5 rzeczy, których się nie nauczyłam w 2017

Ten rok był taki: jesteś w ogromnej dziurze, wpadłeś do niej i tak w niej siedzisz. Myślisz jak wyjść, googlujesz odpowiedzi, a tam znajdujesz porady, które wymagają posiadania jakichś super narzędzi, a ty masz ze sobą tylko tableta, frytki i wino. W końcu wypijasz wino, zjadasz frytki i wyczerpujesz baterię na Netflixa. Jak tylko ten przebłysk szczęścia się kończy, uświadamiasz sobie, że jednak jest ci źle i smutno i nie masz co robić. Zostaje tylko spanie i smucenie się. W końcu ktoś przychodzi! Krzyczy z góry co masz robić, krok po kroku. Słuchasz tego wszystkiego przejęty, poliki się rumienią, serce zaczyna szybciej bić, jesteś gotowy na powrót do życia! Podchodzą inni ludzie, wyciągają do ciebie ręce, rzucają power banki, prowiant, napoje, koc, a nawet drabinę! Schodzi do ciebie jedna z tych osób i mówi, że teraz już wszystko będzie super, że tam u góry wszyscy na ciebie czekają. Rozglądasz się po swojej dziurze – kilka pełnych butelek wina, jedzenia też sporo się zebrało, baterii na tydzień, zaraz się odnowi pakiet internetowy. Mówisz cicho „ale mi tu dobrze”.

Taki był 2017. Czego się w nim nie nauczyłam? O tego:

1.Jestem dorosła, ale mogę być niedojrzała

Uwagi typu Masz dopiero osiemnaście lat?! Brzmisz tak dorośle, to co mówisz… wow! uważałam za największą pochwałę – ach ja! taka mądra! taka światła! ach! patrzcie jaka ja jestem dojrzałaaaaa! Czułam, że ja wszystko zawsze ogarnę, zrobię na czas, nie potknę się, a przede wszystkim – nikogo nie zawiodę. O swoich osiemnastych urodzinach pisałam nie raz, ale w skrócie – popłakałam się okropnie, bo miałam wrażenie, że kończy mi się życie, że już nic mi się nie uda osiągnąć, że zaraz do piachu, już za chwilkę… Prawdą jest, że do dziś czuję się nie na swój wiek, ale co najmniej na czterdzieści kilka lat. Wśród znajomych czuję się czasami tak, jak wtedy, gdy wychowawczyni na wycieczce szkolnej siedziała z uczniami w czyimś pokoju z nadzieją, że ją zaakceptują. Tak, myślę, że jest to bardzo trafne porównanie, biorąc pod uwagę fakt, że w piątek zaczynam praktyki w szkole… Czego chcę się nauczyć w 2018 to jak być dzieckiem. Dać sobie szansę na bycie rozlazłą kluchą.

2. Nikt się ze mną nie ściga

Ha! To jest moje ulubione! Skumajcie to – każdy ma jakieś formy automotywacji, coś co sprawia, że adrenalina skacze i nie koniecznie musi to być jedzenie. U mnie jest to rywalizacja, a konkretniej mówiąc – rywalizacja utajniona przyczajona. Polega ona na tym, że wybieram sobie przeciwnika i się z nim ścigam, a on nie jest tego w ogóle świadomy! To trochę jak wtedy, gdy stoisz na czerwonym, pierwszy w kolumnie, a obok stoi inne auto i jak się tylko zapali zielone to ruszasz z kapcia (ja tak mam, ktoś jeszcze?). Ja się wtedy nakręcam, motywuję, skupiam, działam. Jezu, są takie zadania na jednym przedmiocie na uczelni, moje ulubione. Robię sobie wtedy turniej „1 z 10” i tylko brakuje mi przycisku, bo jak wykładowca prosi o odpowiedź, to mi się już poliki czerwienią, serce wychodzi gardłem, BO JA WIEM, A NAWET JAK NIE WIEM TO MOŻE WIEM!!! Ale to wszystko nie tylko w kwestii nauki. Kiedyś na Instagramie znalazłam typiare, co schudła ze 130kg do 75kg, czyli akurat do takiej wagi, jaką wtedy miałam ja. Uznałam, że skoro ona może, no to ja też! Po czasie ja miałam 70kg, ona też. Nagle ja miałam 69kg, ona 68kg. Wkurzona na siebie zaczęłam się cisnąć jeszcze mocniej. Jej staty pokazywały 67, a moje znów 70! Myślałam, że to przyrost mięśnia, ale ten zmalał, a przybyło tłuszczu… Ta typiarka mi zaczęła uciekać, a ja ją usunęłam z obserwowanych. Nie potrzebuję negatywnych ludzi w moim życiu (czyli siebie hehe). Czasami odwiedzam jej profil i albo mnie to zmotywuje albo zirytuje. Zwykle oba na raz. W 2018 roku chciałabym znaleźć motywację w sobie.

3. Odmiany holenderskich czasowników nieregularnych, bo już wstyd.

4. Nie jestem sama

W 2018 wyjdę z dziury, albo żeby nie było takich nagłych rewolucji w życiu, to zaproszę do niej innych. Spędzimy trochę czasu, pojemy, pogadamy, a jak będę gotowa, to wyjdziemy z niej razem i pójdziemy na przygody. Ile można robić z siebie Samosię? (zawsze)

5. To, co odeszło, już nie wróci

Momenty, ludzie, przyjaźnie, miłości – to wszystko było z nami na chwilę, nadało sens, przyniosło wiele cudowności, utworzyło wspomnienia. Odeszli, bo chcieli. Odeszli, bo musieli. Odeszli, bo tak było lepiej. Mówi się, że czas leczy rany, a moje rany chyba są uczulone na czas, bo im więcej go mają, tym większe się robią. Dlatego zmieniam na puszczenie wolno leczy rany. Piątym postanowieniem na 2018 rok jest puścić wszystko, co już odeszło.

Lipiec

Lipiec był moim ostatnim, pełnym miesiącem w Holandii (przepraszam, ale czy czas mógłby zwolnić? Ponad połowa roku za mną, a ja dalej mam na koncie trzy złote. Za to kilogramów nigdy mi nie brakuje!)

Składając to wszystko do kupy siedziałam w pociągu „Sentyment” i jechałam przez stacje Smutki, Radości i Rozpacze. Całe szczęście w tym miesiącu nie kursował przez Upokorzenie!

We vlogu możecie zobaczyć m.in. jak słodko pożegnały mnie dzieci w szkole, spontaniczny wyjazd pociągiem do Belgii, ciepłe wieczory na Rembrandtplein, mnie w roli nauczyciela, holenderskie plaże, piękne, legendarne kino Tuszyński w Amsterdamie i wiele innych, wyjątkowych chwil i miejsc.

Całusy i miłego oglądania 🌺 🌺🌺

Czerwiec

Ruszyłam z moim kanałem na YT, ukończyłam kurs konwersacji holenderskich, pojechałam pokręcić się na rollercoasterach, odwiedziłam muzeum holendersko-rosyjskie Hermitage, jechałam rowerem w okropną ulewę, pożegnałam mojego ukochanego kotka, nagrałam film o życiu au-pair,  rozstałam się z moją holenderską przyjaciółką Maxime, poleciałam do Polski, uczestniczyłam w obronie licencjackiej mojego chłopaka, wcieliłam się w rolę ekspertki od podróży i poprowadziłam zajęcia w szkole, przez cztery dni bez przerwy tańczyłam i wydawałam lekką ręką pieniądze podczas piątego już Open’era, walczyłam z ochroniarzami o mojego GoPro, prawie spowodowałam śmierć mojego brata, poleciałam na chwilę w kosmos, chodziłam boso po ulicach i piłam piwo z moimi znajomymi.

Kto nie wierzy – oglądać:

Dziękuję kochani za ten wspaniały miesiąc. A teraz za lipiec! *unosi piwo*

 

Maj

Do mojego powrotu do Polski zostało około dwa i pół miesiąca (co?), co oznacza, że niewiele mam już czasu, by zrobić wszystko, co sobie zaplanowałam. W końcu jest cieplutko, zielono i przyjemnie, mogę ruszać w przygody!

…a maj, to była taka wielka przygoda! TY-LE się działo! Odwiedziłam Keukenhof, największy ogród kwiatowy na świecie. Tylu tulipanów nigdy w życiu nie widziałam (mogłam zobaczyć jeszcze więcej, bo na hektarach pól, ale byłam tydzień przed zakończeniem sezonu i pola były już gołe). Zdjęcia robiłam głównie dla mojej babci, by miała inspirację na przyszły rok (moja babcia ma równie piękny co Keukenhof, tylko na mniejszą skalę). Ogród jest dostępny dla turystów od połowy marca do połowy maja, ale najlepszym momentem jest kwiecień. Jest też baby zoo

DSC_0569DSC_0571DSC_0593DSC_0637

Następnym wydarzeniem był egzamin na B1 z holenderskiego – część ustna i pisemna. Na pisemną przygotowałam się jak zawsze – tydzień przed egzaminem zrobiłam super notatki, plan powtórek i rozpisałam fiszki, by resztę dni żyć w przekonaniu, że jakoś to będzie. Ostatniego dnia jednak się trochę obsrałam i usiadłam do nauki, co mam wrażenie, ostatecznie uratowało mnie na egzaminie. Odwrotnie było z ustnym – na to przygotowana byłam jak do matury ustnej! Miała to być prezentacja na dowolny temat i ja wybrałam historię Polski (co?). Już wyjaśniam: kto jeszcze nie widział historii Polski Bagińskiego, ten szybko nadrabia zaległości, bo wstyd. Zdarzyło się już kilka razy, że pokazywałam ten film obcokrajowcom. Miałam gdzieniegdzie luki w wiedzy i było mi na maksa wstyd, burak to za mało. Aby zmotywować się do powtórzenia historii mojego pięknego kraju, wybrałam ten film jako prezentację zaliczającą kurs B1. Siadłam do kalendarium i krok po kroku opisywałam to, co się działo na filmie. Oczywiście jest to duży (ale efektowny) skrót myślowy i ogrom został pominięty, ale to, co uważałam za istotne, dodałam sama (np. o Marii Curie, Popiełuszce czy nazbyt bliskich relacjach polsko-rosyjskich przed pierwszymi zaborami). Tekst polski zrobiłam w dzień, zostało tłumaczenie. Starałam się w jak największym stopniu korzystać z tego, co sama umiem, zamiast tłumaczyć ze słownikiem, bo inaczej swobodne mówienie nie byłoby już swobodne. Poprawki nałożyła moja polska nauczycielka holenderskiego, pani Basia, i byłam prawie gotowa na egzamin. Nauczona doświadczeniami z matury ustnej z j. polskiego, codziennie, kilka razy prezentowałam swoją przemowę przed poduszkami i krzesłem. W trakcie egzaminu się tak stresowałam, że w końcu i tak mówiłam to, co mi przyszło do głowy, a nie to, co było w notatkach! Ważne, że fakty i gramatyka się zgadzały. Wpadło 80 procent! Teraz wiem jak po holendersku jest okupacja, wróg, rozwój gospodarczy i szlachta. Oby się przydało! Po wszystkim było świętowanie!

IMG_20170517_011351_884IMG_20170517_012353_595

Trzy dni później miałam niespodziankowy lot do domu. O wszystkim wiedział tylko Bartek i wspólnie zaplanowaliśmy całą akcję. Zaskoczyliśmy rodziców w pracy, Kubę w domu, a kot w ogóle nie wyglądał na zaskoczonego… Dwa dni na słońcu, z bliskimi, pełne przygód, piękne chwile. Kolejna wizyta w Gdyni – Open’er! *odlicza dni*

18595419_1432989026723414_2858990910859593618_o

Od powrotu do Holandii trwa lato – słonecznie i ciepło. Każdą wolną chwilę spędzałam na baby plaży w Abcoude, na ścieżkach rowerowych prowadzących do centrum Amsterdamu lub jedząc lody z truskawkami. Najlepiej wszystko tego samego dnia. Zapisałam się na kolejny kurs, tym razem zaawansowane konwersacje i jeżeli pod koniec czerwca nie będę władała językiem jak Holendrzy, to nie ma już dla mnie nadziei.

IMG_20170522_182446_153IMG_20170526_193359_357

Pewnej niedzieli zapowiadali 33 stopnie, a ja miałam już na tyle poparzoną skórę, że o plaży nawet nie chciałam myśleć. WYBRAŁAM SIĘ DO ZOO! Najpiękniejszy ogród zoologiczny! Środek Amsterdamu, samiutkie centrum, a ja stoję przy wodospadzie, oglądam zwierzęta i otoczona jestem drzewami i kwiatami tak cudownymi, że aż ciężko uwierzyć, że to wszystko jest prawdziwe.

DSC_0745DSC_0765DSC_0772DSC_0783DSC_0798

Cudownym akcentem kończącym maj był wczorajszy wieczór. Skończyłam zajęcia o 21:30 i jak zwykle szłam na tramwaj, by złapać pociąg do Abcoude. Ale było tak ciepło, jasno, pusto, jakby wyłączyli życie w Amsterdamie, do tego w ramach przygotowań do Open’era trafiłam na piękną piosnkę (Sorry Boys – Wracam) – całość wydała się tak magiczna, że… dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że mieszkam w Holandii! Siedem lat zajęło mi spełnienie tego marzenia! Stałam na mostku nad kanałem i śmiałam się jak głupek.

IMG_20170530_225115_413.jpg

Jutro już czerwiec, jeden z moich ulubionych miesięcy. Ruszyłam też z moim kanałem na YT, także wpadajcie. Na koniec montaż z maja:

Buzi i ściski!

 

Panna Aleksandra na YouTube!

Przez lata byłam wierna Vimeo, ale opowiem Wam jak to jest. Vimeo to takie spotkanie z ludźmi po fachu, którzy mają profesjonalny sprzęt, robią profesjonalny content i ogólnie cali są profesjonalni. Potrzebują najlepszej jakości i wysokich standardów. Na YouTube jest zbieranina najróżniejszych twórców, wszyscy są na tej wielkiej imprezie. Ja uznałam, że w tej pierwszej grupie nie do końca się odnajduję, plasuję się między tutorialami o czesaniu królików a vlogami dziewięciolatków, zatem dam szansę YouTubowi. Poza tym, z Vimeo korzystam tylko jak wrzucam materiał, czyli raz/dwa razy do roku. Z YouTube przy każdej wizycie w toalecie.

Większość treści z Vimeo znajduje się teraz na moim kanale na YouTube (kto nie widział, ten nadrabia), gdzie będą lądowały kolejne twórczości. W tym najnowsze podsumowanie maja (wpis w przyszłą środę):

See ya!

 

Kwiecień

Załamując się tym, jak nudnym miesiącem był marzec, ogarnęłam się i uznałam, że kwiecień będzie super. Raport: zero dni na siłowni, zero wpisów na blogu, zero skrupułów (nie do końca prawda…, ale jakoś muszę uspokoić sumienie). Działo się wiele super rzeczy. Na przykład:

Nie miałam w planach spędzać Wielkanocy w domu, ale za to spędziłam niedzielny poranek z rodzicami i Kubą na skajpie. Było uroczo, słodko i czułam się, jakbym była tam z nimi naprawdę. Był nawet kot.

DSC_0473.JPG

Rozpoczęłam swój drugi kurs holenderskiego. Z tym też były przygody. Jak ktoś nie wie, wygrałam pięciotygodniowy kurs. Musiałam napisać test i mieć rozmowę, by ocenili mój poziom. Szkoła oferuje 6 poziomów – A0, A1, A1+, A2, A2+, B1 i ja w końcu sama nie wiedziałam co mi z tego testu wyszło, bo byłam tak zestresowana rozmową telefoniczną po holendersku, że przestałam słuchać po tym jak rozmówca powiedział: okej, to na tyle, a teraz Ci powiem kilka WAŻNYCH kwestii. Wyszło, że nic nie zapamiętałam z tych WAŻNYCH kwestii. Przyszłam na pierwszy dzień i nie ma mnie na liście. Sobie myślę, że trudno, pewnie zapomnieli (bo ja przecież jestem zawsze bez winy). Stoję i tłumaczę, że nie wiem jaki jest mój poziom, że nie dostałam maila z taką informacją. Rozmawia się z Tobą całkiem dobrze, idź do grupy B1. Brak pewności, czy dobrze zrozumiałam i obciążająca majtki strachokupa sprawiły, że postałam tam jeszcze trochę i udawałam, że wszystko jest ok. Nie było wcale tak strasznie, nauczyciel człowiek żart, a ja się rozgadałam bardziej niż kiedykolwiek (czyli o dużo za dużo). Jutro mam egzamin pisemny, a we wtorek ustny (postanowiłam przedstawić grupie Historię Polski Bagińskiego po holendersku – wynik zawyżonych ambicji i przerośniętego ego).

received_1421167131238937.jpeg

Odwiedziła mnie Daria w Dzień Króla! Tak bardzo brakowało mi bliskiej osoby! Dzień Króla to tak towarzyski dzień, że spędzenie go samotnie byłoby dla mnie ciosem w moje wiecznie wymagające interakcji międzyludzkich serduszko. Było super, same przygody, ostatkami sił wracałyśmy codziennie z wypraw i wydałyśmy tyle pieniędzy, że sprawdzanie konta sprawiało fizyczny ból. Deficyt piwa też został uzupełniony, aż ponad miarę.

IMG_20170428_092925_410.jpg

Pojechałam na jeden dzień do Rotterdamu, by spotkać się z rodzeństwem, które kilka sezonów temu poznałam w Rewie. Wtedy ruszył jeden turnus półkolonii i ja pomagałam tam trochę, a że wtedy już byłam walnięta z tym holenderskim, to uczepiłam się tych małych Holendrów i męczyłam pięcioma słowami, które wtedy znałam. Potem po latach, gdy moje półkolonie ruszyły na poważnie, Martin i Julia przyjechali ponownie i rok później też i jakoś tak utrzymujemy kontakt. Ciekawa anegdota: gdy te pięć/sześć lat temu Martin i Julia już wracali do Holandii, dostałam od nich kartkę z ich adresem i e-mailem. Zatrzymałam tę karteczkę, ale nie wiedziałam po co mi to w ogóle jest, przecież nie pojadę do nich. Jak ja się śmiałam, gdy w kwietniu stałam przed domem, którego adres był właśnie na tej kartce. Nigdy bym nie pomyślała, że to się kiedyś wydarzy. Nigdy nic nie wiadomo.

IMG_20170502_152046_755.jpg

Może i nie byłam na siłowni cały kwiecień, ale jak właściciel siłowni zaprosił na imprezę, właśnie na siłowni, to przyszłam, zatem byłam raz! Serwowali sushi (zapauzowałam weganizm na jeden wieczór), lał się alkohol, a muzyka była tak dobra, że z Maxime tańczyłyśmy do końca. A ostatni kawałek to było spełnienie marzeń – Ignition Remix R. Kelly’ego. Straciłam głos, popłakałam się, uderzyłam łapami kelnera i cieszyłam się jak dziecko. Piękne wspomnienie. Tak mogę kończyć każdą imprezę.

18055967_1162352190557642_2053395802604435760_o

A poza tym wszystkim w końcu nauczyłam się dbać o swoje włosy, dzięki godzinom spędzonym w łazience z tabletem oglądając youtuberki, zjadłam tonę nudli udon, przeszłam dziesiątki kilometrów poznając nieznane mi dotąd części Amsterdamu, skończyłam 13 reasons why w jeden dzień, przeczytałam z Bartkiem w jedną noc najnowszego Nesbo Pragnienie, a Arka zdobyła Puchar Polski. Same cuda w tym kwietniu.

 

Marzec

Co to był za dziwny miesiąc. Jak niedźwiedź wybudzałam się z zimy, łapałam pierwsze cieplejsze dni tak łapczywie, jakby lato miało już nigdy nie nadejść. Nie było żadnych szałowych przygód (życie aupair bywa nudne, gdy miesiąc dopiero się zaczyna, a pieniądze kończą, całe szczęście jestem karmiona przez bardziej odpowiedzialne, dorosłe jednostki), ale było spoko. W marcu zaczęłam powoli się ogarniać, bo jestem w połowie mojej holenderskiej przygody i jakiś plan by się przydał.

Once upon a time I wanted to be… Lavinia Bakker

Książka kupiona zupełnie przypadkowo podczas wizyty w muzeum. Zwykle moje muzealne zakupy kończą się na pocztówkach, ale ta pozycja mnie zaczarowała – musiałam ją wziąć. Jest to zbiór zadań, które wykonuje się by ostatecznie odpowiedzieć sobie na pytanie – kim chcę być i co chcę robić. Nie, nie, daleko jej od motywacyjnych tekstów, wychodzenia ze strefy komfortu i wiary, że wszystko się uda. Tu nie ma słodzenia, a jest szalona podróż wgłąb siebie. Czasami robi się aż przykro (gdy musiałam zapytać pięć osób o to, co we mnie by zmieniły i od każdej usłyszałam to samo :/). Zadania są w różnej formie: pytania bardzo osobiste, pytania o kwestie materialne, wypisanie ulubionych rzeczy, opisanie słabych cech charakteru, eliminacja zawodów, które nie wydają się być ekscytujące, symulacja założenia własnego biznesu, rozmowa z bliskimi o tym, co w nas nie lubią – jest to podręcznik do tak intensywnej autorefleksji, że aż sama nie wierzę w to, co się działo w mojej głowie. Wykonując zadanie po zadaniu odkrywałam o sobie samej takie rzeczy jak: ok, lubię ogarniać, ale kwestie finansowe mnie przerastają, albo moim powodem na częstą zmianę przyszłego zawodu był strach przed zaangażowaniem się w jedną rzecz, nadanie sobie konkretnej funkcji, ograniczenie się. Książka wygląda jak podręcznik dla dzieci, ale jej zawartość jest jak najbardziej dojrzała. To właśnie dzięki niej postanowiłam wrócić na uczelnię i zostać nauczycielem.

Od tej książki zaczęło się szukanie uczelni i jeżdżenie na dni otwarte. Najpierw było podniecenie i zachwyt, potem szukanie sposobów na studiowanie, potem szukanie pieniędzy na pokrycie tego wszystkiego, potem załamanie i panika, bo to tyle kosztuje, potem plan by wziąć kredyt, potem była myśl ale kredyt trzeba spłacić, a moje zdolności przedsiębiorcze zostały w przedszkolu podczas zabawy w sklep, potem stwierdzenie, że Polsce też się spoko studiuje, potem zrozumienie, że nie chcę zamieszkać tu na dłużej, potem uświadomienie sobie, że słabo wchodzić na rynek pracy po studiach z długiem w euro na koncie i spłacać go w złotówkach… i tak minął mi marzec. Na myśleniu. Myślałam, aż wymyśliłam. Wynikiem tej intensywnej pracy umysłowej jest post o emigracji.

Po drodze były pierwsze letnie dni, w szkole dzieciaki dalej mi dawały w kość z holenderskim, a potem ja im nie dawałam żyć na angielskim. Po dwóch miesiącach od mojego nauczycielskiego debiutu w końcu udało mi się ocenić poziom uczniów (sama czasami nie wiedziałam czy oni to już B1 czy ciągle A1, bo raz używali słów typu merchandise, a tydzień później nie wiedziały że na głowie są hair), a małe typiarki przychodzą do mnie na przerwie pogadać o tym, że muszą wybrać sobie chłopaka i nie wiedzą którego – sukces.

I tak o minął ten marzec. Półmetek! Co się miałam naspinać i nastresować to już za mną, teraz idzie lato, a latem żyje się lepiej (bo są truskawki i gdy wychodzi się z klubu o piątej rano to jest jasno).

Luty

Luty był wielkim wyczekiwaniem na przyjazd Bartka. Chciałam, by czas przyspieszył, a potem, w trakcie wizyty, by zwolnił, albo się w ogóle zatrzymał. Sama jak zwykle nie wiem czego chcę. Mimo wszystko był to miesiąc udany, bo po pierwsze: krótki i wypłata miała szansę na utrzymanie się do ostatnich dni lutego (już zaczynałam rozpaczać, że do 31 jeszcze daleko, ale Bartek uratował mnie przed śmiercią finansową informując, że luty ma 28 dni), i po drugie: wydarzyły się dziwne, aczkolwiek ekscytujące rzeczy. Oto kilka z nich:

screenshot_20170227-220806Processed with VSCO

Jeden z moich przepisów na wegańskiego kurczaka z warzywami został doceniony przez holenderską firmę Vivera (produkują najlepsze na świecie roślinne zamienniki mięsa, w tym kotlet ze słodkich ziemniaków i… SCHABOWY) i pojawił się na ich Instagramie! Malutki krok, a uśmiech mi nie schodził z twarzy do końca dnia. Continue reading „Luty”

Styczeń

Początek stycznia spędziłam w górach z Bartkiem. Pojechaliśmy w Sudety i dalej od cywilizacji nie mogliśmy być. W ośrodku byliśmy sami, stok włączali specjalnie dla nas, a ulubioną zabawą całego wyjazdu było zjeżdzanie  na tyłkach do sklepu środkiem ulicy. Potem się wtaczaliśmy z deskami na plecach pod górę, ale warto było! Nie ratrakowali, więc mieliśmy miękki puch na całej długości zjazdu. Kuchnia w ofercie dan bezmięsnych oferowała tylko pierogi ruskie i chleb, więc przez cztery dni jadłam nic innego – pierogi i chleb. Wegańska to była chyba tylko woda i piwo. Ale nie narzekałam, czułam się jak u babci na wakacjach za malucha (brakowało tylko mielonych z ketchupem).

img_20170110_075005_917_1 Continue reading „Styczeń”

2016 to był ośli rok

Gdy w zeszłym roku przygotowywałam podsumowanie 2015, byłam pewna, że cały rok był do bani. Wiatr w oczy, ja ten wiatr łapałam jak ofiara, starałam się wyhalsować do brzegu, a koniec końców wyrzucało mnie aż na półwysep porażki, z którego nie jeździły żadne autobusy. Po dodaniu tego posta i przejrzeniu wpisu raz jeszcze, wyszło, że może i słabszy ze mnie marynarz, ale utrzymałam się na powierzchni, odkryłam wiele nowych cech i ogólnie był to fajny rok.

2016 – rok pełny ogromnych zmian, decyzji, przepychanek, stresu, radości i strat. Continue reading „2016 to był ośli rok”