5 rzeczy, których się nie nauczyłam w 2017

Ten rok był taki: jesteś w ogromnej dziurze, wpadłeś do niej i tak w niej siedzisz. Myślisz jak wyjść, googlujesz odpowiedzi, a tam znajdujesz porady, które wymagają posiadania jakichś super narzędzi, a ty masz ze sobą tylko tableta, frytki i wino. W końcu wypijasz wino, zjadasz frytki i wyczerpujesz baterię na Netflixa. Jak tylko ten przebłysk szczęścia się kończy, uświadamiasz sobie, że jednak jest ci źle i smutno i nie masz co robić. Zostaje tylko spanie i smucenie się. W końcu ktoś przychodzi! Krzyczy z góry co masz robić, krok po kroku. Słuchasz tego wszystkiego przejęty, poliki się rumienią, serce zaczyna szybciej bić, jesteś gotowy na powrót do życia! Podchodzą inni ludzie, wyciągają do ciebie ręce, rzucają power banki, prowiant, napoje, koc, a nawet drabinę! Schodzi do ciebie jedna z tych osób i mówi, że teraz już wszystko będzie super, że tam u góry wszyscy na ciebie czekają. Rozglądasz się po swojej dziurze – kilka pełnych butelek wina, jedzenia też sporo się zebrało, baterii na tydzień, zaraz się odnowi pakiet internetowy. Mówisz cicho „ale mi tu dobrze”.

Taki był 2017. Czego się w nim nie nauczyłam? O tego:

1.Jestem dorosła, ale mogę być niedojrzała

Uwagi typu Masz dopiero osiemnaście lat?! Brzmisz tak dorośle, to co mówisz… wow! uważałam za największą pochwałę – ach ja! taka mądra! taka światła! ach! patrzcie jaka ja jestem dojrzałaaaaa! Czułam, że ja wszystko zawsze ogarnę, zrobię na czas, nie potknę się, a przede wszystkim – nikogo nie zawiodę. O swoich osiemnastych urodzinach pisałam nie raz, ale w skrócie – popłakałam się okropnie, bo miałam wrażenie, że kończy mi się życie, że już nic mi się nie uda osiągnąć, że zaraz do piachu, już za chwilkę… Prawdą jest, że do dziś czuję się nie na swój wiek, ale co najmniej na czterdzieści kilka lat. Wśród znajomych czuję się czasami tak, jak wtedy, gdy wychowawczyni na wycieczce szkolnej siedziała z uczniami w czyimś pokoju z nadzieją, że ją zaakceptują. Tak, myślę, że jest to bardzo trafne porównanie, biorąc pod uwagę fakt, że w piątek zaczynam praktyki w szkole… Czego chcę się nauczyć w 2018 to jak być dzieckiem. Dać sobie szansę na bycie rozlazłą kluchą.

2. Nikt się ze mną nie ściga

Ha! To jest moje ulubione! Skumajcie to – każdy ma jakieś formy automotywacji, coś co sprawia, że adrenalina skacze i nie koniecznie musi to być jedzenie. U mnie jest to rywalizacja, a konkretniej mówiąc – rywalizacja utajniona przyczajona. Polega ona na tym, że wybieram sobie przeciwnika i się z nim ścigam, a on nie jest tego w ogóle świadomy! To trochę jak wtedy, gdy stoisz na czerwonym, pierwszy w kolumnie, a obok stoi inne auto i jak się tylko zapali zielone to ruszasz z kapcia (ja tak mam, ktoś jeszcze?). Ja się wtedy nakręcam, motywuję, skupiam, działam. Jezu, są takie zadania na jednym przedmiocie na uczelni, moje ulubione. Robię sobie wtedy turniej „1 z 10” i tylko brakuje mi przycisku, bo jak wykładowca prosi o odpowiedź, to mi się już poliki czerwienią, serce wychodzi gardłem, BO JA WIEM, A NAWET JAK NIE WIEM TO MOŻE WIEM!!! Ale to wszystko nie tylko w kwestii nauki. Kiedyś na Instagramie znalazłam typiare, co schudła ze 130kg do 75kg, czyli akurat do takiej wagi, jaką wtedy miałam ja. Uznałam, że skoro ona może, no to ja też! Po czasie ja miałam 70kg, ona też. Nagle ja miałam 69kg, ona 68kg. Wkurzona na siebie zaczęłam się cisnąć jeszcze mocniej. Jej staty pokazywały 67, a moje znów 70! Myślałam, że to przyrost mięśnia, ale ten zmalał, a przybyło tłuszczu… Ta typiarka mi zaczęła uciekać, a ja ją usunęłam z obserwowanych. Nie potrzebuję negatywnych ludzi w moim życiu (czyli siebie hehe). Czasami odwiedzam jej profil i albo mnie to zmotywuje albo zirytuje. Zwykle oba na raz. W 2018 roku chciałabym znaleźć motywację w sobie.

3. Odmiany holenderskich czasowników nieregularnych, bo już wstyd.

4. Nie jestem sama

W 2018 wyjdę z dziury, albo żeby nie było takich nagłych rewolucji w życiu, to zaproszę do niej innych. Spędzimy trochę czasu, pojemy, pogadamy, a jak będę gotowa, to wyjdziemy z niej razem i pójdziemy na przygody. Ile można robić z siebie Samosię? (zawsze)

5. To, co odeszło, już nie wróci

Momenty, ludzie, przyjaźnie, miłości – to wszystko było z nami na chwilę, nadało sens, przyniosło wiele cudowności, utworzyło wspomnienia. Odeszli, bo chcieli. Odeszli, bo musieli. Odeszli, bo tak było lepiej. Mówi się, że czas leczy rany, a moje rany chyba są uczulone na czas, bo im więcej go mają, tym większe się robią. Dlatego zmieniam na puszczenie wolno leczy rany. Piątym postanowieniem na 2018 rok jest puścić wszystko, co już odeszło.

Część X

Moi rodzice pojechali na dwutygodniowe wakacje, zostawiając mnie z bratem. Aby mi ułatwić życie, poprosili babcię o pomoc, a żeby jej się nie nudziło, zaprosili też jej koleżankę. Miały ogarniać Kubę, gdy ja jestem w pracy i na uczelni, dopilnować, by nie umarł z głodu.

Dziś wiem, pod koniec tych dwóch tygodni, że mój brat przez ostatnie kilkanaście dni jadł w kółko kotlety, kanapki z potrójną szynką i pierogi.

– Głodny nie chodzi!

– Ale babciu, on żadnych warzyw nie je!

– Jak nie je, daje mu pomidora albo ogórka na kanapki.

Pomijając ciągle walki o nadmierną ilość oleju w każdym daniu i niedobór warzyw w diecie reszty domowników, doszło to, że mój brat uznał pobyt babci za wakacje, to jest olanie szkoły, lekcji i wszystkiego, co szkolne.

– Olu, powiedz coś Kubie, on się w ogóle nie uczy!

– Jest 21:30, co on do tej pory robił?

– Grał, jeździł na desce…

– Byłam w pracy, mogłaś coś mu powiedzieć!

– Ale co ja mu powiem…

Plan rodziców nie do końca wypalił, bo ostatecznie opiekowałam się bratem, babcią i jej koleżanką. Ale to nie wszystko.

– Ola, mogę Tobie jutro przywieźć dziewczynki rano?

Moja najmłodsza kuzynka zakropkowała się ospą, a jej siostra gotowała gluty w nosie. Ich tato, brat mojej mamy, mój ulubiony wujek, jest na kilkutygodniowym kursie i nie ma go w domu teraz, a że babcia jest na miejscu, to zrobiłyśmy z mojego domu pogotowie ratunkowe, gdzie leczy się zupą, pierogami, kreskówkami i kolorowankami. No i wiadomo, babciną miłością. Moje życie stanęło trochę do góry nogami.

Aby pomóc przy dziewczynkach, jeździłam po nie rano i do nas przywoziłam, a z czasem jedną z nich jeszcze zawoziłam do szkoły. Potem jechałam na uczelnię, potem do pracy i późną wieczorową porą byłam w domu, by tam się upewnić, czy mój brat odrobił lekcje i nie zapomniał o swoich sprawdzianach, a do tego musiałam sprawdzić, czy może pogodził się z wodą i czystością. Zdemotywowana niewielkim progresem w tej kwestii, siadałam do swoich zadań i lektur.

Bilans z tego tygodnia: przeziębienie i niekończący się katar, milion przejechanych kilometrów (bardzo nie lubię jeździć autem, więc te 200 traktuję jak milion…), podczas których zgubiłam cierpliwość do kierowców i siebie za kółkiem, chroniczne niewyspanie i ogromne poczucie szczęścia, że jestem komuś potrzebna, że ktoś mi ufa.

Dlatego się cieszę z mojego powrotu do Polski – jestem wśród ludzi, którzy są mi bliscy, dzięki którym czuję się potrzebna i doceniona, a ja mogę pomóc i zawsze być do ich dyspozycji.

To był wspaniały rok, a jutro kończę 23 lata!

Część IX

– Ola, na lotnisku kupię nam litra.

Przyleciała do mnie na weekend moja przyjaciółka, Sara. Planu nie było, byle się dobrze bawić. Pierwszy wieczór spędziłyśmy w Abcoude, przygotowując się na przygody w Amsterdamie. Rano oprowadziłam Sarę po miasteczku, zrobiłyśmy zakupy i przygotowałyśmy prowiant na cały dzień i wieczór, to jest pół litra soku na pół litra wódki plus energetyk.

Zanim będę kontynuować, wyjaśnię jedną kwestię. Wódka u mnie to tak samo rzadki widok jak słoneczny, letni dzień na Pomorzu. Ale co innego, gdy tęskni się za swoim krajem i atrybutami z nim związanymi. Byłam podekscytowana. Byłam gotowa stać się polskim ambasadorem kultury polskiej w Amsterdamie. Byłam gotowa umrzeć za swój kraj, pijąc polską wódkę.

O dwunastej zaczęłyśmy od polewania naszych drineczków w moim pokoju, kupiłyśmy wejściówki do klubu, a po dwóch godzinach ploteczek udałyśmy się do Amsterdamu. Kartony w plecakach, aparat też miałam, bo trzeba wszystko nagrać do vloga. Był to dzień Gay Pride, więc miasto było żywe, a pogoda o dziwo dopisała jak nigdy – ciepło i słonecznie. Zaproponowałam, by najpierw udać się do knajpy nad rzeką Amstel i tam dalej pić nasz miks samobójstwa z bezmyślnością. Tam kąpali się ludzie, wskakiwali do wody, to ja, dobrze już podgrzana, zdjęłam z siebie ubrania, do samej bielizny i hop do wody!

Jezu, jaki to był tragiczny pomysł…

W wodzie przypomniałam sobie dosyć ważną kwestię – podpaska… Co ja mam zrobić?! Poza tym nie mogłam wygrzebać się z tej wody na pomost, pomagali mi jacyś ludzie, ja w koronkowym biustonoszu, z nogi leci mi krew – co się stało? Nie wiem. Ubrałam się i zapomniałam o całej sytuacji. W końcu zgłodniałyśmy i poszłyśmy dalej.

To wszystko, co się wydarzyło potem sprawiło, że było mi wstyd pokazać się w Amsterdamie przez kolejny tydzień.

Kolejnego dnia, dzięki aplikacji liczącej kroki, udało nam się odtworzyć nasz wieczór. Mapa pokazała gdzie byłyśmy i wszystko kompletnie nie miało sensu – wskoczyłyśmy jakimś ludziom na łódź i pływałyśmy z nimi po amsterdamskich kanałach, potem znalazłyśmy się w innej części centrum, obie nie do końca pamiętałyśmy co tam w ogóle robiłyśmy, by trafić następnie do klubu, w którym Sara dobiła mnie, uwaga, wódką z sokiem cytrynowym. Po drodze odwiedziłyśmy Rembrandta i kilka knajp.

Zamówiłyśmy w końcu Ubera, bo było już ciężko. Bardzo ciężko. Pamiętałam, że kiedyś płaciłam 20 euro, więc obstawiałam max 40 tym razem. Wsiadamy do auta, a mój palec postanowił odwołać przejazd, który właśnie trwał.

– Aplikacja pokazała, że przejazd będzie kosztować do 40 euro.

– Niee, na pewno nie, 60-70! Proszę zobaczyć.

Tutaj starałam się patrzeć na ekran, ale nic nie widziałam, bo ja już w ogóle słabo widziałam, a zwłaszcza swoją przyszłość i konto bankowe rano. Całą drogę starałam się jak najlepiej rozmawiać po holendersku, by może nam spuścił z ceny, nawet powiedziałam mu, ze ma ładne dzieci, mimo, że przed oczami miałam tylko czarno-brązowe plamy. Ale nie, chociaż podwiózł nas pod sam bankomat, powtarzając dwa razy – siedemdziesiąt euro, siedemdziesiąt!

Rano obudziłam się i umarłam. Umarłam za Polskę jak obiecywałam (za pomocą polskiej wódki, której od tamtej pory już nigdy nie miałam więcej w ustach).

Część VIII

Prowadząc dla Holendrów ich Airbnb, miałam okazję poznać masę różnych ludzi. Mieszkaliśmy w jednym domu, oczywiście osobo, zatem widywaliśmy się czasem. Niektórzy wpadali na weekend, zdarzały się wizyty kilkutygodniowe czy na parę miesięcy. Regularne „jak się bawicie w Amsterdamie?” i „czy mogę Wam w czymś pomóc?” oraz darmowa butelka wina były wystarczające, by dostać pięć gwiazdek za gościnność.

Zbliżał się mój czas powrotu do Polski, a wraz z nim ostatni dla mnie goście.

Była to para z Anglii – młodzi, uprzejmi, bez żadnych problemów. Ostatniego dnia wymeldowali się na czas, a ja po ich wyjściu od razu udałam się na najwyższe piętro, by zacząć ogarniać ten apartament. Zwykłam zaczynać od kuchni, a dokładnie od lodówki. Od kiedy znalazłam sześciopak desperadosów, uznałam, że życie nie może być piękniejsze i niczego lepszego się nie spodziewałam.

A jednak.

Grzybki halucynogenne.

Wzięłam opakowanie delikatnie do ręki, przyglądając się zawartości z bliska. Wrzuciłam pudełeczko do torby na pranie i uznałam, że to tego wrócę później.

Delikatnie ogarnęłam pokój, to jest zabrałam jedzenie i nieotworzone wino i wróciłam do siebie. Położyłam grzybki na biurku i patrzyłam się na nie, aż do momentu, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Schodzę na dół, otwieram drzwi, a tam moi goście.

– Hej, zapomnieliśmy czegoś, możemy szybko wejść?

Zestresowana wpuściłam ich do środka i odprowadziłam wzrokiem po schodach. Jezu, oni pewnie po te grzybki! Myślę, jak je podrzucić, jak to wyjaśnić, co zrobić?! Jak wyjaśnić to, że jestem w posiadaniu ich narkotyków?! Gdy oni są w apartamencie, ja idę do swojego pokoju po pudełeczko z przeklętą zawartością i chowam je do kieszeni. Wspinam się po schodach do apartamentu, by oddać im ich własność.

– Hej, nie wiem czego szukacie, ale może…

– No, zostawiliśmy tu coś, ale tego nie widzimy…

– A co to było? – ręce się pocą, głowa pulsuje, głos drży.

– Przejściówki do ładowarki, może widziałaś?

– Przejś… a, nie, jeszcze nie sprzątałam tu dokładnie, nie widziałam niczego takiego.

Za pleców słyszę „a! jest!”.

Goście podziękowali, ja wróciłam do swojego pokoju i wyjęłam grzybki z kieszeni. Co ja mam z nimi zrobić? Po zielsku zachowuje się jak zgniły kaktus, a co dopiero grzybki! Nadgryzłam kawałek i czekałam na reakcję mojego ciała. Delikatnie zaburzone funkcje motoryczne, suchość w ustach, ale maciupeńka, i ogromny stres tym, że zostanę narkomanką i do końca życia będę musiała jeść te grzybki.

Wyrzuciłam je do śmieci i tyle było z mojego rocznego, szalonego pobytu w Amsterdamie.

 

Część VII

Moja weekendowa przygoda w Belgii była tak spontaniczna, na ile mój brak spontaniczności może mi pozwolić. Wiedziałam tylko, że w każdej chwili mogę wrócić pociągiem do Amsterdamu i być znów we własnym łóżku i na znanym mi terenie. Skąd takie obawy, skoro podróżowałam już nie raz samotnie? A stąd, że tym razem nie miałam kompletnie pewności co do człowieka, u którego miałam nocować (wybrałam ponownie Couchsurfing, także no). Jego konto było kompletnie puste, ale rozmowa była wydawała się całkiem okej.

Do 17:00 wyrobiłam się z zobaczeniem większości rzeczy, które Antwerpia miała do zaoferowania, do tego już trochę zaczęły obcierać mnie buty, a z tej całej spontaniczności nie naładowałam przed wyjazdem telefonu i tableta, jadąc już na resztkach baterii. Miałam się spotkać z mężczyzną, oferującym nocleg, po 22:00, zatem miałam pięć godzin do zabicia. Mogłam zostać i potencjalnie stać się ofiarą morderstwa albo wrócić ostatnim pociągiem do domu i uznać cały wyjazd za udany.

– Halo, mamo, no, czekam, ale myślę, czy nie wracać do domu. Czemu? No nie wiem, chyba się trochę boję… Nie no, mam alternatywę, blisko jest hostel, jak coś to mogę tam pójść, ale fakt, że mogę jeszcze wrócić do domu sprawia, że ta opcja jest mi bliższa sercu niż ryzykowanie swojego życia dla spędzenia nocy w Antwerpii. Hmm… może masz rację, zostanę. Niepotrzebnie panikuję. Napisze potem, paa!

By się uspokoić, poszłam jeść nudle z warzywami do jakiejś azjatyckiej knajpy na starówce, podładowałam sprzęt i poszukałam najbliższego kina. Po godzinie szukania, pytania i korzystania z mapy, wróciłam w okolice tej samej restauracji, by znaleźć kino przecznicę dalej.

– Poproszę bilet na najbliższy seans. Tak, na 19:30. Dankjewel!

Poczekałam pół godziny, przeczytałam w tym czasie opis filmu, a że było to kino studyjne, to nie mógł być to film komercyjny, sztampowy, zwykły.

Za to nie spodziewałam się filmu o kosmicznej kreaturze przypominającej ośmiornicę, która do przetrwania potrzebuje kontaktu sek-su-al-nego z ludźmi, a swoich partnerów albo zabija albo rozkochuje w sobie. Jest też wątek miłosny czysto ludzki – mąż, żona i jej brat. Żona z mężem, mąż z jej bratem, brat z ośmiornicą, ośmiornica z żoną, żona z koleżanką, która też z ośmiornicą. No, prawie ludzki. Tentacle porn w wersji kinowej. Gdyby kogoś zaintrygował ten krótki, jednakże treściwy opis filmu, to nazywa się on „La rejon Salvaje”, znany szerszej publice jako „The Untamed” (po polsku „Nieoswojeni”). A tu link: http://www.imdb.com/title/tt5265960/ .

W kinie było może z piętnaście osób, w tym obok mnie siedzący pan, lat na oko osiemdziesiąt, który chyba ani razu nie mrugnął, a żuchwa mu na dobre opadła (wypadła?).  Według dystrybutora jest to horror, a ja się strasznie boję horrorów, ale tu się nie bałam, ale nie wiedziałam jak będę mogła normalnie wrócić do swojego życia po wyjściu z kina. Jeszcze nie spotkałam się z człowiekiem, który miał mnie gościć na jedną noc, a wrażeń już miałam dość.

Złapałam szybko wifi, zadzwoniłam do rodziców i Bartka, opowiedziałam o tym, co się wydarzyło (tłumaczenie własnej mamie co to jest tentacle porn to bardzo niekomfortowa sytuacja, gorsze by było pytanie o genezę mojej wiedzy w tym temacie). Poszłam napić się piwa i czekałam na Belga, u którego miałam nocować.

– Zanim w ogóle będziemy rozmawiać – czy chcesz mnie zabić? Skrzywdzić? Porwać? Bo jeżeli tak, to chciałabym o tym wcześniej wiedzieć.

W ten sposób poznałam bardzo uprzejmego, gościnnego i troskliwego hosta, który zrobił wszystko, bym się poczuła bezpiecznie.  Jego profil był pusty, bo Couchsurfing usunął jego poprzedni profil, na którym było ponad 100 opinii, a tym tylko jedna negatywna, bo dziewczyna napisała, że Antwerpia ma mało toalet publicznych.

Przeżyłam. Było super.

Część VI

– Ola, moja znajoma szuka chętnych na hokeja podwodnego. Może chciałabyś spróbować?

Mój mózg starał sobie wyobraził jak to może w ogóle wyglądać, jak bardzo jest to męczące, czy miałabym jeszcze szansę zostać mistrzem świata w hokeju podwodnym i ostatecznie – czy może trochę schudnę, tak przy okazji, po drodze.

– Jo, czemu nie.

W dniu pierwszego treningu uznałam, że warto zobaczyć, czy mam w ogóle potrzebny sprzęt. Płetwy – są, strój – jest, maska do nurkowania i rurka – na Karaibach, z rodzicami. Pomyślałam, że może to znak, że jednak nie jest mi dane iść na ten trening, że pójdę po powrocie rodziców.

– Wpadaj, coś się dla ciebie znajdzie – wiadomość od znajomej mamy była ostateczna i nie miałam wyboru. Musiałam iść.

Trening miał się odbyć o 21:00 na basenie Hotelu Gdynia. Stresowałam się okropnie, ale czułam też podekscytowanie, bo w końcu może znalazłam sport, który wyklucza bieganie i nie wymaga pływania w tą i z powrotem, od ściany do ściany (co jest obrzydliwie nudne i samotne). Poznałam wszystkich, którzy się zebrali, przebraliśmy się i weszliśmy na basen. Po pierwsze – nigdy nie pływałam na tak słabo oświetlonym basenie, co wyglądało super romantycznie i się trochę zakochałam w tej całej sytuacji. Po drugie – nie czułam żadnego stresu związanym ze swoim wyglądem, co było dla mnie super nowe i całkiem przyjemne (pokazywanie się prawie nago kompletnie obcym ludziom nie należy do moich ulubionych zainteresowań, takich jak jedzenie czipsów na czas czy kto wymyśli więcej powodów do stresu).

– Tutaj masz maskę, fajkę, rękawicę i kij (30 cm, ale kij).

Jest taka scena z ostatniej części Gwiezdnych Wojen, gdy Rey sięga po ukryty miecz świetlny i w jej głowie dzieje się retrospekcja i ja jak ta Rey miałam tak samo! Wzięłam do ręki fajkę i wnet sobie przypomniałam czasy pływania w monopłetwie i każdy odruch wymiotny spowodowany zmęczeniem i chlorem w żołądku. Oddychanie weszło w miarę lekko, a to uznałam za połowę sukcesu. Przez godzinę uczyłam się podstaw, schodzenia pod wodę na różne sposoby, prowadzenie krążka, jednocześnie słysząc to, co słyszałam w każdym do tej pory sporcie, który próbowałam – schowaj pupę!

– Dobra, to teraz zrobimy sobie takie ćwiczenie, że jedna osoba prowadzi krążek, druga podpływa znad przeciwka i ten krążek odbiera. Tak po kolei.

To trwało wieczność. Tempo mnie przerastało, co wyszłam na powierzchnię, to musiałam znów dawać nura, ledwo wydmuchując wodę z fajki. Odruch wymiotny był coraz silniejszy, ale cisnęłam dalej. Nur, podpłynięcie do dna, przejęcie krążka, podpłyniecie z nim kawałek, oddanie, wypłynięcie, wydech, wdech, zakręt, nur, podpłynięcie… i tak w kółko. Nie wytrzymam, muszę się zatrzymać, zaraz zwymiotuję sobie sama do ust i wypluję to przez fajkę jak jakiś chory na grypę żołądkową delfin! Podpływam do brzegu i mocno oddycham, by powstrzymać konwulsje i się uspokoić. Po kilku rundkach cała drużyna zrobiła sobie przerwę i odpoczywaliśmy wspólnie przed rozpoczęciem krótkiego turnieju trzy osoby na trzy. Co uspokoiłam żołądek, to się na nowo zestresowałam, bo co to ma znaczyć, że mam grać?! Co ja mam robić?!

– Ola, ty siedzisz jej na płetwach, jak ona się obróci, to znaczy, że masz ją zastąpić. Jak tobie zbraknie tchu, to się odwracasz, a ja będę za tobą. Jasne? To jazda.

Obserwowałam koleżankę z drużyny, trzymałam się jej blisko, płynąc na powierzchni. Widzę, że ona kończy manewr, więc schodzę do niej, przejmuję krążek, ile sił w nogach płynę do bramki, piersiami sunę po dnie, aż krążek dotknął metalowej osłonki.

– Czy tak się strzela gole? – pytam wypluwając płuca i godność.

– Trzeba tam w tą rynienkę wrzucić krążek, ale było blisko. Super!

Kilka akcji później, gdy już bardzo ciężko mi było utrzymać powietrze i wymioty na miejscu, postanowiłam, że dam z siebie wszystko. Rzuciłam się na krążek, wyminęłam jakiegoś typa i chcę się ruszyć dalej, ale skończyło mi się powietrze, nikogo nie miałam blisko, by podać i spanikowałam. Bałam się, że się utopię, że umrę grając w hokeja wodnego. Uznałam, że nie mogę na to pozwolić, że muszę jeszcze żyć! Zostawiłam korek na dnie, płynąc na powierzchnię jak szybko mogłam. Wypłynęłam jak zmęczona foka, wypluwając z ust fajkę. Podpłynęłam do rynny, bo wiedziałam, ze nie wytrzymam już ani chwili. Wdech wydech wdech wydech. Pierwszy wdech wzięłam nosem i się jeszcze bardziej poddusiłam silikonem z gogli. Śmierć, to już jest śmierć. To koniec. Trwała przerwa i odwróciłam się plecami do wszystkich, by ukryć swoje niedomaganie. Już po wszystkim. Do domu.

– Wracasz do nas?

 No, fajnie było.

Część V

-Ja nie obchodzę Dnia Matki.

Usłyszałam od siostry Coco, wyciągając zakupy z siatki. Była to sobota, wczesny poranek, więc teoretycznie powinnam robić wszystko inne, a napewno nie stać w kuchni Holendrów, wypakowując zrobione przeze mnie zakupy. A zwłaszcza, nie powinnam była mieć w planach pieczenia ciasta z okazji obchodzonego w Holandii w drugą niedzielę maja Dnia Matki, ale wiecie, jak ważne są one w polskiej kulturze. Chciałam potraktować Panią Mamę Holenderkę jak własną. Za to nie spodziewałabym się nigdy, że zrobię to jako jedyna.

-Co masz na myśli? – zapytałam, głęboko wierząc w to, że usłyszę co innego, niż się spodziewałam.

-Ona nas tylko urodziła, nigdy nie robiła rzeczy typowych dla matki. Nie wychowała nas, nie gotowała, nie była jak reszta matek.

A jednak. Usłyszałam dokładnie to, czego usłyszeć nie chciałam. Patrząc na tę już prawie osiemnastoletnią dziewczynę, która od urodzenia była wychowywana przez obce kobiety z innych krajów. To one robiły z nią lekcje, kąpały, przygotowywały posiłki, opiekowały się podczas choroby, bawiły i prowadziły na jazdę konną.

-Twoi rodzice, oni oboje pracują, ale postarali się, byście nigdy nie byli sami i niczego wam nie brakowało. Do tego spędzacie w sumie ponad 8 tygodni razem co roku na przeróżnych wyjazdach, całą piątką, a to więcej, niż chyba ja z moimi rodzicami przez całe życie. Może nie ma ich na codzień, ale zawsze są dla was.

Wydawała się nieprzekonana. Nie wiedziałam co jej jeszcze powiedzieć. Sama przeżywałam wewnętrzną walkę w tej sprawie – czy tak powinno się wychowywać dzieci? Tata w wiecznych rozjazdach, kilka krajów w miesiącu. Mama, lekarz, ale pracuje 3-4 dni w tygodniu, w tym tylko jeden, maksymalnie dwa dyżury. Ja, zwykle do dyspozycji, gdy nikogo nie ma na noc. Dbałam tylko o to, by mieli w co się ubrać i co zjeść. Czasami towarzyszyłam wieczorami. Coco kiedyś mi powiedziała coś, co w ogóle nie pasowało do niej, brzmiało, jakby odtworzyła coś, co kiedyś gdzieś usłyszała.

-Chciałabym, by byli częściej w domu, ale są tylko ludźmi, też mają swoje życie.

Mieszam te składniki na ciasto, myśląc o moich rodzicach, którzy zawozili mnie na obozy, treningi, do szkoły. Którzy kupowali mi nową kurtkę, zamiast sobie. Którzy zawsze byli, gdy ich potrzebowałam. Czym się różnili od rodziców Holendrów? Dlaczego moi rodzice według siostry Coco bardziej zasługiwali na prezenty i niespodzianki z okazji Dnia Matki czy Ojca?

Przychodzę w niedzielny poranek, witam się z Panią Mamą i składam jej życzenia. Mówię, że upiekłam ciasto, które dziś możemy z tej okazji zjeść po obiedzie.

-Dziś na obiedzie będziemy tylko ja, ty i Coco, reszta ma już inne plany. Dziękuję bardzo, jest mi niezwykle miło!

Powiedziała, przygotowując odświętne śniadanie dla całej rodziny z okazji własnego dnia.

 

Bądź na bieżąco tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

Część IV

Ostatni tydzień bycia au-pair miałam spędzić razem z nową au-pair mojej rodziny, by ją wdrożyć, pokazać życie w rodzinie, jaki chleb je tata, a jaki Coco i dlaczego nie może kupować mleka półtłustego. Same istotne kwestie! Większość moich rzeczy miałam już z powrotem w Polsce, więc mój pokój był prawie pusty, gotowy na zbliżającą się zamianę. Nowa ofiara przyjeżdzała w środę, a mój lot powrotny miałam w poniedziałek rano.

Nadszedł dzień przyjazdu mojej zmienniczki (która była Holenderką, więc wielkie wydarzenie to nie było tak naprawdę, tylko ja jak zwykle przeżywałam to bardziej, niż ona sama…). Wspólnie z Coco ją odebrałyśmy, pomogłyśmy z walizkami i po drodze pokazałyśmy to, co Abcoude miało do zaoferowania, to jest dwa kościoły, cztery salony fryzjerskie, trzy piekarnie, dwa mięsne i pięć restauracji, a to wszystko na jednej ulicy. Weszłyśmy do mojego domu (miałam własny au-pair dom!) i zaprowadziłam nowicjuszkę do mojego pokoju, by jej pokazać co i jak.

-Na razie zostaniesz w apartamencie na górze, tam jest łazienka i kuchnia. Jak wyjadę, to się tu na spokojnie wprowadzisz.

-… a nie mogę już się tu wprowadzić?

Zaskoczona tym pytaniem, spojrzałam na pomieszczenie, w którym spędziłam ostatni rok – łóżko, w które wsiąkła niejedna moja łza czy przewrócone piwo ze śmiechu; biurko, przy którym pisałam moje wszystkie posty i artykuły; okno, przez które wystawiałam stopy w ciepłe dni. Nie byłam gotowa na tak szybkie pożegnanie z tym miejscem.

-tak, jasne! Nie ma problemu! Wezmę tylko swoje rzeczy.

Zeszłam do łazienki, by zrobić miejsce dla nowej właścicielki. Myślałam, że będę miała czas do końca tygodnia z tym wszystkim się pożegnać, zrobić jakiś dziwny rytuał płaczu i szczęścia, nie wiem, cokolwiek! Wrzuciłam swoje wszystkie kosmetyki w wiaderko, bo wiaderka nie oddam jeszcze, chociaż tyle uratuję przed nagłą utratą. Wróciłam do pokoju, wrzuciłam na jedną kupę ubrania, buty i inne rzeczy, które jeszcze chwilę temu miały swoje miejsce w tym pokoju. Zabrałam się z tym wszystkim piętro wyżej, czując się, jakby ktoś mnie wygnał z raju, z mojego miejsca. Inaczej sobie wyobrażałam ten moment. Ja chciałam ostatnią noc, jak w filmach, przejechać dłonią po meblach, poczuć ostatni raz miękkość łóżka, otworzyć okno i spojrzeć na moje koty, położyć się na podłodze, by pomyśleć o wszystkim, co się wydarzyło, a nawet uronić łezkę ostatniej nocy.

W sobotę, gdy nowa au-pair była na spacerze, weszłam do swojego byłego pokoju. Tam, gdzie stały moje torebki, teraz były odżywki proteinowe (jezu…), na miejscu moich niegdyś książek stały kosmetyki, a na łóżku leżała nowa pościel. Wróciłam myślami do moich pierwszych dni w tym pomieszczeniu, gdy było tak brudne i niepoukładane, że po wyjeździe poprzedniej au-pair zrobiłam generalne porządki, pojechałam do ikei, poprzesuwałam meble i uprałam wykładzinę. Usiadłam na podłodze, uśmiechnęłam się do siebie i czekałam, aż poczuję gotowość na ostateczne pożegnanie.

Ono chyba nigdy nie przyjdzie, bo ciągle czekam.

Bądź na bieżąco tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

Część III

To będzie opowieść o samotności, zatem poproszę Was o włączenie tego: https://www.youtube.com/watch?v=vp5qJlr4go0 i niech leci w tle.

Około czternastej poszłam do miejskiego teatru, by wspólnie z holenderskimi emerytami przygotować salę na koncert jazzowy. Rozkładam krzesła, słucham rozmów, udając, że wszystko rozumiem, a nie rozumiem nic, bo holenderski wraz z wiekiem zmienia się w dialekt indyka, który od urodzenia pali papierosy i przez to ciągle musi pozbywać się flegmy (co czwartek musiałam kupować stroopwafle na targu u takiego pana, co nie miał kilku palców, bo pewnie stopił je sobie robiąc karmel, ale rzecz w tym, że ja nigdy go nie mogłam zrozumieć, nawet nie wyłapywałam pojedynczych słów. Był to jeden dźwięk duszącego się człowieka, który stara się powiedzieć ostatnie zdanie w swoim życiu). Skończyłam, powiedziałam, że zobaczymy się na koncercie, oni do mnie grghgrhgrhgrhgr, a ja mhm, tak, tot ziens!

Wróciłam do domu, otworzyłam butelkę wina, zaczęłam gotować obiad i myślałam o tych starszych ludziach, którzy się tak różnią od tych, których spotykam i znam w Polsce. Zanim skończyłam gotować, butelki ubyło jakby za szybko i jako odpowiedzialny dorosły, zakorkowałam ją i zachowałam na później, to jest na obiad, który miałam właśnie zjeść. Usiadłam do stołu, tym razem nalałam wina do lampki, bo gdyby któryś z Holendrów wszedł i zobaczył mnie z samą butelką, to odkryłby moje prawdziwe oblicze i zablokowałby mi dostęp do niekończącego się wodopoju i bym musiała sama sobie kupować wino. Napisałam do wszystkich osób jakie znam w Holandii czyli z cztery, czy chciałyby mi towarzyszyć na koncercie, ale każda była zajęta (następnego dnia zobaczyłam, że miałam wysłane wiadomości do byłego chłopaka, ale to pisało wino; całe szczęście on był trzeźwy i powstrzymał ten potencjalny cyrk, pisząc – w skrócie – eee, nie).

Przebrałam się, wskoczyłam na rower i pojechałam do teatru. Trzy minuty później byłam na miejscu. Wpuściłam ludzi na salę, następnie usiadłam w ostatnim rzędzie i czekałam na koncert. Był piękny i pełny życia i emocji. W trakcie przerwy podeszła do mnie nieznajoma. Było bardzo głośno, a ona pyta po holendersku, czy chcę, by coś dla mnie wziąć do picia, a ja, że och, co? nie, dziękuję bardzo. Ona na mnie patrzy zdziwiona, patrzy na swoje koleżanki, ja w tym czasie myślę, czy może coś przegapiłam w przewodniku po meandrach dziwnych obyczajów Holendrów. Odwróciły się i odeszły. Analizując zdanie kolejny raz w głowie, uświadomiłam sobie, że ona się zapytała, czy na salę można wziąć ze sobą coś do picia. Zawstydzona uciekłam do domu. To znaczy nie, nie uciekłam, bo miałam ze sobą rower i akurat spadł pierwszy śnieg. Jak już pisałam, jedzie się tam trzy minuty, więc idzie z 10, to nie jest jakiś straszny odcinek, “mogę się równie dobrze z tym rowerem przejść” pomyślałam.

Pojechałam.

To był bardzo zły pomysł.

Pod kościołem był zakręt, który zdążył zlodowacieć i właśnie na nim wpadłam w poślizg. Spadając myślałam o tym, czy w Holandii jest legalne prowadzenie roweru pod wpływem i czy przypadkiem nie jest to jakiś znak, że upadłam akurat przy drzwiach kościoła protestanckiego. Leżałam w tym śniegu, po dwudziestej drugiej, na głównej ulicy Abcoude. Uświadomiłam sobie, że czuję się okropnie samotna. Świeże płatki opadały mi na twarz, by następnie stopnieć we łzach. Nie mogłam się dogadać z charczącymi ludźmi, a też nie za bardzo wiedziałam jak poznać ludzi w swoim wieku, by ich do siebie od razu nie zrazić. Wszystko, co robiłam tego dnia, zrobiłam sama. Zapragnęłam wrócić do domu. Śnieg zaczął wsiąkać w spodnie, a policzki zdrętwiały od zimna i łez. Leżałam jeszcze przez chwilę, patrząc na wieżę kościelną, świąteczne lampki i białe płatki, gdy nagle mój widok przysłoniła mała główka.

-Juff Ola? Alles goed?

Patrzyłam na tego małego chłopczyka, któremu na co dzień pomagałam zapinać kurtkę w szkole, bo ma głupi zamek i się ciągle zacina. Powoli się podniosłam, otrzepując i poprawiając płaszcz. Wspólnie podnieśliśmy mój rower, podziękowałam i pożegnaliśmy się. Odprowadziłam blond czuprynę wzrokiem i patrząc na niego, dotarło do mnie coś niezwykle istotnego. Nie byłam wcale samotna, po prostu poznawałam ludzi, którzy w inny sposób zapełniali mi życie. Usilnie starając się kopiować moje życie w Polsce, traciłam te w Holandii. 

Wróciłam na koncert, otaczając się nieznajomymi, ciesząc się każdym usłyszanym charknięciem. 

Bądź na bieżąco tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

Część II

To było w Halloween. W Abcoude organizowali warsztaty, koncerty, przekąski, miało być wino (darmowe!!!) i cała społeczność miasteczka, czyli około 50 osób i 10 psów miała tam być i się wspólnie bawić. Zrobiłam sobie super make-up, czyli rozcięte usta za pomocą kleju do rzęs, chusteczek higienicznych, czerwonej szminki i wszystkiego innego co mogłam znaleźć w swojej malutkiej, ale ulubionej holenderskiej łazience. Wyszło super, sąsiedzi i Holendrzy mówili “wow, Oula, you look scary!”, dając upust swojej wielomiesięcznie powstrzymywanej chęci wyrażenia opinii na temat mojego wyglądu (życie wśród wysokich, smukłych i wysportowanych pięćdziesięciolatek było tak stresujące, że z tego stresu jadłam jeszcze więcej stroopwafli i nie pokazywałam się na siłowni przez kilka tygodni).

Po całym dniu przygód, darmowego białego wina i straszenia dzieci, wróciłam do siebie, zmyłam z siebie makijaż i wślizgnęłam się pod wcześniej ogrzaną termoforem kołdrę. Znacie ten wyjątkowy w życiu moment, gdy leżycie idealnie w łóżku, poduszka tak cudownie otula głowę, a stopy są ciasno zwinięte w kołdrzany kłębek ciepła? Tak pięknie, że aż żal psuć ten perfekcyjny, chwilowy porządek świata. Wtedy dzwoni telefon. Który został na stole. Daleko od łóżka. W strefie zimna i nieszczęścia. Niechętnie wstałam, odebrałam i słyszę “Ola, idziemy do klubu!”. Spojrzałam tęsknym wzrokiem na moje rozgrzane łóżko, potem za okno, a następnie na moje mało ekscytujące życie au-pair. Ubrałam sweter, vansy, ogrodniczki – Ola idzie do klubu!

Po kilku piwach zaprzyjaźniłam się ze wszystkimi w klubie, każdemu pokazałam zdjecie makijażu, który miałam na sobie tego dnia i tłumaczyłam, że ja już byłam dawno w łóżku, ale postanowiłam wydać pieniądze na alkohol, frytki i trochę więcej alkoholu, co nikogo nie przeraziło jak mnie. Każdy wręcz mi gratulował odpowiedniego wyboru. Wtedy zobaczyłam ją. Samotnie stojącą dziewczynę, która piła piwo i nie widziała jeszcze zdjęcie mojego makijażu. Poprawiam szelki, wyciągam tableta (możemy poświęcić moment na to, że zabrałam tableta do klubu? Dziękuję.) i podchodzę bliżej.
-Hej, widzę, że jesteś tu sama.
-Hej…Nie, ja jeste-
-Zobacz mój super makijaż jaki dziś miałam na halloween!
-Yyy, no super…
-Dobrze się bawisz tak sama?
W momencie, gdy to powiedziałam, uświadomiłam sobie jedną, bardzo, bardzo ważną rzecz. Tak ważną jak to, ile kotów można głaskać jednocześnie oraz drugą, równie istotną kwestię, to jest przelicznik euro na stroopwafle i czipsy.

Byłam w klubie gejowskim.

Nigdy w swoim życiu krótkim jak moje nogi nie przypuszczałam, że stanę się natarczywym typem podbijającym do typiarek w klubie! Dziewczyna wróciła do swoich koleżanek, jednocześnie dając mi mojego pierwszego kosza od kobiety. Stałam przy tym stoliku jeszcze chwilę, odtwarzając w głowie całą sytuację w kółko. Fala wstydu i upokorzenia zalała moje myśli i jak tsunami uderzyła w pęcherz. Biegiem poleciałam w stronę toalety. Staję w kolejce, przebieram z nogi na nogę, a przede mną stoi ta sama dziewczyna, która zdegustowana moim widokiem, posłała swoim koleżankom wzrok typu “jezu, znowu ona”.

Nigdy nie robiłam smutniejszego siku jak wtedy.

Bądź na bieżąco tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/