Część IX

– Ola, na lotnisku kupię nam litra.

Przyleciała do mnie na weekend moja przyjaciółka, Sara. Planu nie było, byle się dobrze bawić. Pierwszy wieczór spędziłyśmy w Abcoude, przygotowując się na przygody w Amsterdamie. Rano oprowadziłam Sarę po miasteczku, zrobiłyśmy zakupy i przygotowałyśmy prowiant na cały dzień i wieczór, to jest pół litra soku na pół litra wódki plus energetyk.

Zanim będę kontynuować, wyjaśnię jedną kwestię. Wódka u mnie to tak samo rzadki widok jak słoneczny, letni dzień na Pomorzu. Ale co innego, gdy tęskni się za swoim krajem i atrybutami z nim związanymi. Byłam podekscytowana. Byłam gotowa stać się polskim ambasadorem kultury polskiej w Amsterdamie. Byłam gotowa umrzeć za swój kraj, pijąc polską wódkę.

O dwunastej zaczęłyśmy od polewania naszych drineczków w moim pokoju, kupiłyśmy wejściówki do klubu, a po dwóch godzinach ploteczek udałyśmy się do Amsterdamu. Kartony w plecakach, aparat też miałam, bo trzeba wszystko nagrać do vloga. Był to dzień Gay Pride, więc miasto było żywe, a pogoda o dziwo dopisała jak nigdy – ciepło i słonecznie. Zaproponowałam, by najpierw udać się do knajpy nad rzeką Amstel i tam dalej pić nasz miks samobójstwa z bezmyślnością. Tam kąpali się ludzie, wskakiwali do wody, to ja, dobrze już podgrzana, zdjęłam z siebie ubrania, do samej bielizny i hop do wody!

Jezu, jaki to był tragiczny pomysł…

W wodzie przypomniałam sobie dosyć ważną kwestię – podpaska… Co ja mam zrobić?! Poza tym nie mogłam wygrzebać się z tej wody na pomost, pomagali mi jacyś ludzie, ja w koronkowym biustonoszu, z nogi leci mi krew – co się stało? Nie wiem. Ubrałam się i zapomniałam o całej sytuacji. W końcu zgłodniałyśmy i poszłyśmy dalej.

To wszystko, co się wydarzyło potem sprawiło, że było mi wstyd pokazać się w Amsterdamie przez kolejny tydzień.

Kolejnego dnia, dzięki aplikacji liczącej kroki, udało nam się odtworzyć nasz wieczór. Mapa pokazała gdzie byłyśmy i wszystko kompletnie nie miało sensu – wskoczyłyśmy jakimś ludziom na łódź i pływałyśmy z nimi po amsterdamskich kanałach, potem znalazłyśmy się w innej części centrum, obie nie do końca pamiętałyśmy co tam w ogóle robiłyśmy, by trafić następnie do klubu, w którym Sara dobiła mnie, uwaga, wódką z sokiem cytrynowym. Po drodze odwiedziłyśmy Rembrandta i kilka knajp.

Zamówiłyśmy w końcu Ubera, bo było już ciężko. Bardzo ciężko. Pamiętałam, że kiedyś płaciłam 20 euro, więc obstawiałam max 40 tym razem. Wsiadamy do auta, a mój palec postanowił odwołać przejazd, który właśnie trwał.

– Aplikacja pokazała, że przejazd będzie kosztować do 40 euro.

– Niee, na pewno nie, 60-70! Proszę zobaczyć.

Tutaj starałam się patrzeć na ekran, ale nic nie widziałam, bo ja już w ogóle słabo widziałam, a zwłaszcza swoją przyszłość i konto bankowe rano. Całą drogę starałam się jak najlepiej rozmawiać po holendersku, by może nam spuścił z ceny, nawet powiedziałam mu, ze ma ładne dzieci, mimo, że przed oczami miałam tylko czarno-brązowe plamy. Ale nie, chociaż podwiózł nas pod sam bankomat, powtarzając dwa razy – siedemdziesiąt euro, siedemdziesiąt!

Rano obudziłam się i umarłam. Umarłam za Polskę jak obiecywałam (za pomocą polskiej wódki, której od tamtej pory już nigdy nie miałam więcej w ustach).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s