Część III

To będzie opowieść o samotności, zatem poproszę Was o włączenie tego: https://www.youtube.com/watch?v=vp5qJlr4go0 i niech leci w tle.

Około czternastej poszłam do miejskiego teatru, by wspólnie z holenderskimi emerytami przygotować salę na koncert jazzowy. Rozkładam krzesła, słucham rozmów, udając, że wszystko rozumiem, a nie rozumiem nic, bo holenderski wraz z wiekiem zmienia się w dialekt indyka, który od urodzenia pali papierosy i przez to ciągle musi pozbywać się flegmy (co czwartek musiałam kupować stroopwafle na targu u takiego pana, co nie miał kilku palców, bo pewnie stopił je sobie robiąc karmel, ale rzecz w tym, że ja nigdy go nie mogłam zrozumieć, nawet nie wyłapywałam pojedynczych słów. Był to jeden dźwięk duszącego się człowieka, który stara się powiedzieć ostatnie zdanie w swoim życiu). Skończyłam, powiedziałam, że zobaczymy się na koncercie, oni do mnie grghgrhgrhgrhgr, a ja mhm, tak, tot ziens!

Wróciłam do domu, otworzyłam butelkę wina, zaczęłam gotować obiad i myślałam o tych starszych ludziach, którzy się tak różnią od tych, których spotykam i znam w Polsce. Zanim skończyłam gotować, butelki ubyło jakby za szybko i jako odpowiedzialny dorosły, zakorkowałam ją i zachowałam na później, to jest na obiad, który miałam właśnie zjeść. Usiadłam do stołu, tym razem nalałam wina do lampki, bo gdyby któryś z Holendrów wszedł i zobaczył mnie z samą butelką, to odkryłby moje prawdziwe oblicze i zablokowałby mi dostęp do niekończącego się wodopoju i bym musiała sama sobie kupować wino. Napisałam do wszystkich osób jakie znam w Holandii czyli z cztery, czy chciałyby mi towarzyszyć na koncercie, ale każda była zajęta (następnego dnia zobaczyłam, że miałam wysłane wiadomości do byłego chłopaka, ale to pisało wino; całe szczęście on był trzeźwy i powstrzymał ten potencjalny cyrk, pisząc – w skrócie – eee, nie).

Przebrałam się, wskoczyłam na rower i pojechałam do teatru. Trzy minuty później byłam na miejscu. Wpuściłam ludzi na salę, następnie usiadłam w ostatnim rzędzie i czekałam na koncert. Był piękny i pełny życia i emocji. W trakcie przerwy podeszła do mnie nieznajoma. Było bardzo głośno, a ona pyta po holendersku, czy chcę, by coś dla mnie wziąć do picia, a ja, że och, co? nie, dziękuję bardzo. Ona na mnie patrzy zdziwiona, patrzy na swoje koleżanki, ja w tym czasie myślę, czy może coś przegapiłam w przewodniku po meandrach dziwnych obyczajów Holendrów. Odwróciły się i odeszły. Analizując zdanie kolejny raz w głowie, uświadomiłam sobie, że ona się zapytała, czy na salę można wziąć ze sobą coś do picia. Zawstydzona uciekłam do domu. To znaczy nie, nie uciekłam, bo miałam ze sobą rower i akurat spadł pierwszy śnieg. Jak już pisałam, jedzie się tam trzy minuty, więc idzie z 10, to nie jest jakiś straszny odcinek, “mogę się równie dobrze z tym rowerem przejść” pomyślałam.

Pojechałam.

To był bardzo zły pomysł.

Pod kościołem był zakręt, który zdążył zlodowacieć i właśnie na nim wpadłam w poślizg. Spadając myślałam o tym, czy w Holandii jest legalne prowadzenie roweru pod wpływem i czy przypadkiem nie jest to jakiś znak, że upadłam akurat przy drzwiach kościoła protestanckiego. Leżałam w tym śniegu, po dwudziestej drugiej, na głównej ulicy Abcoude. Uświadomiłam sobie, że czuję się okropnie samotna. Świeże płatki opadały mi na twarz, by następnie stopnieć we łzach. Nie mogłam się dogadać z charczącymi ludźmi, a też nie za bardzo wiedziałam jak poznać ludzi w swoim wieku, by ich do siebie od razu nie zrazić. Wszystko, co robiłam tego dnia, zrobiłam sama. Zapragnęłam wrócić do domu. Śnieg zaczął wsiąkać w spodnie, a policzki zdrętwiały od zimna i łez. Leżałam jeszcze przez chwilę, patrząc na wieżę kościelną, świąteczne lampki i białe płatki, gdy nagle mój widok przysłoniła mała główka.

-Juff Ola? Alles goed?

Patrzyłam na tego małego chłopczyka, któremu na co dzień pomagałam zapinać kurtkę w szkole, bo ma głupi zamek i się ciągle zacina. Powoli się podniosłam, otrzepując i poprawiając płaszcz. Wspólnie podnieśliśmy mój rower, podziękowałam i pożegnaliśmy się. Odprowadziłam blond czuprynę wzrokiem i patrząc na niego, dotarło do mnie coś niezwykle istotnego. Nie byłam wcale samotna, po prostu poznawałam ludzi, którzy w inny sposób zapełniali mi życie. Usilnie starając się kopiować moje życie w Polsce, traciłam te w Holandii. 

Wróciłam na koncert, otaczając się nieznajomymi, ciesząc się każdym usłyszanym charknięciem. 

Bądź na bieżąco tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s