chcę. Nie zadaje się zwykle tych dwóch pytań razem, a odpowiedź mnie bardzo zaskoczyła. Po tym podrozdziale zaczyna się część zawodowa. Tutaj dochodzimy powoli do tego, jaka praca jest nam pisana. EKS-CY-TU-JĄ-CE! Na początek tworzymy listę 10 zawodów, które uważamy za ciekawe i fajne, nawet jeżeli samemu się nie widzimy w tej roli. Kolejnym zadaniem jest stworzenie biznesplanu, ale! trzeba to zrobić bardzo po swojemu. Ja rysowałam, kaligrafowałam, no cuda na kiju! Ten plan musi być bardzo personalny, nie koniecznie profesjonalny. Plan podzielony jest na cztery części – analiza, marketing, finanse i proces twórczy. Po wykonaniu całości, trzeba zdecydować, które z tych czterech części podobały się najbardziej i sprawiły najwięcej przyjemności (tutaj się dowiedziałam, że nie znoszę marketingu i w przyszłości będę szukała jako biznes partnerów ludzi, którzy lubią finanse i właśnie marketing). Ta książka to ciągła podróż po swoim umyśle i czasami, gdy nie do końca się wie, czego się chce, warto się dowiedzieć, czego się na pewno nie chce. I na tym polega podrozdział czwarty. Padają pytania o najgorsze cechy, czego się nienawidzi, czym się nie jest i, najważniejsze, jakie rzeczy nie powinny być związane z przyszłą pracą (np. brak możliwości rozwoju, każdy dzień taki sam). Przechodzimy do piątego podrozdziału, który mi akurat się nie przydał, ale jest dosyć ciekawy. Tutaj uczymy się planowania za pomocą kalendarza! Kto jeszcze nie pokochał kalendarzy, może się tu przekona. Szósta część jest przeciwieństwem czwartej – zamiast tego, czego nienawidzimy, piszemy co kochamy, co w sobie lubimy i czego szukamy w wymarzonej pracy (np. zmieniać ludzkie życia, być dumnym z siebie). Dochodzimy do clue podręcznika. Praca. Mamy listę dziedzin i wykreślamy te, które nas nie interesują. Następnie lista zawodów – wykreślamy to, co do nas nie pasuje. Z tego co pozostało, trzeba wybrać dwadzieścia, a z tych 20 zawęzić listę do pięciu (decyzje decyzje!). Mając te pięć zawodów na kartce, trzeba się teraz udać do osób, które ten zawód wykonują i zapytać: czy Twoja praca Ciebie zadowala? Co lubisz najbardziej w swojej pracy? A czego nie? Mając te odpowiedzi, warto porównać je ze swoimi wymaganiami odnośnie swojej wymarzonej pracy. Pokrywają się? Strzał w dziesiątkę! Na koniec krótkie zadanie – trzeba wypisać rzeczy, które chcemy odpuścić – żal do kogoś, niespełnione marzenie, które nic nie wniesie do życia, kompleksy.

Rozdział trzeci – zdobywamy pracę!

Tutaj niewiele mogę napisać, oprócz tego, że w tym rozdziale znajdują się porady związane ze zdobywaniem pracy. Ja sobie ten rozdział zachowałam na czas, gdy będę faktycznie znów szukać pracy (czyli od października!), ale poniżej macie zdjęcie jednej ze stron.

Oprócz tych pytań, po drodze znajdują się również sentencje (okej, nie jestem fanką tekstów motywacyjnych, ale te zawarte w książce to złoto) i zadania typu zrób 10 rzeczy, które Cię przerażają albo przez tydzień nie mów o sobie (to było na maksa ciężkie #egoponadchmury). 

2017-06-19 10.24.02 1.jpg

Dzięki tej książce uporządkowałam samą siebie. Wiem czego chcę i jakiej drogi mam się trzymać. Wybrałam z listy pięć zawodów, które w których siebie widzę i czuję się pewnie z podjętą decyzją. Oczywiście, nigdy nie wiadomo, co nam życie przyniesie, ale lepiej jakiś cel sobie obrać, mimo wszytko! Polecam ten podręcznik każdemu, nawet osobom, które wiedzą, czego chcą, ponieważ sama na sobie sprawdziłam, że człowiek może sobie wmówić, że pilotem i lekarzem zostanie, nawet gdy wszystkie znaki na niebie temu przeczą.

Co uważacie? Pomogłoby?

Książka jest dostępna w internecie (wiem, że Amazon ją wysyła do PL), stacjonarnie tylko Holandia. 

6 sposobów na lato

Maturzysto (po części i studencie)! Zdawanie matury ma to do siebie, że jest w pakiecie z najdłuższymi wakacjami szkolnymi. Ponad pięć miesięcy bez sprawdzianów, lektur szkolnych, stresu i porannego zastanawiania się, czy matura jest naprawdę Ci potrzebna. Będąc pomiędzy powtórką z matematyki a konwersacjami z angielskiego, zacznij układać plan na lato. Niektóre działania będą wymagały wcześniejszej reakcji, a w maju już może być za późno. Studentom też się to mimo wszystko przyda. Zanim ruszy rok studencki, warto zainwestować ten czas w samorozwój, zdobyć cenne doświadczenie i umiejętności – polepszyć swój angielski, poznać nowe programy edytorskie, spróbować nowych sportów czy po prostu odkryć swoje zainteresowania.

1.Praca w szkołach sportów wodnych

Zanim zaczęłam uczyć maluchy pływać na desce i zostałam organizatorem półkolonii, przez kilka poprzednich sezonów wykonywałam inne prace w obrębie szkoły sportów wodnych. Pomagałam bosmanowi, prowadziłam biuro klienta, dbałam o grafik instruktorów i asystowałam przy szkoleniach. Po pracy mogłam za darmo uczyć się pływać pod okiem kolegów-instruktorów, a do tego poznałam grupę świetnych ludzi. To wszystko dało mi dostęp do sprzętu, wiedzy o windsurfingu i kitesurfingu oraz bagaż doświadczenia, który z roku na rok był coraz bardziej wartościowy (mam za sobą dwa najlepsze sezony jako kierownik półkolonii windsurfingowych, a wszystko zaczęło się od wieszania pianek).  

Wskazówka: Szkoły często poszukują pomocników bosmana (beachboy) i pracowników biura. Warto zaryzykować, wysłać swoje CV, film o sobie lub zadzwonić – nawet jeżeli nie masz pojęcia o żeglarstwie, a masz w sobie zapał i chęć nauki, spróbuj! Niedługo szkoły zaczną rekrutację (sieplywa.pl udostępnia oferty pracy kite/wind), zatem trzymaj rękę na pulsie! Jeżeli nie mieszkasz nad morzem, upewnij się, czy będzie Tobie zagwarantowany nocleg lub pomoc w jego szukaniu. Może i Ty za kilka sezonów będziesz prowadzić własne kolonie lub zostaniesz instruktorem kite/wind!

2. Opiekun kolonijny

Pamiętasz swojego ulubionego opiekuna na jednym z obozów wakacyjnych? Jeżeli tak samo jak on potrafisz pozytywnie wpływać na innych, jest w Tobie wulkan pomysłów, a do tego lubisz działać z dziećmi, może warto zdobyć uprawnienia na wychowawcę kolonijnego? Niektóre placówki oferują kurs hybrydowy: pierwsza część to teoria online – otrzymujesz pakiet informacji i Twoim zadaniem jest się z nim dokładnie zapoznać, druga to jednodniowe szkolenie, w trakcie którego dowiesz się o metodach pracy z dziećmi, zostanie również poruszony temat praw i obowiązków opiekunów oraz kwestie bezpieczeństwa. Całość zakończona jest egzaminem. Te uprawnienia dają Tobie możliwość pracy np. na obozach, półkoloniach i wycieczkach.

Wskazówka: Kursy organizowane są w każdym większym mieście, a dokument uprawniający otrzymuje się w przeciągu kilku dni. Osobiście mogę polecić http://www.ewychowawca.pl – i pod względem merytorycznym, jak i finansowym.

3. Kursy językowe

Wakacje to czas na odpoczynek od nauki, ale gdy uczysz się w praktyczny i ekscytujący sposób, tradycyjna szkolna ławka nawet nie przejdzie Ci przez myśl! Szkoły językowe organizują obozy, które trwają od jednego tygodnia do całego miesiąca. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że odwiedzasz kraj, w którym twój wymarzony język jest tym ojczystym! Marzy Ci się płynnie mówić po angielsku? Wyjazd na kurs językowy w Anglii jest idealnym rozwiązaniem. Zajęcia są prowadzone w przyjaznej atmosferze, w ofercie są również wycieczki, a zakwaterowanie jest… u obcokrajowców! Dokładnie! Styczność z językiem jest nawet po całym dniu intensywnej nauki.

Wskazówka: Szukając obozów, upewnij się, czy szkoły posiadają odpowiednie uprawnienia (British Council) i poczytaj opinie na forach. Przygotuj się na wysoki koszt takiego wyjazdu!

4. Kanał lub blog

Pokazanie światu tego, w czym jesteśmy najlepsi, może okazać się najlepszą decyzją w życiu. Obecnie dzięki mediom społecznościowym możemy bardzo łatwo dotrzeć do ludzi, którzy mają podobne zainteresowania. Nawet jeżeli nie masz hobby lub nie czujesz się w czymś mocny, warto zacząć prowadzić bloga czy otworzyć własny kanał na YouTube. W wakacje się tyle dzieje – koncerty, festiwale, warsztaty. Sprawdź biuletyn swojego miasta, wybierz ciekawe wydarzenia, a następnie zdaj relację na swojej stronie. Może nagrasz vloga albo zrobisz zdjęcia? Otaguj swoje dzieło nazwą wydarzenia, by zdobyło większe zainteresowanie.

Wskazówka: Nic ciekawego się nie dzieje w pobliżu? Spróbuj wymyślić jakiś wakacyjny challenge: codziennie rób zdjęcia, rysuj, pisz, nagrywaj, pomagaj jednej osobie, gotuj, udzielaj się społecznie przez godzinę, biegaj, rób coś nowego – a to wszystko dokumentuj na swoim kanale lub we wpisie na blogu. Zobaczysz jaki zrobisz progres w trakcie tych kilku miesięcy, a do tego inni zobaczą, że masz coś ciekawego do pokazania i lubisz działać. Na studiach tacy ludzie są rozchwytywani przez organizacje studenckie!

5. Au-Pair

Trzy miesiące to idealny czas na poznanie nowej kultury, naukę języka obcego i pomieszkanie w innym kraju. Program au-pair jest dedykowany dla osób, które lubią dzieci i chętnie spędzają z nimi czas. Letnie wyjazdy są organizowane do Holandii, Hiszpanii, Anglii, Niemczech i innych, europejskich krajów. Au-pair mieszka z host-rodziną, otrzymuje kieszonkowe (kwota różni się zależnie od miejsca pobytu), swój własny pokój oraz zagwarantowane ma wyżywienie. Kilka godzin dziennie poświęca opiece nad maluchem i niewielkim pracom domowym, a w wolnych chwilach może uczęszczać na kursy językowe i poznawać uroki kraju. Wyjazd może być zorganizowany przez agencję, która pomaga szukać rodzin lub na własną rękę, dzięki stronom internetowym, na których rodziny wstawiają ogłoszenia.

Wskazówka: Warto dokładnie sprawdzić rodzinę, do której się wybieramy, poznać swoje prawa i obowiązki, dowiedzieć się od innych au-pair o tym jak wygląda ich wyjazd. Na Facebooku znajdują się grupy zrzeszające au-pair, a członkowie chętnie odpowiadają na pytania.

6. Wolontariat

Oddanie innym tego, co masz najcenniejsze – swój czas, jest najlepszą inwestycją w Twoim życiu. Pomagając innym uczysz się nowych umiejętności, poznajesz nowych ludzi, tworzysz pierwszą, zawodową sieć kontaktów i jednocześnie rozwijasz w sobie potrzebę dawania. Ja dzięki wolontariatowi w pobliskiej szkole podstawowej, zaczęłam uczyć języka angielskiego, a mój darmowy staż w teatrze oferował w zamian spektakle za darmo! Jest to również świetny materiał na pierwszego vloga lub serię wpisów na blogu.

Wskazówka: Nie wiesz gdzie zacząć szukać? Zacznij od placówek takich jak przedszkola, szpitale, organizacje pozarządowe (NGO), teatry, schroniska lub odwiedź wolontariat.org.pl. Lubisz muzykę? Sprawdź oferty wolontariackie festiwali muzycznych (Open’er Festival, Orange Warsaw Festival, Woodstock).

Kończąc liceum czy kolejny rok studiów większość z nas nie jest pewna kolejnych kroków. Niektórzy idą na studia, inni zaczną szkolić się w zawodzie. Nawet najlepiej zaplanowane życie może nam wystawić język i zaprowadzić tam, gdzie nie chcieliśmy. Ale w tym jest urok bycia młodym – można się gubić, szukać i próbować, aż trafimy na coś, co złapie nasze serce. Najważniejsze to być otwartym na ludzi, na dane propozycje, czerpać z nich jak najwięcej i się nie bać.

Artykuł został opublikowany w tygodniku MojaMatura.pl

Oda do braku pomysłu na siebie

Chciałabym wiedzieć co robić. Chciałabym mieć jasny cel. Od zawsze zazdrościłam dzieciakom, którzy na pytanie jaki jest twój ulubiony przedmiot? odpowiadali bez zastanowienia, że matematyka czy chemia. Ja lubiłam wszystko po trochu – gramatykę angielską, wypracowania na polskim czy XVIII wiek na historii. Im bliżej końca liceum, tym cięższa okazywało się to niezdecydowanie. Najbardziej bolało, gdy rówieśnicy dokonywali cudownych rzeczy – wygrywali konkursy, uczyli się latać samolotem, projektowali aplikacje czy po prostu – mieli pasję, wolę walki i kilogramy samozaparcia. Jak już myślałam, że może chociaż angielski to mój konik, to ktoś inny odjeżdżał na tym rumaku w kierunku splendoru i zachwytu nauczycieli. Ja w swoich oczach byłam tą dziewczyną z nadwagą, tą przemądrzałą, rządzącą się księżniczką. Odwieczna walka o akceptację zamiast we mnie, zaczynała się w głowach innych.  Nie wiedziałam, czy mój brak zainteresowania jest spowodowany lenistwem, słomianym zapałem czy tym, że na świecie jest tyle innych ciekawych rzeczy, że nie ma sensu się ograniczać. Mama kazała mi wszystkiego próbować i nie powiem, otrzymałam w życiu lepsze porady (jak na przykład ta, że brokuły lepiej gotować zalane w 1/3 wodą, zamiast robić w garnku brokuli aquapark). Popełniłam wiele błędów, dałam się ponieść emocjom i opiniom innych. To całkiem dziwna sprawa, ale potrafię się zafiksować na punkcie jakieś sprawy na tyle mocno, że aż w to uwierzę. Potrafię sobie wmówić wszystko – że dam radę przygotować się do medycyny z moim rybim mózgiem, że ja naprawdę lubię oglądać wraki samolotów i uwierzcie mi, ja serio lubię chodzić w mundurze i kumam chemię, no kumam. No i będę tak pieprzyć bez opamiętania, aż w końcu się skumam (czyt. średnio mi to zajmuje pół roku), że wsadziłam się w niezłe gówno. Continue reading „Oda do braku pomysłu na siebie”

Nie jestem do dupy.

Wrzesień okazał się najważniejszym miesiącem w ciągu ostatnich (prawie) dwudziestu dwóch lat.

Pierwszy raz  wrzesień nie oznaczał zbliżającej się szkoły. Tym razem oznaczał ponowne bieganie za promotorem, poprawianie kolejny raz rozdziałów, uczucie upokorzenia i brak wiary, że kiedykolwiek moja obrona dojdzie do skutku. Po prostu straciłam zaufanie w swoje umiejętności. Nie mogłam sobie niczego zaplanować bez daty obrony, siedziałam i czekałam na maile z uczelni. Założyłam sobie, że do 20 września wszystko ogarnę. Nie tylko ja chciałam jak najszybciej rozwiązać sprawę licencjatu. Czekała również na mnie Holandia.

Continue reading „Nie jestem do dupy.”

5 pytań, które warto zadać przed rozpoczęciem stażu.

 

Kończę właśnie 5 semestr moich studiów, a co za tym idzie-obowiązkowe praktyki. Odkąd zaczęłam studia, przyglądałam się ofertom praktyk, które są nam oferowane przez firmy. Zauważyłam, że korporacje mocno walczą o każdego studenta, który wykazuje się ponad przeciętnymi zdolnościami, a niestety instytucje państwowe czy NGOsy tak chętnie się nie wyrywają do współpracy. Oczywiście na stronie BIPu ofert państwowych jest masa, ale na targach czy uczelniach ich nie widać. A szkoda. Z pomocą wychodzą ambasadorowie, przedstawiciele firm czy członkowie stowarzyszeń, np. AIESEC czy ELSA, którzy na złotej tacy pokazują aktualne oferty, często zagraniczne.

…czytaj dalej!