Na co mi te wszystkie seriale?!

Seriale długo kojarzyły mi się z Klanem, Na Wspólnej, Złotopolskimi i Miodowymi Latami. Mam jakieś przebłyski, że wspólnie z rodzicami zasiadałam o siedemnastej, by odpalić Klan. Spędzając wakacje u babci miałam czas i szansę na poznanie oryginalnej, kolumbijskiej Brzyduli wraz całą resztą południowo-amerykańskich telenoweli. Poza tym zjawisko seriali w moim życiu nie istniało. Bajki na Cartoon Network nie były jeszcze w formatach Hanny Montany czy Nie ma to jak hotel, zatem Laboratorium Dextera i Atomówki to było to, na czym się wychowałam (banda bezpalczastych małolat, które dzięki swoim nadprzyrodzonym siłom pokazują, że dopóki ratujesz swoje miasto, to przemoc wobec dzieci nie istnieje i introwertyczny, potencjalnie autystyczny dzieciak, który buduje maszyny z czerwonymi guzikami w swoim ukrytym laboratorium i nie przepada za jakimkolwiek kontaktem z ludźmi, a jego bohaterem jest udawany Hulk Hogan – wzorce na medal, Kłos).

Gdy będąc u babci na kilka wakacyjnych tygodni, oglądałam wieczorem telewizję i wpadłam na BBC Entertainment. Jeżeli kiedykolwiek, była taka chwila, która zmieniła moje życie, była to właśnie ta. Skins. Pierwszy serial, który obejrzałam co do odcinka, każdą generację. W skrócie – brytyjska młodzież, miłość, przyjaźń, problemy społeczne, zdrowotne i rodzinne, narkotyki, seks, złamane serca i poczucie, że chyba robię coś źle, bo moje życie tak nie wygląda. Myślę, że to było przełomowe dzieło w europejskiej popkulturze skierowanej do nowego pokolenia (zrobili amerykański remake, ale… kurcze, no nie wyszło). To zdecydowanie nie były treści dla trzynasto-, czternasto-, piętnastolatki, ale chyba właśnie przez to, że byłam takim niedojrzałym glutem, dzięki temu serialowi nie ruszyłam narkotyków, nie szlajałam się po nocach, nie szukałam przypadkowych przygód – zdobyłam doświadczenie oglądając doświadczenia innych. Mi wystarczyło. Mając zaledwie piętnaście lat wiedziałam jak wygląda anoreksja, uzależnienie od narkotyków, bieda, młodociana ciąża, zaniedbanie przez rodziców, przemoc i gwałt. A to wszystko otulone brytyjskim akcentem, a nie, jak zwykle, amerykańskim – dzięki temu to wszystko wydawało się bliższe.

Potem ruszyła serialowa maszyna. W liceum przez ferie zimowe nadrobiłam Plotkarę i spin-off Beverly Hills 90210 o twórczym tytule 90210. Taka namiastka amerykańskiego życia, gdy masz na tyle bogatych rodziców, że będąc siedemnastolatką masz hajs na kupienie willi, by zamieszkać ze swoimi ziomkami. Relatable. Potem było Glee. No i tu chyba się zaczyna era seriali młodzieżowych, przestających pokazywać high-life, drogie auta, widoki na znak Hollywood, ale żeby nie było za słodko, to wrzucimy aborcję i uzależnienie od Xanaxu. Mamy grupę nieudaczników, która przypadkiem umie śpiewać, a jedyne, co im wyszło w licealnym świecie to chór. Mieszkają w najgłębszej amerykańskiej dziurze i spotykają się w barze, który za nic nie przypomina tych z Plotkary i 90210. Serial szedł z duchem czasu, może i był słodko-pierdzący, ale pokazywał realia homoseksualistów jako rodziców i uczniów, zbyt wygórowane ambicje, rasizm, problem z zaakceptowaniem siebie pod względem wyglądu, orientacji, sposobu bycia. Miłości, rozstania i złamane serca też były, był nawet ślub, wypadek samochodowy i aborcje, ale i tak cały serial otaczała urocza i kochana aura. NAGLE BUM! Główny bohater przedawkował w hotelowym pokoju – na serio, nie w serialu i Glee naturalnie, bez zbędnych odcinków, dojrzało. Oglądałam chyba do końca liceum. Przez to, że jako zasmarkany baniol oglądałam takie rzeczy jak Skins, będąc prawie dorosła musiałam nadrobić radosne śpiewanki. Razem z bohaterami szłam na studia, opłakiwałam straconą miłość i śpiewałam – tak było.

Wraz z ukończeniem liceum zaczyna się moja trwająca do dziś przygoda z Chirurgami. Nadrobienie sześciu sezonów po dwadzieścia cztery odcinki każdy zajęło mi pół lata. Potem w oczekiwaniu na kolejny odcinek, nadrabiałam Dr House’a. Tak się wkręciłam, że ubzdurałam sobie, że też zostanę Christiną Young i będę kroić ludzi. No lekarzem nie jestem, ale Chirurgów dalej oglądam z wypiekami i załzawionymi policzkami (czekam teraz na czternasty sezon). Szczerze obawiałam się zaczynać coś nowego, bo to oznaczało nadrabianie miliona sezonów, zero życia, odleżyny i migreny.

Przyleciałam do Holandii i od holendrów ukradłam hasła do Netflixa. Oczywiście dużo mi to miało pomóc w nauce holenderskiego! Plusem seriali netflixowych jest to, że są nowe i mają po 10-13 odcinków, a minus – wszystkie odcinki wychodzą na raz. Czyli albo masz wystarczająco w sobie siły i oglądasz w ratach, albo jak ja, nie wychodzisz w niedziele z łóżka przez trzynaście godzin i oglądasz serial. A wybór jest ogromny, mi najbardziej się podobały:

  1. The Crown – czasy zanim Królowa Elżbieta została głową Wielkiej Brytanii i początki jej panowania. Ogromny nacisk na relacje mąż-żona i bolesny obraz życia dyktowanego przez kodeksy.
  2. The OA – do dziś do końca nie wiem co się tam wydarzyło i miało wydarzyć, ale motywem całości jest doświadczenie śmierci (NDE, near-death experience) i eksperymenty na ludziach, którzy to przeżyli. Miał być serial o porwaniu, a wyszedł twór o tak silnej stymulacji, pobudzający do refleksji na wielu poziomach. Piękny, lekko przerażający (ja jestem taka boidupa, no), prawie liryczny.
  3. The Get Down – netflixowy niewypał, który porwał moje serce od pierwszego odcinka. Bronx, lata siedemdziesiąte, rozkwit muzyczny, a tle społeczno-ekonomiczne problemy mniejszości etnicznych i rasowych. Chociaż serial skupia się na muzyce (ścieżka dźwiękowa to cudo!), to polityka, romans i dokonywanie życiowych wyborów nie pozostaje w tle. Podnosi na duchu, dodaje skrzydeł, wyciąga z szarości. Aż szkoda, że reszta świata tego nie doceniła.
  4. 13 reasons why – żaden inny serial nie był tak nachalnie wpychany jak ten – wszędzie! Proponowane na Netflixie, co drugi artykuł o tym na Teen Vogue, na YouTube co druga blogerka dodawała swoje przemyślenie. NO DOBRA, spróbuję. Obejrzałam całość jednego dnia, a dałam sobie na to przyzwolenie, ponieważ kilka poprzednich dni spędziłam bardzo intensywnie z moja psiapsią Darią i potrzebowałam przez dzień robić nic. Momentami ciągnął się jak guma w gaciach, by potem rzucić scenami jak mięsem w twarz. Historia dziewczyny, która przed popełnieniem samobójstwa pozostawia trzynaście taśm z nagranymi przyczynami jej śmierci. Całość krąży wokół prześladowania, cielesności, seksualności, alienacji, niezrozumienia i braku połączenia świata dorosłych ze światem młodych. Dla niektórych serial mocno podkoloryzowany, a dla mnie niektóre sceny były jakby wyciągnięte z mojej głowy. Warto obejrzeć, by zrozumieć jak działa teraz młodzież, do czego ma dostęp i jak myśli – dla rodziców, nauczycieli i głównych zainteresowanych – młodzieży szkolnej.
  5. Las chicas del cable – wpadło z polecenia nauczyciela z kursu holenderskiego. Serial skupia się na hiszpańskich emancypantkach z lat 20 poprzedniego wieku, które zostają zatrudnione jako telefonistki. Przedstawione są cztery historie – matka i żona, której mąż nie pochwala tego, że wykonuje jakikolwiek zawód; córka generała, który uważa, że dziewczyna z wyższych sfer nie powinna brudzić sobie rąk pracą; szara myszunia z malutkiego miasteczka poznająca zasady wielkiego miasta i główna bohaterka, która uciekając przed przeszłością, wpada właśnie w jej ramiona. Lekki suspens, momentami ma się ochotę wejść i złoić dupska facetom, a innym razem uczucie ulgi, że wszystko się układa. Do tego jest po hiszpańsku!

Seriale stały się ważnym elementem obecnej kultury. Internetowa telewizja bez zahamowań przegania tradycyjną, dając widzowi możliwość wyboru nie tylko treści, ale i momentu oglądania. Czasy propagandowych Czterech pancernych dawno za nami, stoimy przed źródłem treści niekontrolowanych przez rządowe widzimisie i przestarzałe schematy, a idące z duchem czasu. Ja tam lubię seriale. Dużo się z nich nauczyłam (by nie ćpać, nie iść do domu szemranego naukowca, nie dać się zostać królową i nie kupować kaset, bo głupoty do głowy przyjdą).

Kuchnia wegańska | Małe miłości

Bardzo lubię jeść. No tak wyszło, że od dziecka jem więcej niż rówieśnicy. Przez lata moim ulubionym daniem był kurczak z ryżem w sosie słodko-kwaśnym (gdy rodzice wyjeżdżali gdzieś na dłużej, szłam do marketu, kupowałam kilka słoików sosu, siatę kuraka i zapas ryżu dla armii – od rana do wieczora jadłam to samo, przez kilka dni. Było SUPER!). Wymagającym klientem w restauracjach nie byłam i mogłam zjeść wszystko, co oferowali.

2 lata temu zaczęłam przyglądać się temu, jak się czuję, gdy zjem chleb, jajecznicę, schaboszczaka, wypiję piwo. Ogólnie to czułam się słabo, tyłam, głupio mi było i źle. Poszłam do lekarza. Postawił wstępną diagnozę, ale „przez miesiąc proszę nie jeść tego *wypisuje listę moich ulubionych rzeczy*, wtedy zobaczymy na badaniach co dalej”… ILE JA PŁAKAŁAM! Chleb, jabłka, cytrusy, fasola, makarony, żaden nabiał, mięso tylko białe, woda tylko niegazowana…to była tylko część wymagań. Wytrzymałam 2 tygodnie, lament był codziennie, do lekarza już nie poszłam. Taka jestem odważna, kurde.

Chciałam coś w końcu z tym zrobić. Wypada, będąc dorosłym osobnikiem, podejmować decyzje, które mają nam pomóc. W styczniu tego roku przestałam jeść mięso. …czytaj dalej!

Moje kalendarze | Małe miłości

Gdybym miała znaleźć się na bezludnej wyspie, jedyną rzeczą, którą by chciała ze sobą zabrać to kalendarz.

Kalendarze prowadzę od lat. Pierwszy miałam w 6 klasie, ale nie było sensu go ze sobą targać do szkoły, gdy sprawdziany były raz na miesiąc, a treningi regularne. Zniechęciłam się i dałam sobie spokój. Inna sprawa była w gimnazjum, gdy kartkówka z chemii była tego samego dnia co klasówka z matmy i trzeba było się kłócić o przełożenie. Drugi kalendarz rozpoczęłam z dosyć nietypowych powodów – w ferie zimowe w 1 klasie gimnazjum pierwszy raz nigdzie nie pojechałam. Wszystko przez mój wtedy jeszcze niewygadany otwór gębowy i za duże ego jak na takie małe ciałko. Zostałam w domu i tyle. Coś robić musiałam robić, nigdy w nic nie grałam (Minecraft przyszedł zdecydowanie za późno), wszyscy wyjechali, „inteligentni ludzie się nie nudzą”. No zobaczymy. Przeglądałam co było w gdyńskiej ofercie zimowej, jakie wystawy reklamują w Ratuszu, kiedy lodowisko jest czynne. Wszystko zapisywałam do kalendarza i dzielnie szłam w miejsce, które sobie zaplanowałam jako pierwsze. Tak zaczął się mój romantyczny i niezwykle praktyczny związek z planowaniem.

Zaczynało się nieporadnie. Luźne notatki, niechlujnie zapisane, bez konkretnego ładu. Wygląd też nie był zachwycający, na bloga modowego zdecydowanie się nie nadawał.

…czytaj dalej!

Holandia | Małe miłości

To jest taka dziwna tęsknota. Gdy ktoś coś o tym miejscu wspomina, czuję palący ból w żołądku i przypływ radości. To jest trochę jak z zakochaniem – chcesz wiedzieć więcej o swojej miłości, chcesz o niej mówić, chcesz z nią spędzić każdą chwilę, a gdy ktoś inny o niej mówi, zachowujesz czujność (wszyscy zazdrośnicy tego świata, rozmiecie mnie, prawda?). Jestem trochę płaczliwą osobą, hobbistycznie uronię łezkę tu i tam, więc gdy powiem, że płakałam wtedy i wtedy, to nie jest to wyjątkowa sprawa. W samolocie płakałam 2 razy – pierwszy, gdy lądowałam w Polsce podczas przerwy świątecznej, gdy mieszkałam w Londynie (więcej o tym pobycie TU), a drugi – …czytaj dalej!