Wojna

Jako córka żołnierza, który służył w dwóch misjach (Irak i Afganistan), jestem pewna, że nikt z Was nie chciałby przez chwilę potańczyć w moich butach. Nikt z Was nie chce żegnać się z tatą z myślą, że może przytula go po raz ostatni. Nikt z Was nie chce panicznie płakać na widok maski gazowej i kamizelki kuloodpornej. Nikt z Was nie chce zastanawiać się, czy dziś tata zadzwoni. Nikt z Was nie chce unikać wiadomości o kolejnych poległych, by przypadkiem nie usłyszeć swojego nazwiska. Nikt z Was nie chce się zastanawiać, czy baza w której stacjonuje Wasz tata jest bezpieczna. Nikt z Was nie chce zasypiać z myślą, że Wasz tata jest na drugim końcu świata, sam, otoczony niebezpieczeństwami. Nikt z Was nie chce myśleć o tym, co Wasz tata widział i co przeżył. Nikt z Was nie chce widzieć własnego taty z depresją pourazową. Nikt z Was nie chce oglądać niegdyś pełnego życia tatę w kompletnej rozsypce. Nikt z Was nie chce usłyszeć w szkole pytania, czy Wasz tata spisał testament na wszelki wypadek.

Nienawidzę filmów wojennych. Nie mogę znieść widoku ludzi, którzy giną z rąk równie przerażonych co oni. Zabijały się osoby, które w normalnych warunkach mogły być przyjaciółmi. Zabijali się, bo dali im w łapy kawałek śmiercionośnego metalu i rozkazali strzelać do tych „złych”. Każdy zamordowany, oznacza zrozpaczoną matkę i ojca, pozostawioną żonę i w połowie osierocone dzieci. Traumę, przekreślone marzenia i rany, ktorych żaden order nie ukoi, nie przywróci im tego, którego kochali najmocniej. Dziś obejrzałam w kinie Dunkierkę. Wyszło to przypadkiem, bo był to jedyny film w sali głównej legendarnego kina Tuszyński w Amsterdamie. Niepewna swojej decyzji zapłaciłam za bilet. Obgryzłam do krwi paznokcie i zaciskałam wargi, by się nie rozpaść. Oni wszyscy chceli wrócić do domu. Oni panicznie się bali. Oni nie chcieli umrzeć. Mieli po conajmniej dziewiętnaście lat, gnijące stopy od tygodni walk w tych samych skarpetkach, wygłodniałe ciała, przepocone mundury i wysuszone zapasy nadziei. Gdy widzę ostrzelone samoloty, jedyne o czym mogę myśleć to stracone lata ciężkiej nauki, tysiące wylatanych godzin, śmierć na środku morza i brak możliwości godnego pochowania ciała.

Nie chcę odebrać weteranom ich zasług, ja po prostu wolałabym, by nigdy nie musieli przeżywać tego koszmaru. Nikt z nas nie chciałby być na ich miejscu. Sama będąc w Liceum Lotniczym przyglądałam się chłopcom, którzy marzyli by bronić kraju, działać na polu z bronią i służyć społeczeństwu. Nie zdawali sobie sprawy z ogromu odpowiedzialności, traumy i niebezpieczeństwa. Nie zdawali sobie też sprawy z tego, że możliwe jest to, że nigdy nie będą musieli walczyć, a to im by prawdopodobnie złamało serca. Braku patriotyzmu zarzucić mi też nie można, ponieważ kocham swój kraj i zdecydowałam się wrócić do Polski pomimo tego, że widzę z jaką łatwością można żyć w Holandii.

Gdy czytam komentarze na Facebooku, że mężczyźni powinni walczyć o swój kraj, a nie z niego uciekać, chcę mi się krzyczeć, tupać nogami i wypłakać całą złość. Ci ludzie nigdy nie przeżyli tego, co przeżyłam ja i rodziny tych, którzy na rozkaz wojska wykonywali swoje zadania. A przede wszystkim tego, co przeżyli weterani. Nikt z nich tego nie wie. I oby nigdy nie musieli się dowiedzieć. Mało kto mówi o depresji pourazowej, o tym, że ci żołnierze już nigdy nie będą tacy sami. Gdy widzę w Internecie rodziny szukające schronienia tam, gdzie jest bezpiecznie, nie nawołuję do walki, nie nawołuję do mobilizacji. Gdy czytam szydercze wpisy o Francuzach, którzy zamiast zwalczać wroga, rysują po chodnikach kredą, to ja wolę, by mój tata był ze mną w domu i pakował kredę do plecaka. Nie chcę, by tracił życie w wojnach, w których wszyscy i tak są przegranymi, oprócz tych, którzy je rozpętali.

Języki obce

Kto mówi, że nauka języków obcych jest super, zabawą, ten z pewnością nigdy nie był na porządnej imprezie. Jest to nudny, żmudny, długotrwały proces. Zresztą, języki obce to żywe organizmy – ciągle się rozwijają, zmieniają, idą z duchem czasu i przybierają różne formy. Wyszłam z założenia, że języka nie da się nauczyć – nauka trwa całe życie. Ale super motywujący wstęp…

Mając jedenaście lat, mieszkałam przez rok w Londynie. Dzięki tej przygodzie zaczęłam mówić po angielsku i potem kontynuowałam naukę w klasie dwujęzycznej. Wtedy myślałam, że umiem angielski i czułam się bardzo pewnie w mowie i piśmie. Przywiozłam ze sobą również brytyjski akcent, który maskował wszelkie błędy językowe, które popełniałam. A popełniałam ich wiele, ponieważ brakowało mi tego, co w języku jest podstawą – gramatyki. Przez całe gimnazjum i początek liceum upierałam się, że póki mówię i każdy mnie rozumie – nie widzę sensu dziobać w książkach z gramatyką. Moje myślenie wyglądało tak: PRZEPRASZAM! JA ALE UMIEM JUŻ! W szkole dwójki i trójki z gramatyki wyrównywały szóstki z mówienia, zatem wychodziłam na zero. Żyłam przekonaniem, że ja angielski umiem i uczyć już się nie muszę. Uważałam, że można się nauczyć języka obcego bez powtarzania w kółko zastosowań present simple i odmieniając czasowniki.

Zmiana zaszła w drugiej liceum, gdy znalazłam w domu moje stare egzaminy z Londynu. TRA-GE-DIA. Błędy, składnia jak u psa, ubogie słownictwo. Tekst był zrozumiały, ale bardzo słabo napisany. Od powrotu z Anglii minęło wtedy prawie pięć lat. PIĘĆ LAT! Tyle lat myślałam, że mój angielski jest perfekcyjny (kiedyś sobie w CV wpisałam, że mówię biegle po angielsku – to nie ja pisałam, to moje przebrzmiałe ego). Od tamtej chwili poczułam ogromny wstyd i postanowiłam poprawę. Po tylu latach od ukończenia szkoły w Londynie powinnam była znać angielską gramatykę lepiej niż polską. Wtedy też zrozumiałam, że uczę się dla siebie i to ja potem na tym zyskam. Zaczęło się odrabianie prac domowych, przygotowywanie się do lekcji i czynny w nich udział. Im więcej umiałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, ile jeszcze nie umiem. I to teraz padnie słowo klucz – pokora. Nauka angielskiego (nauka ta na poważnie, w liceum) nauczyła mnie pokory i szacunku do języka i tych uczących się go. Skończyło się mówienie na odwal, teksty typu po co ja mam używać tego czasu, nawet Anglicy tak nie mówią, a i tak mnie przecież zrozumieją zamieniłam na podręczniki, BBC i porządne konwersacje. Czyli same nudy, przyznaję, ale tak wygląda nauka. O tym, co można robić dodatkowo, by nauka słów, zwrotów i stałych związków była trochę przyjemniejsza – pisałam rok temu tu.

Obecnie znajduję się identycznej sytuacji co dziesięć lat temu. Zaczynam swobodnie mówić po holendersku, tworzę coraz bardziej skomplikowane zdania, ale gramatyka jeszcze nie jest na tym samym poziomie co mówienie. Nic w tym dziwnego – mówię codziennie, a ćwiczenia robię raz w tygodniu. Chociaż język sam wchodzi do głowy, to jest to zlepek słów i zadań usłyszanych na ulicy, w szkole, w domu – język potoczny. Zatem by nie popełnić tego samego błędu, co z angielskim, tym razem nie czekam pięciu lat, tylko teraz zmuszam się (tak, zmuszam się) do wykonania x zadań z podręcznika. Do tego uważniej mówię po angielsku i pomimo zanikającego akcentu, staram się go pielęgnować i ćwiczyć. Ciągle ćwiczyć.

Jako osoba, która chciałaby w przyszłości sama uczyć innych, wyznaję taką zasadę – gramatyka i słownictwo powinno iść ramię w ramię. W polskich szkołach jest mocny nacisk na naukę gramatyki, a dzieci i młodzież uczą się tego na sucho i nie wiedzą co z tym potem zrobić. To tak jakby tłumaczyć, jak dojść do sklepu w mieście, którego się nie zna – da się, ale szybko się zapomni o wskazówkach – łatwiej jest, gdy miasto się trochę zna. Zatem łatwiej się tłumaczy gramatykę osobom, które już znają kilka podstawowych czasowników i rzeczowników. Poza tym gramatyka to abstrakcyjny twór, który dla dzieci jest ciężki do zrozumienia jako samo zjawisko. Przeżyłam to sama na sobie, gdy starałam się wytłumaczyć prosty czas grupie jedenastolatków. Gdy mnie w podstawówce uczyli konstrukcji zdań, nic z tego nie rozumiałam, było to jak formuła chemiczna. A gdy jeszcze powiedzieli no czas zaprzeszły w polskim nie istnieje, ale musicie go umieć to tylko sobie w łeb strzelić.

Wniosek z tego wywodu jest taki: mówić w języku obcym to dopiero początek długiej drogi. Językiem zasłyszanym da się dogadać w sklepie, ale by napisać pismo, może nie wystarczyć. Trzeba się uczyć, powtarzać, słuchać, mówić. Ja, na przykład, nie umiem się uczyć sama i wolę, gdy mam towarzystwo, które mnie poprawi, złapie na błędzie i razem wykona dziesiątki zadań domowych. Nie jest to wtedy aż tak nudne, bo po wszystkim zawsze można wyjść razem na piwo.

Dziwne akcje cz.6 „Imigranci”

Jestem emigrantką. Uświadomienie sobie tego zajęło mi równe sześć miesięcy (gdybym myślała w takim tempie co tyję, to byłoby klawo). Do tego czasu byłam Polką, która wyjechała z Polski, do Holandii, by nauczyć się holenderskiego, poszukać sensu swojego jestestwa, albo po prostu przez rok się przebimbać jako au-pair i nie płacić za rachunki i jedzenie. Gdy mówiono o imigrantach kierujących się ku Polsce, ja w żaden sposób się z nimi nie utożsamiałam. Ja przecież nie wyjechałam po pieniądze, w poszukiwaniu schronienia, przed niczym nie uciekałam. To co to ze mnie za emigrant?

Pytając mnie o zdanie w sprawie imigrantów, mówiłam zwykle tak: nie mam nic przeciwko, ale uważam, że powinni się asymilować, zaakceptować normy kraju, szanować tradycje i obyczaje. Myślałam, że jest to odpowiedzieć, która nikogo nie urazi, pokazuje, że jestem tolerancyjna z małym ale i nie daje pola do ataku ze strony pytającego. Bezpieczna wersja. A prawda była taka, że sama nie wiedziałam – z jednej strony panicznie się bałam tego, co pokazują media, dochodził strach przed nieznanym, a z drugiej? Przecież każdy z nas chce żyć w pokoju i się spełniać bez przeszkód.

Zmiana przyszła wraz z moim wyjazdem. Na kursie językowym poznałam dziewczynę, Nour, która wychowywała się w Palestynie, ale od nastoletnich lat mieszkała już w Kanadzie. Pięknie pisze i równie pięknie wygląda. Codziennie miała inne nakrycie głowy, w różnych kolorach i formach. Gdy zapytałam ją o to, czy jest to jej decyzja czy przymus religii, powiedziała, że mam wejść na jej bloga i zapoznać się z jej wspomnieniem o tym, jak zdecydowała, że chce nosić hijab (po angielsku, niestety). Ja, jako Europejka, tym bardziej Polka, nie miałam styczności z muzułmanami na tyle, co miałam z katolikami czy żydami. W głowie miałam obraz taki, jaki wykreował Internet, telewizja, opowieści taty z misji. Nour była wyzwolona, wykonywała wolny zawód, wyszła za Holendra, praktykowała swoją religię i była jak egzotyczny owoc, którego nawet w Lidlu na Tygodniu Kuchni Meksykańskiej nie znajdę. Z jej wpisu dowiedziałam się, że był to jej wybór, a jej mama starała się nawet ten proces trochę wstrzymać, by mogła dać sobie więcej czasu. Zaczęłam się zastanawiać – co jeżeli większość z tych strasznych, niebezpiecznych imigrantów jest jak ona? Mądre, utalentowane, wrażliwe i wartościowe jednostki? Od tamtej pory inaczej patrzę na kobiety Islamu, chcę znać historię każdej z nich i dowiedzieć się, co dla nich znaczy hijab i ich religia. Inaczej patrzę na osoby wychowane w innej kulturze. Z ciekawością, otwartym sercem i umysłem.

Przez pierwsze kilka miesięcy nie odczuwałam tęsknoty za domem i za Polską, bo byłam zbyt pochłonięta tym, co się dzieje tutaj, w Holandii (i jedzeniem stroopwafli, masła orzechowego i hagelslagu – to wszystko na raz). Przed Bożym Narodzeniem zaczęło się coś we mnie budzić, bo wokół nie było tak świątecznie jak w moim pięknym kraju kwitnącej cebuli. Z tego wszystkiego kolędy zaczęły lecieć od początku grudnia, ulepiłam pierogi, prezenty na Wigilię były gotowe tydzień przed wyjazdem na Święta i przebierałam nogami z niecierpliwości jak mewa w poszukiwaniu robaka. To wszystko było spowodowane rodzinnym okresem świątecznym, a nie tęsknotą za oscypkiem, Tatrami i plażą na Chałupach. Prawdziwa tęsknota zaczęła się dopiero w marcu. Fascynacja krajem karmelem cieknącym została zastąpiona codziennością, rutyną i przejedzeniem się masłem orzechowym z hagelslagiem. Sporą rolę w moim przypadku gra samotność. Kiedyś ktoś mnie zapytał, czy nie znam może kogoś chętnego do pomocy przy czymś w szkole. Gdy powiedziałam, że moi znajomi albo mają dwanaście lat, albo sześćdziesiąt albo mają cztery nogi, nie skumałam się jak smutno to brzmi. Odkryłam w sobie, że dopóki nie znajdę się w środowisku, które daje dostęp do ludzi, tak będę najbardziej samotnym człowiekiem na świecie, stąd mam kumpli w tutejszej podstawówce i na targu.

Zaczęłam rozumieć tych wszystkich imigrantów, którzy z całego świata przylatywali do Londynu i osiedlali się wśród rodaków, otwierali knajpy i sklepy z rodowitym jedzeniem, obchodzili święta, o których nikt w Anglii nie słyszał. Ja jestem tu z wyboru, sama tego chciałam, od niczego nie uciekłam, a czasami tak ciężko mi się tu odnaleźć. Mogę w każdej chwili wrócić do Gdyni czy zadzwonić do rodziców, a co by było, gdyby mój kraj nie pozwalał mi na powrót? Gdybym musiała zostać w Holandii dla własnego bezpieczeństwa? Też bym chodziła do kościoła, piekła polskie ciasta, lepiła pierogi i gotowała kapuchę. Oglądałabym polskie filmy, szukałabym skupisk Polaków i udzielałabym się przy polskich organizacjach. Zachowanie tożsamości w innym kraju jest wyzwaniem, zwłaszcza, gdy przez dwadzieścia dwa lata żyło się zgodnie z tradycjami i normami polskimi. Odbierając tożsamość imigrantom robimy im wielką krzywdę, bo czasami nic innego już im nie zostało od chwili wyjazdu z rodzimej ziemi. I mogę mówić ile chcę, że jestem obywatelem świata, ale prawda jest taka, że jestem Polką smalcem, bigosem i wódką ulepiona. I całe szczęście Holandia się nie różni jakoś drastycznie od Polski, ale gdy przyjeżdża taka Nour do Holandii, to przecież tu nic się nie zgadza! Czy wiecie kiedy jest Ramadan? Wiecie jak ciężko jest zachować post, gdy dookoła nikt nie kuma, że do zachodu słońca nic nie możesz jeść i pić? Ja nie wiem, ale Nour wie i nie raz mówiła, że najpiękniejszy Ramadan jest w Palestynie, gdy każdy każdego wspiera w postanowieniu, wspólnej modlitwie i czuć świąteczny klimat. Ja sama odczuwałam potrzebę pójścia do kościoła przed Bożym Narodzeniem i mogłam to śmiało zrobić, bo kościół katolicki jest zaraz obok protestanckiego. Ale czy Nour w Polsce by mogła bezpiecznie udać się do meczetu? No ja nie wiem… wśród moich znajomych w Facebooku są tacy, co otwarcie mówią, że meczetów w Polsce nie powinno być.

Jak już pisałam przy poście o feministkach, zachowuję bezpieczny polityczny dystans, ale w tym przypadku chciałabym uświadomić swoich bliskich, znajomych i czytających tego bloga, że bycie emigrantem to więcej niż wyjazd za granicę. To próba budowania swojego życia na nowo, od zera, a jedynym budulcem jest to, co już się wie i umie – kultura, tradycje, zwyczaje, nawyki. Przyczyna emigracji? Cokolwiek – pieniądze, miłość, bezpieczeństwo, rodzina, praca, nauka. I co ważne, emigrantem jest każda osoba, która emigrowała z własnego kraju. To nie tylko Syryjczyk szukający schronienia. To również jestem ja i Jan Paweł II też, bo wyjechał do roboty do Włoch.

 

Dziwne akcje cz.5 „Śmierć”[PL/ENG]

Swoje opóźnienie w odczuwaniu utraty bliskiej osoby zgonię na słabo rozwiniętą dojrzałość emocjonalną i brak kontaktu z rzeczywistością w okresie buntu. Długo się cieszyłam kompletem dziadków i babć, byłam z tego dumna. Byli młodzi, energiczni, kochani. Jak z jakiejś biblijnej przypowieści, zaczęłam ich tracić jeden po drugim. Dowodem mojego wtedy niedorozwinięcia takich cech jak empatia, poczucie utraty i myślenie jest ta sytuacja: szósta klasa, dyskoteka andrzejkowa (byłam przebrana za Eminema czyt. miałam założoną czapkę z daszkiem bokiem, spodnie i koszulkę taty i niebieskie trampki). Mój dziadek zmarł tydzień wcześniej i ze względu na żałobę mogłam zostać tylko do 20:00. Nie było na świecie dziecka bardziej rozżalonego ode mnie, bo rodzice nie kumali, że właśnie zaczynała się moja kariera szkolnego DJ’a. Do domu i koniec. Nie chciało do mnie w ogóle dość, że moja osobista drużyna Power Rangersów (za malucha miałam sporą kolekcję figurek, oczywiście ja byłam różową) się pomniejszyła, że to początek nowego etapu w życiu. Nie, do cholery, ważniejsze było wróżenie z butów i puszczanie Denzela ze szkolnego komputera.

I blame my inability to grief on undeveloped emotional maturity and lack of attachment to the reality during my rebellious times. I was lucky to have all four grandparents around for pretty long, it made me quite proud. They were young, full of energy, loving. And as if I was a part of a biblical parable, I begun to lose them one by one. As a definite proof of lack of such emotions as empathy, sense of loss and inability to think, I’ll give you this situation as an example: year six, school dance (I was dresses as Eminem, wearing  my hat sideways, my dad’s jeans and t-shirt and blue converse). My grandpa died a week prior and because of a mourning time, I had to be back home at 8pm. There was no child in the whole world, that felt bigger resentment than me. My parents didn’t understand that I was about to launch my school DJ career. I just couldn’t comprehend, that I’ve lost one of my personal Power Ranger (that I was a huge fan of back in the day), that I’m at the beginning of a new life chapter. Hell no, future telling and playing Denzel from a school computer meant a lot more to me.  

Z dziadkami spędzałam każde wakacje – z jednymi i drugimi. Zapewnili mi cudowne dzieciństwo, kupowali taśmy czipsów, zabierali na wycieczki nad jezioro i robili basen w wannie na działce. W gimnazjum straciłam drugiego dziadka i pierwszą babcię. Gdy o nich opowiadam, mówię, że babcia tak bardzo tęskniła za dziadkiem, że jej ciało pomogło się do niego dostać. Od drugiej gimnazjum do trzeciej liceum nie odczuwałam żadnego bólu. Po prostu pustkę. Moja umiejętność do przeżywania żałoby albo nie została wykupiona w pakiecie „Uczucia podstawowe”, albo mój system nie był aktualizowany na bieżąco, by wgrać tę wtyczkę. Na pogrzebach byłam obecna tylko ciałem, a na pogrzeb babci nie pojechałam, bo kremacja była wystarczająco przerażająca, by przechodzić to ponownie. Po latach usłyszę, że mi się  po prostu nie chciało. Zmiana nie przyszła stopniowo. Przyszedł informatyk od uczuć i włączył wtyczkę – a było to w dniu wyników matur. Na zakończenie każdego roku szkolnego miałam zwyczaj obdzwaniania wszystkich po kolei, by odśpiewać pieśń chwalącą mnie, moje zdolności i jaka to jestem super, a dziadkowie robili ach moja zdolna wnusia! W trakcie gimnazjum i liceum jakoś mi nie przeszkadzało tak bardzo dzwonienie tylko do jednej babci, ale po otrzymaniu wyników maturalnych pękłam. Uderzył mnie fakt, że nie mogę zadzwonić do całej czwórki. Że nikt nie odbierze. Że nie mogę się pochwalić, że skończyłam liceum. Wypłakałam wszystkie żałobne łzy, cała wieloletnia znieczulica wyszła mi oczami. Tyle lat!

I’ve spent every summer with my grandparent – all of them. They gave me the best childhood I could think of – never ending supply of crisps, lake trips and swimming in a garden pool made of a bathtub. In middle school I’ve lost my second grandpa and first grandma. When I talk about them, I always say, that my granny missed pa so much, that her body helped her to get back to him. Since second year of middle school until the end of high school I didn’t feel any pain related to loss. I just felt empty. My ability of experiencing mourning wasn’t a part of my body’s starter-pack or my system wasn’t updated for too long to upload this new plug. Only my body was attending funerals, but my mind was wandering. The mindswitch didn’t come step by step. It hit me like a ton of bricks – the day of my high school finals results. I used to call everyone on the last day of school, to tell about my grades, how well I did and generally how amazing I was and my grandparents showed super support and congratulated me. Once they were gone, I kind of forgot about it and I didn’t mind calling only one grandma that was left. But after receiving my results, something inside me burst. I’ve realized, that I can’t call them anymore, that  I can’t tell them about my graduation, that nobody will answer. I cried all the tears I saved for grieving. After all these years! 

Teraz nie mogę opowiadać o nich bez bólu gardła i łamiącego się głosu. Mając dwadzieścia dwa lata mam większą potrzebę kontaktu z nimi niż ośmioletnia ja prosząca dziadka o piątaka na zestaw flamastrów. Gdy robię coś nielegalnego lub nieetycznego (hehe) to zastanawiam się, czy oni patrzą i dlatego gdzie się nie pojawię pada deszcz. Łapię się też na porównywaniu się do nich. Albo myślę o tym co by powiedzieli o moich wyborach, jakie byłoby ich zdanie, czy dziadek by dalej jeździł po wodę źródlaną, babcia robiła ciasto jagodowe, a drugi dziadek spędzał dnie na działce, kopiąc w rabatach. I ta ostatnia babcia, święta Krystyna, chociażby mnie denerwowała bardziej, niż zamykanie sklepów w Holandii o 20:00, to jak ja mogę się gniewać? Otrzymała rozkaz życia 200 lat. Bo mi się inaczej świat cały zawali i nic mi nie zostanie już z dzieciństwa. A jeżeli się po śmierci nie spotkamy, to ja się zabiję.

Nowadays it’s hard for me to talk about them without throat pain and breaking voice. I am twenty-two and I need my grandparents more than I did, when I was eight and needed money for a new box of coloured pens. When I do something illegal or unethical (hehe) I think whether they  look upon me and send rain as a punishment. I catch myself on wondering if they’d agree with my decisions and I compare myself to them. I wonder if my grandpa would still cycle for spring water, my granny bake blueberry cake and other grandpa would spend his days in the garden, digging around. And my last grandma, Saint Krystyna, no matter how irrational she would be, even as much as closing grocery shops at 8pm in the Netherlands, how can I be angry at her? She received an order to stay alive until she reaches 200 years. Otherwise, my whole life will fall apart and there will be nothing left from my childhood. And I don’t get to see them in heaven, I will legit kill myself. 

Śmierć to taka dziwna sprawa. Ja jeszcze nie nabrałam do niej dystansu, boję się jej panicznie. Nikt do końca nie wie co się potem z człowiekiem dzieje, a robi w gacie na samą myśl o tym, że pewnego dnia ostatni raz nakarmi kota, założy majtki, zje banana, kupi kupon na totolotka, powie dzień dobry do sąsiada i napisze smsa.

Death is a weird stuff. I haven’t found my peace with it yet, I’m scared as hell. Nobody really knows what is going on after we are gone, but somehow we shit our pants thinking, that one day, it will be the last time that we feed a cat, put undies on, eat a banana, buy a coupon, say good morning to the fellow neighbour and write a message. 

Dziwne akcje cz.4 „Odchudzanie” [PL/ENG]

W drugiej klasie podstawówki skumałam się, że wyglądam źle. Ok, nie skumałam się o tym sama, uświadomiono mnie o tym. Podczas ważenia na obozie gimnastycznym usłyszałam, że młoda damo, czas schudnąć! Od tamtej chwili moje ciało stało się polem walki moich kompleksów, stereotypów, opinii innych i niespełnionych pragnień, a ta wyczerpująca wojna trwa do dziś. Upadla równie fizycznie, co psychicznie i pomimo niezliczonych prób, każde powstanie kończy się porażką, okaleczoną duszą i stosem za małych ubrań.

During the second year of primary school, I realised that I look bad. Alright, I haven’t done that myself, I was told that I look bad. On the weighing day during gymnastic camp I heard, that I have to lose weight. Since then my body became a battlefield of insecurities, stereotypes, opinions and unfulfilled desires, and this battle lasts until this day. This debases both physically and mentally, and in spite of countless trials, every single one ends with a defeat, scarred soul and a bag full of clothes too small.

Rok w Anglii, inaczej znany jako ziemniaki, chleb, słodkie mleko i chicken pie był kolejnym krokiem ku samodestrukcji za pomocą jedzenia. Wystarczyło mi kilka miesięcy, by jako dwunastolatka przytyć dziesięć kilogramów. Miałam nadwagę, trądzik, jadłam więcej, niż spalałam i stałam się ofiarą szkolnych ciast z polewą czekoladową. W Polsce wróciłam do treningów na basenie i na Mistrzostwa Polski znów byłam w formie. W formie na pewno nie była moja psychika. Na zawsze zmieniła się jedna rzecz – nie mogłam patrzeć na swoje zdjęcia w stroju kąpielowym. Moje wielkie uda stały się największym kompleksem. Nie uważałam ich za atut, za potężny potencjał siły. Były duże, brzydkie i grube.

One year in England, also known as potatoes, bread, sweet milk, and chicken pie was another step to self-destruction with food as my weapon. I needed roughly few months to gain ten kilograms. I was overweight, I had acne, and I became a victim of the chocolate gravy school cake. Back in Poland I went back on track with my swimming practice and I was physically ready for nationals. What wasn’t ready was my psyche. One thing has changed forever – I couldn’t stand looking at myself in a swimming suit. My huge thighs became my biggest insecurity. I couldn’t consider them as a strength, my potential. They were big, ugly and fat.

Kupowanie spodni wymagało ode mnie ogromnego zapasu energii, cierpliwości i wyrozumiałości, czyli tego, czego nie miałam. Nie dość, że grube, to dodatkowo kacze nogi, mieściły się jedynie w duże rozmiary i modele, które założyłby albo niewidomy, albo pies, bo psy są zadowolone ze wszystkiego. Każdorazowe załamanie nerwowe w przebieralni kończyło się postanowieniem schudnięcia, a wraz z nim, pogłębione niezadowolenie ze swojego ciała. Kiedyś zapomniałam wziąć spodni na wf i koleżanka chciała pożyczyć swoje obcisłe, krótkie spodenki. Ubierając je, wiedziałam, że popełniłam błąd. W szatni wybuchła salwa śmiechu, parsknięć i komentarzy, a ja, by nie pokazać, jak okropnie się czuję, śmiałam się razem z innymi, szybko ściągając z siebie te przeklęte, upokarzające spodnie dla kolarzy. Wolałam dostać jedynkę za brak stroju niż pokazać światu swoje wielkie kłody.

Buying pants called for a huge amount of energy, patience, and indulgence, everything I never had. Not only fat, but also very short legs fit only into big sizes, and designs were so ugly, that I guess that only a visually impaired would wear them or a dog, dogs are happy no matter what. Every mental breakdown in fitting room was followed by a decision of losing weight (again) and deeper self-hatred. Once I forgot sport pants for P.E. and one of my friends offered her extra pair of tight shorts. While putting them on, I knew that it will be a big mistake. Changing room filled with laughs and comments, and me, trying not to show my utter sadness, laughed along, while taking these goddamn cycling pants. I’d have rather got a bad grade than show my logs to the whole world.

Idealna sylwetka była równoznaczna z kontrolą, dyscypliną i odmawianiem sobie wszystkiego, co lubię. W liceum wpadłam na idealny pomysł – jadłam 1200kcal, prowadziłam pamiętnik posiłków, liczyłam kalorie i codziennie spalałam 500kcal na rowerku stacjonarnym, oglądając Rozmowy w toku (nigdy nie byłam tak na bieżąco z problemami polskiego społeczeństwa). Bilans kaloryczny był ujemny i waga leciała z górki na pazurki. Rezultaty przyszły tak szybko, że po miesiącu, pierwszy raz po latach, zobaczyłam z przodu piątkę na wadze. Zajarana tym wszystkim, dalej trzymałam się dyscypliny. Spodnie zaczęły wisieć, znajomi komplementowali, a koleżanki pytały jak to zrobiłaś?!. W międzyczasie przeżywałam bolesne ataki mojego uzależnienia od cukru: wpadałam w histerię, panikowałam, bo tak bardzo chciałam zjeść coś słodkiego, a bałam się przytyć. Gdy już nie miałam siły, płacząc, zjadłam całą paczkę ciastek na raz. Było mi lżej, błogo, a potem ta ogromna lawina winy i obrzydzenia lądowała na mojej pewności siebie, przygniatając mnie, dopóki się nie zasnęłam ze zmęczenia, z nowym postanowieniem poprawy. Na bilansie osiemnastolatka pierwszy raz w życiu usłyszałam, że nie mam nadwagi (pielęgniarki od zawsze mi mówiły, że to wina ziemniaków i mam jeść ich mniej) i w końcu wszystko było super. Ale wiecie co? Przyszły Święta Bożego Narodzenia, a wraz z nimi ciasta, sałatki i plus pięć kilogramów. A, no i najlepsze – zdjęć ze swojej studniówki unikam, ale wiem jedno – cieliste rajstopy powinny znaleźć się na liście rzeczy zakazanych. 

Perfect body meant control, discipline and saying no to everything I liked. I came up with a brilliant idea in secondary school – I ate roughly 1200kcal, kept a meal log, counted calories and burned 500kcal cycling while watching TV programs. My calorie intake was low and weight was going downhill like crazy. Results showed up so fast, after one month, first time in years, I saw five on a scale. My pants started to hang on my butt, friends were complimenting me and I was constantly asked about my methods of losing weight. Meanwhile, I was experiencing painful sugar addiction attacks: I was losing my mind. I wanted to eat something sweet, but I was scared to gain weight again. When I felt totally hopeless, I was ending up eating shitloads of biscuits, crying my eyes out. I felt better, to later feel nothing but an avalanche of shame and self-disgust landing on my confidence, crushing me, until I fell asleep totally washed out, with renewed resolutions.. During my last school health check-ups, I heard, for the first time ever, that I’m not overweight. I felt so good. Life felt good. But you know what? Christmas was around the corner, along with cakes, salads and additional five kilograms. Oh, and the best one, I do my best to avoid prom pictures, but one thing is a sure thing – flesh-coloured tights should end up on a no-no list.

Myślałam, że w weganizmie odnajdę ukojenie. Obiecali utratę kilogramów, zdrowe podejście do żywienia i spokojne sumienie. Po roku mogę powiedzieć jedno – mnie dieta roślinna nie uratowała, ale wyedukowała i uświadomiła, co jest dobre, a co złe dla mojego ciała. Nie jadam w fast-foodach, stacjach paliw czy uczelnianych kafejkach, bo nic tam dla mnie nie ma. Nauczyłam się gotować i szukać zdrowych alternatyw. Dieta ułożona dla mnie przez dietetyka działała cudownie, czułam się dobrze, zmotywowana, szczuplejsza, ale nie mogłam się przekonać do ważenia każdego składnika, gotowania z wyprzedzeniem i stresu związanym z regularnymi pomiarami. Znów wróciło uczucie z liceum – jeżeli się wyłamię, przytyję. Tak się stało. Po przyjeździe do Holandii musiałam się przestawić z obiadów o trzynastej na dziewiętnastą, uczyłam się jedzenia lunchów, jadłam za mało lub za dużo.

I really hoped that veganism will put an end to my dietary misery. They promised weight loss, healthy relationship with food and calmed soul. After one year I can say one thing – plant based diet didn’t save me, but surely educated and showed me what’s working for my body. I don’t do fast-foods, gas station foods or school cafeterias, because they simply don’t offer much to me. I learned how to cook and look for healthy alternatives. Personal diet written by a dietician was a wonder, worked like a blessing, I felt good, motivated, slimmer, but I couldn’t get over the whole food-scale thing, food-preping or stress-related monthly visits at the dietician. That familiar secondary school feeling came back again – if I fall off the wagon, I’ll gain weight again. And so it happened. Having settled in the Netherlands, I had to learn to eat dinners late, implement lunches into my life, because I was eating either too much or not enough.

W grudniu zeszłego roku, gdy przyjechałam na święta, powiedziałam rodzicom, że mam problem z żywieniem. Że nie umiem panować nad jedzeniem i swoim ciałem. Że jest to silniejsze ode mnie, że zajadam stres i smutek, że wystrzelony w kosmos poziom cukru we krwi działa narkotycznie, uspokaja mnie. Zajęło mi to tyle lat, by przyznać się przed samą sobą i innymi. Komentarze typu wystarczy się więcej ruszać, wtedy możesz jeść co chcesz padały od osób, które nie widziały w jedzeniu wroga i zbawienia jednocześnie. Wiem, że dopóki nie pogodzę się sama ze sobą, żadna dieta mi nie pomoże. Dopóki nie docenię tego, że jestem zdrowa, mam sprawne ciało i umysł, nigdy nie będę zadowolona z tego, jak wyglądam. Skumałam się, że ja po prostu siebie nie kocham. 

In December last year, during Christmas visit at home, I told my parents about my eating issue. That I don’t have a control over food and my own body. That it is stronger than me, that I eat my stress and sadness away, that this out-of-this-world sugar rush in my blood is almost narcotic, that it calms me down. It took me so long to confess this to myself and others. Comments such as once you do some sports, you can eat whatever you want came from people, who never treated food both as a friend and a foe. I know, that as long I won’t bury the hatchet, no diet will help me. That until I appreciate my health, vital body and mind, I will never be happy with who I am. I kind of got to the point, where I realised, that I actually don’t love myself.

 

Dziwne akcje cz.3 „Feminizm”

Polityka jest mi obca, nigdy nie zabieram głosu w dyskusjach o preferacjach partyjnych, a po przeczytaniu House of Cards Michael’a Dobbs’a przestałam wierzyć w cokolwiek, co wychodzi z ust polityków. Cały ten układ „ja się nie wtrącam” sprawdzał się całkiem spoko, bo ograniczałam swoje prospołeczne działania do wesołego kreślenia iksów na karcie do głosowania i co jakiś czas urządzałam sobie seanse opłakiwania stanu psychicznego polskich polityków. Ostatnio coś we mnie pękło i żebym nie zalała sobie żalem całego ciała, wylewam go tu. Nazwijcie mnie jak chcecie – lemingiem, feministką, idiotką – ja jestem Ola i jedynie czego chcę to to, by każdy, bez wyjątku, mógł mieć to, co mam ja – wybór. Continue reading „Dziwne akcje cz.3 „Feminizm””

Dziwne akcje cz.2 „Weganizm”

Zmiana nawyków żywieniowych okazała się nie tylko nowością kulinarną, ale również poznałam swoją rodzinę i najbliższe środowisko na nowo. Od taty usłyszałam kilka razy „zrobiłbym spaghetti, ale… nie jesz mięsa…” co zawsze łamie mi serce, Bartek zbytnio się tym nie przejął, od początku full support i nie komentuje tego, gdy w najgorsze dni, błagalnym wzrokiem, proszę go o tosty z serem i ketchupem (co mi się czasami zdarza, nie będę tu nikogo oszukiwać), a z mamą wspólnie poznawałyśmy nowe smaki, przepisy i to dzięki niej poprosiłam o wsparcie dietetyka, który pokazał, że jedzenie parówek sojowych i hummusu to nie jest pełnowartościowe danie. Wrogo nastawione były tylko osoby, z którymi nie jestem jakoś szczególnie związana i rzucały oklepane teksty, że ludzie to mięsożercy, bo przecież mamy kły (mi te kły jakoś szczególnie nie pomagały, gdy jadłam 3-dniowego , zimnego schaboszczaka z niedzielnego obiadu), że skąd niby wezmę białko i chłopak mnie rzuci, bo nie ugotuje mu golonki. A prawda jest taka, że nawet jak jadłam to mięcho, to jadłam tylko kurczaka z ryżem w sosie słodko-kwaśnym, parówki i klopsy. O powodach przejścia na weganizm pisałam we wpisie Kuchnia wegańska | Małe miłości. Continue reading „Dziwne akcje cz.2 „Weganizm””