Część VI

– Ola, moja znajoma szuka chętnych na hokeja podwodnego. Może chciałabyś spróbować?

Mój mózg starał sobie wyobraził jak to może w ogóle wyglądać, jak bardzo jest to męczące, czy miałabym jeszcze szansę zostać mistrzem świata w hokeju podwodnym i ostatecznie – czy może trochę schudnę, tak przy okazji, po drodze.

– Jo, czemu nie.

W dniu pierwszego treningu uznałam, że warto zobaczyć, czy mam w ogóle potrzebny sprzęt. Płetwy – są, strój – jest, maska do nurkowania i rurka – na Karaibach, z rodzicami. Pomyślałam, że może to znak, że jednak nie jest mi dane iść na ten trening, że pójdę po powrocie rodziców.

– Wpadaj, coś się dla ciebie znajdzie – wiadomość od znajomej mamy była ostateczna i nie miałam wyboru. Musiałam iść.

Trening miał się odbyć o 21:00 na basenie Hotelu Gdynia. Stresowałam się okropnie, ale czułam też podekscytowanie, bo w końcu może znalazłam sport, który wyklucza bieganie i nie wymaga pływania w tą i z powrotem, od ściany do ściany (co jest obrzydliwie nudne i samotne). Poznałam wszystkich, którzy się zebrali, przebraliśmy się i weszliśmy na basen. Po pierwsze – nigdy nie pływałam na tak słabo oświetlonym basenie, co wyglądało super romantycznie i się trochę zakochałam w tej całej sytuacji. Po drugie – nie czułam żadnego stresu związanym ze swoim wyglądem, co było dla mnie super nowe i całkiem przyjemne (pokazywanie się prawie nago kompletnie obcym ludziom nie należy do moich ulubionych zainteresowań, takich jak jedzenie czipsów na czas czy kto wymyśli więcej powodów do stresu).

– Tutaj masz maskę, fajkę, rękawicę i kij (30 cm, ale kij).

Jest taka scena z ostatniej części Gwiezdnych Wojen, gdy Rey sięga po ukryty miecz świetlny i w jej głowie dzieje się retrospekcja i ja jak ta Rey miałam tak samo! Wzięłam do ręki fajkę i wnet sobie przypomniałam czasy pływania w monopłetwie i każdy odruch wymiotny spowodowany zmęczeniem i chlorem w żołądku. Oddychanie weszło w miarę lekko, a to uznałam za połowę sukcesu. Przez godzinę uczyłam się podstaw, schodzenia pod wodę na różne sposoby, prowadzenie krążka, jednocześnie słysząc to, co słyszałam w każdym do tej pory sporcie, który próbowałam – schowaj pupę!

– Dobra, to teraz zrobimy sobie takie ćwiczenie, że jedna osoba prowadzi krążek, druga podpływa znad przeciwka i ten krążek odbiera. Tak po kolei.

To trwało wieczność. Tempo mnie przerastało, co wyszłam na powierzchnię, to musiałam znów dawać nura, ledwo wydmuchując wodę z fajki. Odruch wymiotny był coraz silniejszy, ale cisnęłam dalej. Nur, podpłynięcie do dna, przejęcie krążka, podpłyniecie z nim kawałek, oddanie, wypłynięcie, wydech, wdech, zakręt, nur, podpłynięcie… i tak w kółko. Nie wytrzymam, muszę się zatrzymać, zaraz zwymiotuję sobie sama do ust i wypluję to przez fajkę jak jakiś chory na grypę żołądkową delfin! Podpływam do brzegu i mocno oddycham, by powstrzymać konwulsje i się uspokoić. Po kilku rundkach cała drużyna zrobiła sobie przerwę i odpoczywaliśmy wspólnie przed rozpoczęciem krótkiego turnieju trzy osoby na trzy. Co uspokoiłam żołądek, to się na nowo zestresowałam, bo co to ma znaczyć, że mam grać?! Co ja mam robić?!

– Ola, ty siedzisz jej na płetwach, jak ona się obróci, to znaczy, że masz ją zastąpić. Jak tobie zbraknie tchu, to się odwracasz, a ja będę za tobą. Jasne? To jazda.

Obserwowałam koleżankę z drużyny, trzymałam się jej blisko, płynąc na powierzchni. Widzę, że ona kończy manewr, więc schodzę do niej, przejmuję krążek, ile sił w nogach płynę do bramki, piersiami sunę po dnie, aż krążek dotknął metalowej osłonki.

– Czy tak się strzela gole? – pytam wypluwając płuca i godność.

– Trzeba tam w tą rynienkę wrzucić krążek, ale było blisko. Super!

Kilka akcji później, gdy już bardzo ciężko mi było utrzymać powietrze i wymioty na miejscu, postanowiłam, że dam z siebie wszystko. Rzuciłam się na krążek, wyminęłam jakiegoś typa i chcę się ruszyć dalej, ale skończyło mi się powietrze, nikogo nie miałam blisko, by podać i spanikowałam. Bałam się, że się utopię, że umrę grając w hokeja wodnego. Uznałam, że nie mogę na to pozwolić, że muszę jeszcze żyć! Zostawiłam korek na dnie, płynąc na powierzchnię jak szybko mogłam. Wypłynęłam jak zmęczona foka, wypluwając z ust fajkę. Podpłynęłam do rynny, bo wiedziałam, ze nie wytrzymam już ani chwili. Wdech wydech wdech wydech. Pierwszy wdech wzięłam nosem i się jeszcze bardziej poddusiłam silikonem z gogli. Śmierć, to już jest śmierć. To koniec. Trwała przerwa i odwróciłam się plecami do wszystkich, by ukryć swoje niedomaganie. Już po wszystkim. Do domu.

– Wracasz do nas?

 No, fajnie było.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s