Źle zadane pytanie | The Inomhus Zine

Na rozmowach rekrutacyjnych pytają często o to, jak sobie wyobrażasz siebie za pięć lat, za dziesięć, kim będziesz i jak będzie wyglądało twoje życie. No i głowie leci film – jakaś fajna robota, może adoptowany pies, wspólnie wynajmowane mieszkanie z oddzielną lodówką, pewnie początki kredytowej przygody, kilka zapłaconych mandatów, znaleziona godność po latach poszukiwania z czasów studiów, cząstkowe ogarnięcie dorosłości i regularne telefony do rodziców. Do pracodawcy pójdzie info o chęci rozwoju, ewentualnie padnie zapewnienie, że dzięki twojej ciężkiej pracy firma wybije się w cyferkowe niebiosa i wspólnie będziecie latać między ASAPami, DDLami, forwardami i fakapami, upojeni pieniędzmi.  

Ale gdyby zapytać inaczej – jak wyobrażałeś sobie siebie za pięć lat pięć lat temu? Czy mając piętnaście lat tak wyglądała twoja wizja siebie w wersji dwadzieścia lat? Dwadzieścia pięć? U mnie to na maxa lipa wyszła, bo mam prawie dwadzieścia trzy lata i mając lat trzynaście myślałam, że za dwa lata będę rodzić pierwsze dziecko lol, a do tego miałam w planach mieszkać i pracować daleko od Polski (co zrobiłam!… ale wróciłam). Mając osiemnaście lat, o panie, to już w ogóle! Gdybym wiedziała, że będzie ze mną gorzej, niż już było, to bym codziennie o błogosławieństwo prosiła Najwyższego i jadła mniej czipsów.

Gdy teraz mnie ktoś zapyta Ej, jak widzisz siebie mając dwadzieścia osiem lat? to najpierw sprawdzę stan konta, upewnię się, czy dalej nie mam szans na zostanie królową Instagrama i sprawdzę, kiedy kolejna promka w Rossmannie. Gdy to wszystko zrobię, to odpowiem, że chcę tylko, by moja babcia jeszcze wtedy żyła, bo bez niej to lipa, a do tego nie chcę być w więzieniu, bo będą mi jeszcze kazali znów jeść mięso.

Chcę powiedzieć tylko jedno, bo się ciutkę rozpisałam – jakby nie było, będzie ok.  

 

Artykuł jest częścią pierwszego wydania The Inomhus Zine. Żeby nie przegapić kolejnego numeru, dajcie lajka tu: https://www.facebook.com/theinomhus/ i tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

Wróciłam do Polski! Co teraz?

Ostatni lunch w Holandii, ostatnie rozmowy z sąsiedzkimi kotami w Holandii, ostatnia niedziela w Holandii, ostatnie nudle nad kanałem w Holandii, ostatni prysznic w Holandii, ostatnia noc w Holandii – takie myśli towarzyszyły mi ostatniego dnia w Holandii. Pomimo mojego nostalgicznego podejścia do całej sytuacji, łzy z oczu nie chciały lecieć. Dopiero ostatniego późnego wieczora, gdy uświadomiłam sobie, że robię ostatnie pranie w Holandii, popłakałam się nad otwartą pralką, wtulając się w mokre ubrania, pachnące moim ulubionym płynem (rok temu w moim życiu nie istniała kategoria Ulubiony płyn do prania #dorosłość). Rano wstałam, zabrałam się i pojechałam na lotnisko. Ostatni raz w pociągu w Holandii, ostatnia kawa w Holandii, ostatni samolot do Polski z Holandii.

Tego, co wydarzyło się potem, nie mogłam przewidzieć #kochamTrudneSprawy

Wszystko było super – wyprzytulałam rodzinę, wycałowałam Bartka, spotkałam się z przyjaciółmi, odwiedziłam moje ulubione miejsca i w końcu spałam w swoim łóżku. Nic mnie nie denerwowało, ale też… nic mnie nie cieszyło, nawet widok najpyszniejszego Cosmopolitana z Bliżej. Zepsuły mi się emocje – włącz wyłącz nie zadziałało (chociaż myślę, że Sopot o północy nie jest na to odpowiednim miejscem…), kilkukrotne uderzenie też nie, a próba przywrócenia poprzedniego systemu się nie powiodła… Byłam taka o. Ciało było na miejscu, ale umysł został gdzieś w połowie drogi z Holandii do Polski (pewnie w Niemczech, on to zawsze na przekór!). W domu nie mogłam sobie znaleźć miejsca, kręciłam się między kuchnią, łazienką i swoim pokojem (dobrze, że te trzy pomieszczenia są w jednej linii, nie nachodziłam się!). Desperacko szukałam przycisku reset, by wyjść z tego dziwnego letargu – sprzątałam w szafkach swoich, kuchennych, łazienkowych (nawet pokój brata posprzątałam…), prałam i segregowałam ubrania, zebrałam kilkanaście worków śmieci, zrobiłam porządną aktualizację swojego CV i porozsyłałam do różnych miejsc. W tym czasie również wyszła płyta Natalii Przybysz, która leciała u mnie na pętli, dzień i noc, cią-gle! Mijały już prawie dwa tygodnie od powrotu, a ratunek przyszedł w najmniej oczekiwanym momencie.

Upewnij się, czy nie zostawiłeś tam nic osobistego
kropli krwi ani marzeń swych
Upewnij się, czy nie zostawiłeś tam nic osobistego
żadnych łez z których niebo jest

Siedząc w SKMce, zamknęłam oczy i słuchałam tych słów, jakby Natalia pytała właśnie mnie o to, czy nie zostawiłam tam niczego osobistego. Odcięta od rzeczywistości (ale nowość!), przez chwilę zapomniałam, gdzie jestem i gdy otworzyłam znów oczy, widok mnie tak przeraził, że nie byłam pewna, czy to się dzieje na serio, czy może jak zwykle zasnęłam w ciągu minuty, gdy tylko poczułam trochę ciepła. Oczy powoli się zaszkliły, a usta otworzyły, jakby chciały zadać sto pytań jednocześnie wyciszając głos w gardle. Ja byłam przekonana, że mój pociąg zatrzymał się na Amsterdam Bijlmer Arena i jadę do Abcoude, a stałam w Gdyni Głównej! Jak wyrwana z dziwnego snu wyjęłam słuchawki z uszu, rozejrzałam się dookoła i widząc, że każdy element otoczenia potwierdza to, że jestem w Polsce, rozpłakałam się. Po dwunastu dniach emocjonalnej czystki ktoś w końcu wylał wiadra wody przez moje dwa brązowe okienka. Gwałtownie wysiadłam i stojąc w deszczu, słuchając w kółko czy nie zostawiłam tam nic osobistego, wypłakałam cały żal, tęsknotę, stres, ból, zmęczenie, obawy, strach i… szczęście. Reset.

Jestem w Polsce od prawie czterech tygodni. Dostałam się na studia magisterskie (Anglistyka, spec. nauczycielska), dostałam pracę w szkole językowej i powoli uczę się żyć tutaj na nowo, bo może i dom dalej jest tym samym domem, Morze Bałtyckie ciągle polskie, ale ja troszkę się zmieniłam (włosy jakby urosły, kilogramów przybyło, a plany się wyklarowały). Nie śpię jeszcze najlepiej, budząc się w środku nocy zdziwiona faktem, że jestem w innym miejscu niż mój pokój w Abcoude. Nie ma dnia, który nie byłby delikatnie okraszony myślą o moim poprzednim życiu w Holandii. Nie mogę już tak łatwo machnąć ręką na brak porządnych ścieżek rowerowych w drodze do pracy (poczuło się raz luksus…). Korzystam z dobrodziejstw Trójmiasta, biorąc udział we wszystkim, co się tu dzieje (koncert Krzysztofa Krawczyka to był jakiś kosmos, 12/10). Czekam jeszcze, aż mój umysł w końcu wyląduje w Gdańsku, bo coś się zasiedział w tych chmurach, a ja go na cito potrzebuję!

Co zrobić w Amsterdamie w 48h?

Czterdzieści osiem godzin w Amsterdamie – tyle czasu wystarczy, by poznać te miasto z każdej strony – turystycznej, kulinarnej i kulturowej, a do tego poczuć się jak locales. Podróżując do innych miast Europy na tak krótko, chcę wycisnąć z każdej godziny jak najwięcej, zedrzeć nogi od chodzenia i poczuć pulsującą krew w głowie od przygód, które się wydarzyły (i wina). Z tego powodu, moja propozycja jest dla wędrowniczków jak ja, ale wszelkie zmiany i modyfikacje są możliwe (HALO! To Amsterdam! Tu wszystko jest możliwe!)

Pod planem znajdziecie opis miejsc, ceny i moją opinię (niekoniecznie obiektywną hehe)

Halo przygoda? Jedziemy!

48H w Amsterdamie (3).png

 

  1. Podróż kanałami – są dwie trasy, po których pływają łodzie komercyjne – jedna leci przez rzekę Amstel, a druga przez kanały. Pierwsza daje ogólne wrażenie miasta, a druga pokazuje tą pocztówkową część centrum. Cena: od 12 euro/godzina
  2. Obiad w Bird Thai – dwadzieścia minut w kolejce jest warte tego, co serwują tam na talerzach. Zamówiłam nudle z warzywami i tofu (można poprosić o pominięcie jajka) – ogromna porcja, a do tego prze-pysz-ność! Ceny: od 14 euro
  3. Ulica Czerwonych Latarni – jestem ostatnią osobą, która lubi tu być, ale zawsze sobie tłumaczę, że te dziewczyny chociaż zarabiają na swoją emeryturę. W przeciwieństwie do mnie. Najlepszą porą dnia jest późny wieczór, gdy ulica zalana jest czerwonością (nie tylko policzków). Są również muzea seksu (od 4 euro), ale nie polecam – historycznie i kulturowo bardzo słabo. Innych usług nie próbowałam.
  4. Drag Queen Show w Queer – piękne kostiumy, tona peruk i emocji oraz magiczna atmosfera. Na ich fanpagu można sprawdzić zbliżające się pokazy. Wjazd free.
  5. NYX – o mamoooooo! Można nie zjeść stroopwafli, można nie zobaczyć domku Anny Frank, ale tego miejsca przegapić nie można! Trzy sale muzyczne (w toaletach gra DJ na wielkim różowym siusiaczku), muzyka odpowiednia do wydarzenia, ale spokojnie można powiedzieć, że każdy coś znajdzie dla siebie (każdy poziom serwuje inny gatunek). Aby nie stać w dłuuuugiej kolejce, warto kupić bilety online. Wstęp 10 euro.
  6. Holenderskie naleśniki – pannenkoeken są podobne do naszych, ale inaczej serwowane. Do tego ichniejsze gofry. Śniadanie idealne. Naleśnikarni jest wiele, ale polecam tę malutką miejscówkę The Happy Pig. Ceny amsterdamskie, od 8 euro w górę. Są opcje wegańskie bez dodatkowej opłaty.
  7. Jordaan – tutaj jest to, czego większość z nas szuka – stare kamienice otulone kwiatami, piękne mostki nad kanałami, barki mieszkalne i zapach historii. Warto wziąć kawę na drogę i delektować się widokiem.
  8. Amsterdam Museum – ze wszystkich muzeów w Amsterdamie te jest w moich top3 (potem jest Rijksmuseum i Stadelijk, poza podium holendersko-rosyjski Hermitaż i Eye Museum ex aequo). O historii, mieszkańcach, kulturze, religii i zmianach – wszystko co warto wiedzieć o tym fascynującym mieście-cebuli (też o tym, że Amsterdam jest tak naprawdę to opór pod poziomem morza). Wstęp 12,50 euro.
  9. Pakowany lunch w Vondel Parku – supermarket Albert Heijn ma w swojej ofercie wszystko, co jest zjadalne i w kategorii lunch. Niektóre z nich mają nawet mikrofale! Ale każdy z nich ma plastikowe widelco-łyżki. Z takim pudełeczkiem zwykle idę do Vondel Parku i tam, na trawie, w słońcu, jem lunch. Piękny park w centrum miasta.
  10. Rijksmuseum – trochę Hogwart, trochę ogromny budynek z niezliczoną ilością eksponatów. To muzeum jest tak wielkie, że polecam ściągnąć apkę muzealną, wziąć słuchawki i wybrać opcję „Highlights”. Dzięki temu w 45 minut przejdzie się przez najciekawsze i najpopularniejsze dzieła. Inaczej za audio trzeba zapłacić 5 euro. Wstęp 17,50 euro. Polecam kupić przez stronę muzeum, bo kolejki są absurdalne.
  11. Museumplein – jeden wielki trawnik, który otoczony jest Rijksmuseum, Stadelijk Museum i Moco Gallery. Pół godziny w słońcu wystarczy, by zregenerować już zmęczone nóżki. To właśnie tu znajduje się popularny napis iamsterdam.
  12. Obiad w De Blauwe Hollander – Holendrzy nie mają bardzo rozbudowanej kuchni, ale to, co mają, kochają bardzo i upierają się przy tym, że jest smaczne. Ja, jako Polka, podzielam ich zdanie, bo wszystko, co ma kartofle i cebule jest super. Dlatego polecam to miejsce i spróbowanie stampot, kroketjes, deski serów, a na deser vla, poffertjes i appeltaart.
  13. Kino Tushinsky – polski akcent na tej liście. O historii tego kina prędzej dowiemy się z wikipedii, ale atmosfera z lat 20 poprzedniego wieku jest ciągle żywa. Kupując bilety warto zadbać o to, by iść na seans, który odbędzie się w sali głównej. Foyer i kino zachowane w stylu Art Deco, wśród których karykaturalnie strzela popcorn i zmieniają się reklamy filmów. Bilety można kupić na miejsca na parterze (najtańsza opcja – 12 euro), dostępne są również balkony, gdzie serwowane jest wino i przekąski w cenie biletu (15,50 euro) oraz loże – ukryte kanapy, które są tak intymne, że stwierdzenie „idziemy do kina, nie na film” ma w końcu rację bytu (41 euro za dwie osoby).
  14. Drankjes en hapjes w Trzech Siostrach – to określenie na przekąski i drinki, znane powiedzenie wśród holendrów – orzechy, sery i mięsa serwowane do wina i piwa. Pub znajduje się przy Rembrandtplein, które tętni życiem 24/7.
  15. Tosty na śniadanie – Toastable jest nieźle ukryte, ale z google maps łatwo pójdzie (na przeciwko Bloemmarkt, co również warto zobaczyć!). Najlepsze tosty jakie jadłam, a do tego tak bardzo sycące (nawet Bartek miał dość!). Wieża z trzech tostów przekładana przepysznymi składnikami, podawane z sosami. Ceny od 5 euro, jest również opcja wegańska. Top3 w Amsterdamie wśród lunchowni! PS. niedaleko znajduje się ukryty, średniowieczny ogród Begijnhof. Prowadzone przez zakonnice osiedle miało na celu danie bezdomnym, starym kobietom schronienia. Gdy któraś z nich wychodziła ponownie za mąż, mogła bez problemu opuścić taki begijnhof. Dziś można odwiedzić to miejsce. Jest to… zaczarowany ogród. Z głośnej ulicy wchodzi się na spokojne osiedle.
  16. Pałac Królewski – znajduje się przy placu Dam. Nie należy do popularnych atrakcji w Amsterdamie (po drugiej stronie ulicy znajduje się Madame Tussauds, gdzie kolejka jest co najmniej na godzinę), ale jest to piękna uczta dla oka. Sale, rzeźby, widoki… podróż w czasie, ucieczka od przetłoczonego, głośnego miasta. Uważam, że jest to idealny wybór na spokojną niedzielę. Cena za bilet to 10 euro.
  17. Ogród zoologiczny Artis – ten punkt wycieczki uważam za dodatkowy, gdy pogoda dopisuje i wszystko inne się już widziało. Niedość, że cena trochę odpycha (20 euro), to trzeba tam spędzić przynajmniej dwie, trzy godziny. Zoo znajduje się obok Hortus Botanicus, przepięknej szklarni, którą również można odwiedzić. W zoo oprócz zwierząt są ogrody, wodospady, szklarnie i jeziora. Dodatkowo jest tam również planetarium z kinem.
  18. Kibbeling, harring i cebula – trzeba tego spróbować, nawet by powiedzieć, że się tego nie lubi. Powiem tylko to – z tej trójki dwa są surowe. Smacznego!

Wskazówki:

  1. Płatność kartą – można płacić wszędzie, ale nie zawsze Visą!
  2. W Amsterdamie ciężko się zgubić – zbudowane jest warstwowo jak cebula. Warto zapamiętać w którą stronę jest Dworzec Centralny (środek cebuli) i gdzie płynie rzeka Amstel, bo z nią przecinają się główne kanały.
  3. Transport – rower, tramwaj albo nogi – centrum jest tak zbite i niewielkie, że spokojnie można się przejść od miejsca do miejsca. Rower również jest dobrą opcją, ale trzeba szybko wskoczyć na poziom miejscowych – bez wolnych przejażdżek, tłok, nagłe uniki innych rowerzystów i kierowców, „światła są dla aut” i „rower nasz pan”. Tramwaje są tu super, ale trzeba mieć ze sobą albo aplikację 9292 albo mapę komunikacji miejskiej.
  4. Amsterdam ogólnie jest drogim miastem, a nocleg tutaj może porządnie nadwyrężyć budżet. Polecam AirBnB i Couchsurfing.
  5. Jeżeli chodzi o zielsko, to dla nowicjuszy znajdują się punkty informacyjne, które pomogą wybrać odpowiedni coffee shop. Kupowanie jakichkolwiek dragów od ulicznych dilerów to najgorszy z pomysłów – unikać ich jak ognia.
  6. Jeżeli planujesz odwiedzać muzea i przemieszczać się komunikacją miejską, polecam zapoznać się z ofertą I Amsterdam City Card. Płacąc za pakiet, ma się dostęp do wielu atrakcji. Cena na 48h to 67 euro (w cenie jest wycieczka kanałem, darmowy wjazd do muzeów i atrakcji turystycznych i komunikacja miejska za free – tutaj można zobaczyć przykładowe zastosowanie karty na 48h i ile można na tym zaoszczędzić). Bardzo polecam te rozwiązanie, zwłaszcza, gdy plan wyjazdu będzie taki, jak zaproponowałam – gdy wezmę pod uwagę  zoo (20 euro), Rijksmuseum (17 euro), Amsterdam Museum (12 euro) i wycieczka kanałami (12 euro) to już wychodzi 61 euro. Zatem opcja warta przemyślenia!

Pytania? Zastrzeżenia? Propozycje? Dodaj je w komentarzu dla innych wędrowniczków!

Miłej i bezpieczniej zabawy! ❤

Lipiec

Lipiec był moim ostatnim, pełnym miesiącem w Holandii (przepraszam, ale czy czas mógłby zwolnić? Ponad połowa roku za mną, a ja dalej mam na koncie trzy złote. Za to kilogramów nigdy mi nie brakuje!)

Składając to wszystko do kupy siedziałam w pociągu „Sentyment” i jechałam przez stacje Smutki, Radości i Rozpacze. Całe szczęście w tym miesiącu nie kursował przez Upokorzenie!

We vlogu możecie zobaczyć m.in. jak słodko pożegnały mnie dzieci w szkole, spontaniczny wyjazd pociągiem do Belgii, ciepłe wieczory na Rembrandtplein, mnie w roli nauczyciela, holenderskie plaże, piękne, legendarne kino Tuszyński w Amsterdamie i wiele innych, wyjątkowych chwil i miejsc.

Całusy i miłego oglądania 🌺 🌺🌺

Wojna

Jako córka żołnierza, który służył w dwóch misjach (Irak i Afganistan), jestem pewna, że nikt z Was nie chciałby przez chwilę potańczyć w moich butach. Nikt z Was nie chce żegnać się z tatą z myślą, że może przytula go po raz ostatni. Nikt z Was nie chce panicznie płakać na widok maski gazowej i kamizelki kuloodpornej. Nikt z Was nie chce zastanawiać się, czy dziś tata zadzwoni. Nikt z Was nie chce unikać wiadomości o kolejnych poległych, by przypadkiem nie usłyszeć swojego nazwiska. Nikt z Was nie chce się zastanawiać, czy baza w której stacjonuje Wasz tata jest bezpieczna. Nikt z Was nie chce zasypiać z myślą, że Wasz tata jest na drugim końcu świata, sam, otoczony niebezpieczeństwami. Nikt z Was nie chce myśleć o tym, co Wasz tata widział i co przeżył. Nikt z Was nie chce widzieć własnego taty z depresją pourazową. Nikt z Was nie chce oglądać niegdyś pełnego życia tatę w kompletnej rozsypce. Nikt z Was nie chce usłyszeć w szkole pytania, czy Wasz tata spisał testament na wszelki wypadek.

Nienawidzę filmów wojennych. Nie mogę znieść widoku ludzi, którzy giną z rąk równie przerażonych co oni. Zabijały się osoby, które w normalnych warunkach mogły być przyjaciółmi. Zabijali się, bo dali im w łapy kawałek śmiercionośnego metalu i rozkazali strzelać do tych „złych”. Każdy zamordowany, oznacza zrozpaczoną matkę i ojca, pozostawioną żonę i w połowie osierocone dzieci. Traumę, przekreślone marzenia i rany, ktorych żaden order nie ukoi, nie przywróci im tego, którego kochali najmocniej. Dziś obejrzałam w kinie Dunkierkę. Wyszło to przypadkiem, bo był to jedyny film w sali głównej legendarnego kina Tuszyński w Amsterdamie. Niepewna swojej decyzji zapłaciłam za bilet. Obgryzłam do krwi paznokcie i zaciskałam wargi, by się nie rozpaść. Oni wszyscy chceli wrócić do domu. Oni panicznie się bali. Oni nie chcieli umrzeć. Mieli po conajmniej dziewiętnaście lat, gnijące stopy od tygodni walk w tych samych skarpetkach, wygłodniałe ciała, przepocone mundury i wysuszone zapasy nadziei. Gdy widzę ostrzelone samoloty, jedyne o czym mogę myśleć to stracone lata ciężkiej nauki, tysiące wylatanych godzin, śmierć na środku morza i brak możliwości godnego pochowania ciała.

Nie chcę odebrać weteranom ich zasług, ja po prostu wolałabym, by nigdy nie musieli przeżywać tego koszmaru. Nikt z nas nie chciałby być na ich miejscu. Sama będąc w Liceum Lotniczym przyglądałam się chłopcom, którzy marzyli by bronić kraju, działać na polu z bronią i służyć społeczeństwu. Nie zdawali sobie sprawy z ogromu odpowiedzialności, traumy i niebezpieczeństwa. Nie zdawali sobie też sprawy z tego, że możliwe jest to, że nigdy nie będą musieli walczyć, a to im by prawdopodobnie złamało serca. Braku patriotyzmu zarzucić mi też nie można, ponieważ kocham swój kraj i zdecydowałam się wrócić do Polski pomimo tego, że widzę z jaką łatwością można żyć w Holandii.

Gdy czytam komentarze na Facebooku, że mężczyźni powinni walczyć o swój kraj, a nie z niego uciekać, chcę mi się krzyczeć, tupać nogami i wypłakać całą złość. Ci ludzie nigdy nie przeżyli tego, co przeżyłam ja i rodziny tych, którzy na rozkaz wojska wykonywali swoje zadania. A przede wszystkim tego, co przeżyli weterani. Nikt z nich tego nie wie. I oby nigdy nie musieli się dowiedzieć. Mało kto mówi o depresji pourazowej, o tym, że ci żołnierze już nigdy nie będą tacy sami. Gdy widzę w Internecie rodziny szukające schronienia tam, gdzie jest bezpiecznie, nie nawołuję do walki, nie nawołuję do mobilizacji. Gdy czytam szydercze wpisy o Francuzach, którzy zamiast zwalczać wroga, rysują po chodnikach kredą, to ja wolę, by mój tata był ze mną w domu i pakował kredę do plecaka. Nie chcę, by tracił życie w wojnach, w których wszyscy i tak są przegranymi, oprócz tych, którzy je rozpętali.

Kamil Goll i Olaf Popardowski, 2X2A, Kamila, Ada Kunikowska

Kamil Goll i Olaf Popardowski – sport

Z opisu ich fanpaga można wyczytać taką informację: W 2013 roku udało nam się zrealizować wyprawę do Wenecji. 20 dni jazdy – ponad 2800km. Z niezależnych od nas przyczyn musieliśmy zawiesić wspólne podróżowanie na trzy lata, ale już w sierpniu 2016 wróciliśmy na szosę! Przejechaliśmy wtedy przez Bieszczady, Ukraińskie Zakarpacie, Rumunię oraz Mołdawię aby zakończyć wyprawę w Odessie. Celem na ten rok są Bałkany! Na fanpage’u zawierzamy publikować zdjęcia oraz aktualizacje z trasy. Natomiast po powrocie pojawi się cała relacja z wyjazdu. 

Gdy po zakończeniu liceum usłyszałam o pomyśle z Wenecją, przeszedł mnie dreszcz podniecenia i zaskoczenia jednocześnie. CO ZA PRZYGODA! Potem odhaczyli Odessę z Gdyni na dwóch kółkach… Szok! Pamiętam, gdy jeszcze w szkole (spędziłam z nimi w jednej klasie całe gimnazjum i licem) przejechali trasę do Berlina i to wtedy był hit! Po roku chłopaki ruszają znów trasę! Bałkany!

Na ich FB można będzie śledzić etapy wyprawy, a na stronie internetowej przeczytać relację z poprzednich przygód. Przejechane mają prawie 23 tysiące kilometrów i nic, ale to nic, już ich nie zatrzyma. Trzymam mocno kciuki i standardowo – czekam na pocztówkę!

userimages,20161121,155127,156467,orig

Strona
Facebook

Tomek Kowalczyk (2X2A) – muzyka

Cicha woda, która potrafi porwać brzeg i bez oporów poleci dalej. Kolejna znajomość jeszcze z czasów gimnazjum, która zaskoczyła swoim talentem. Zabawa przerodziła się w kanał na Soundcloudzie z prawie 9 tysiącami obserwatorów, kolaboracje i remixy. Jest to zmysłowa mieszanka The Weeknd za czasów Kiss Land (2013), leniwego, niedzielnego electro house i cudownie dobranego wokalu. Z resztą… posłuchajcie sami (i napiszcie do Tomka, by ogarnął dupsko i robił więcej).

Soundcloud
Facebook
Instagram

Ada Kunikowska – fotografia

Tu miałam spory dylemat, ponieważ Ada, cokolwiek nie tknie, robi to najlepiej. Jeszcze za czasów basenowych, nikt nie miał takich silnych barków jak ona, a na zawody przyjeżdżała po to, by zgarniać pierwsze miejsca. Dziś działa na pełnych obrotach w dwóch dziedzinach – fotografia i dog handling (wystawy psów). Dziś przedstawię tą pierwszą, a drugą podlinkuję.

Portrety Ady są piękne – żadne zdjęcie nie jest takie samo, a modelki na fotografiach hipnotyzują na dłużej, niż kilka sekund. Temat sesji idealnie zgrywa się z urodą fotografowanych, co sprawia, że całość jest naturalnie spójna. Moimi faworytami są sesje z udziałem koni. Gdy je zobaczycie, zrozumiecie mój zachwyt, bo ja na wszelki wypadek mam je zapisane, gdyby Internet miał się kiedyś skończyć.

Facebook
Maxmodels
Instagram

Dog Handling

Kamila – modeling

Co to jest za BOMBA! Gdy w  gimnazjum to szczupłe, rude dziewcze jeździło ze mną autobusem do szkoły, nigdy nie pomyślałabym, że wyrośnie na taką przepiękną i niezależną istotę! Największa niespodzianka dopiero była, gdy zobaczyłam ją… w odcinku Abstrachuje! Kamila w pełni działa w świecie modelingu komercyjnego, a do tego od jakiegoś czasu regularnie występuje jako aktorka drugoplanowa. Prowadziła również programy live i spędziła trzy miesiące na kontrakcie w Indiach. Jej uroda jest jak plastelina – można z Kamili zrobić słodką dziewuszkę, jak i ponętną kocicę. Kamila jest typem osoby, która pozwala swoim sukcesom błyszczeć, jednocześnie ciężko pracując w ciszy. CU-DO!

ps. tu w miniaturce filmu, po lewej, to Kamila ❤

 

Maxmodels
Facebook
Instagram

 

Największa strata czasu

Nie poszłam na magisterkę, przez co jestem rok za moimi rówieśnikami; nie pracuję w zawodzie i nie jestem na praktykach, a do tego nie zdobywam nowych kontaktów w branży. Nawarzone piwo czeka do wypicia, a ja siedzę z tą swoją nadwrażliwością na cokolwiek pszenicznego i tego piwa pić nie chcę. Mówili, że jak nie skończę teraz, to nigdy nie skończę, nie wrócę na uczelnię, bez pełnego wykształcenia zostanę i tylko sobie zaległości w życiu narobię i rok życia zmarnuję (jakbym co najmniej miała w planach ćpanie i prostytucję przez rok – Mamo, robię rok przerwy po licencjacie. Wyjeżdżam do Amsterdamu próbować wszystko, co jest w ofercie, wracam w sierpniu, pa! – Okej, tylko spakuj sobie skarpety! No kochani drodzy, szanujmy się – można o majtkach zapomnieć, ale nie o skarach!).

Za miesiąc będę znów w Polsce i co dalej?

Niektórzy robią rok przerwy po liceum, w trakcie studiów, a inni po studiach (lub nigdy). Jedni udają się na rok w Andy, by hodować lamy i poznać inny styl życia, a są też tacy, którzy lecą do Afryki nieść pomoc tym w potrzebie. W tym odważnym gronie są też osoby, które uczą się ponownie do egzaminów na studia lub jak ja, wyjeżdżają na wymianę (tak, według prawa holenderskiego, program au-pair to wymiana! #niepłacępodatków #boniemamzczego). Gdy się przyglądam polskim au-pair, znaczna większość wyjeżdża na trzymiesięczne programy wakacyjne lub na dłużej, kończąc liceum. Potem trafiają się takie kwiatki jak ja, które dzień po obronie licencjatu robią sajonara i wylatują pierwszym samolotem z kraju.

Z tą roczną przerwą jest tak, że jeżeli nie ma się jakiegoś ogólnego planu, to naprawdę można zmarnować cenny, młodzieńczy czas. Wyjechałam z myślą, że okej, nie mam pomysłu na magisterkę, a zawsze chciałam sobie pomieszkać w Holandii i się tego holenderskiego nauczyć. Pożegnałam kota i pojechałam. Będąc już na miejscu, postanowiłam wszystkiemu mówić tak (pomijając kwestie z paragrafu pierwszego, bo sama na siebie bym policji naskarżyła – życie konfidenta nie wybiera, 997 mam w Ulubionych). Intensywny kurs języka holenderskiego za 700 euro za miesiąc? Tak! …ale musiałam poprosić holenderską rodzinę o patronat w tej kwestii (i tak za mało mi płacą). Kurs się skończył i szukałam innej (tańszej) opcji nauki języka. W szpitalu mnie nie chcieli za wolontariusza, a pisałam nawet do firm, że oddam im swój mózg pełny pomysłów za darmo, byle mnie wzięli do biura i kazali gadać w ichniejszym języku. Oni już tacy chętni do mówienia tak nie byli. Na propozycję pracy w pobliskiej podstawówce powiedziałam tak, zanim się dowiedziałam, na czym robota polega (pozdrawiam mamę, która jak młotkiem wbiła mi w mój mało chłonny łeb zawsze jesteś chętna! hehe), a ostatecznie okazało się to być najbardziej rozwijającym doświadczeniem tego roku (nauczyłam się również prasować 7 koszul w czasie krótszym niż jeden odcinek Chirurgów oraz umiem się kłócić po holendersku, używając przekleństw). Pouczyłam trochę angielskiego, pokradłam trochę ciastek podczas lunchów, udawałam nie raz, że bawię się w chowanego, by mieć pięć minut ciszy i ogólnie uznałam, że podoba mi się robota w szkole. Po drodze zaczęłam pomagać w teatrze przy cotygodniowych występach, w zamian mogłam za darmoszkę je oglądać. No dopóki chodziło o muzykę to jeszcze okej, ale jak raz poszłam na kabaret… wszyscy się śmiali, a ja w translatorze tłumaczyłam żart sprzed dziesięciu minut. Mało zabawni ci Holendrzy, tyle powiem. Były jeszcze kolejne kursy holenderskiego, tym razem jeden wygrałam i o patronat żaden nie musiałam prosić, a drugi sama zapłaciłam, bo jestem #independentwoman i sama o siebie mogę zadbać (cudem udało mi się te 250 euro zachować, ale to było przed promocjami w COSie). Do tego popisałam sobie kilka artykułów tu i tam, wydałam pierwszego e-booka z opowiadaniami, regularnie piszę tu i no staram się jakoś ten czas sobie zagospodarować, zwiedzając kraj czy poznając koty ludzi. Wróciłam też do montowania filmów, bo regularnie od holendrów kradnę ich Macintosha i mogę bez tracenia włosów z nerwów i zajadania stresu robić sklejki na swojego YouTuba.

Uważam, że pomimo wielu negatywnych głosów, ten rok był na tyle produktywny, by powiedzieć, że zmienił moje życie. Może nie mam za sobą pierwszego roku magisterki i rocznego doświadczenia w zawodzie, ale umiem opowiedzieć historię Polski po holendersku, nie zgubię się już nigdy w Amsterdamie, odkryłam, co lubię robić (do tej pory wiedziałam, czego nie lubię, orzeźwiająca zmiana!) i wymazałam ze swojego słownika słowo wypadać, bo mamy XXI wiek i wszystko nam (w szczególności kobietom) wypada (włosy, zęby i wino z ręki niestety też). Były dni, które nic nie wnosiły, były nudne, bezsensowne i wtedy czułam, że wolałabym być na studiach, ale na szczęście było i znacznie mniej niż tych pełnych przygód. Myślę, że najważniejsze w takiej rocznej przerwie to korzystanie z każdej możliwej okazji, nawet jeżeli coś wydaje się mało interesujące. Do tego silny powód na taką przerwę, by przegonić ciotki na weselach, które będą zadawały pytania. Oraz dla siebie, by nie pogubić się jeszcze bardziej.