Języki obce

Kto mówi, że nauka języków obcych jest super, zabawą, ten z pewnością nigdy nie był na porządnej imprezie. Jest to nudny, żmudny, długotrwały proces. Zresztą, języki obce to żywe organizmy – ciągle się rozwijają, zmieniają, idą z duchem czasu i przybierają różne formy. Wyszłam z założenia, że języka nie da się nauczyć – nauka trwa całe życie. Ale super motywujący wstęp…

Mając jedenaście lat, mieszkałam przez rok w Londynie. Dzięki tej przygodzie zaczęłam mówić po angielsku i potem kontynuowałam naukę w klasie dwujęzycznej. Wtedy myślałam, że umiem angielski i czułam się bardzo pewnie w mowie i piśmie. Przywiozłam ze sobą również brytyjski akcent, który maskował wszelkie błędy językowe, które popełniałam. A popełniałam ich wiele, ponieważ brakowało mi tego, co w języku jest podstawą – gramatyki. Przez całe gimnazjum i początek liceum upierałam się, że póki mówię i każdy mnie rozumie – nie widzę sensu dziobać w książkach z gramatyką. Moje myślenie wyglądało tak: PRZEPRASZAM! JA ALE UMIEM JUŻ! W szkole dwójki i trójki z gramatyki wyrównywały szóstki z mówienia, zatem wychodziłam na zero. Żyłam przekonaniem, że ja angielski umiem i uczyć już się nie muszę. Uważałam, że można się nauczyć języka obcego bez powtarzania w kółko zastosowań present simple i odmieniając czasowniki.

Zmiana zaszła w drugiej liceum, gdy znalazłam w domu moje stare egzaminy z Londynu. TRA-GE-DIA. Błędy, składnia jak u psa, ubogie słownictwo. Tekst był zrozumiały, ale bardzo słabo napisany. Od powrotu z Anglii minęło wtedy prawie pięć lat. PIĘĆ LAT! Tyle lat myślałam, że mój angielski jest perfekcyjny (kiedyś sobie w CV wpisałam, że mówię biegle po angielsku – to nie ja pisałam, to moje przebrzmiałe ego). Od tamtej chwili poczułam ogromny wstyd i postanowiłam poprawę. Po tylu latach od ukończenia szkoły w Londynie powinnam była znać angielską gramatykę lepiej niż polską. Wtedy też zrozumiałam, że uczę się dla siebie i to ja potem na tym zyskam. Zaczęło się odrabianie prac domowych, przygotowywanie się do lekcji i czynny w nich udział. Im więcej umiałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, ile jeszcze nie umiem. I to teraz padnie słowo klucz – pokora. Nauka angielskiego (nauka ta na poważnie, w liceum) nauczyła mnie pokory i szacunku do języka i tych uczących się go. Skończyło się mówienie na odwal, teksty typu po co ja mam używać tego czasu, nawet Anglicy tak nie mówią, a i tak mnie przecież zrozumieją zamieniłam na podręczniki, BBC i porządne konwersacje. Czyli same nudy, przyznaję, ale tak wygląda nauka. O tym, co można robić dodatkowo, by nauka słów, zwrotów i stałych związków była trochę przyjemniejsza – pisałam rok temu tu.

Obecnie znajduję się identycznej sytuacji co dziesięć lat temu. Zaczynam swobodnie mówić po holendersku, tworzę coraz bardziej skomplikowane zdania, ale gramatyka jeszcze nie jest na tym samym poziomie co mówienie. Nic w tym dziwnego – mówię codziennie, a ćwiczenia robię raz w tygodniu. Chociaż język sam wchodzi do głowy, to jest to zlepek słów i zadań usłyszanych na ulicy, w szkole, w domu – język potoczny. Zatem by nie popełnić tego samego błędu, co z angielskim, tym razem nie czekam pięciu lat, tylko teraz zmuszam się (tak, zmuszam się) do wykonania x zadań z podręcznika. Do tego uważniej mówię po angielsku i pomimo zanikającego akcentu, staram się go pielęgnować i ćwiczyć. Ciągle ćwiczyć.

Jako osoba, która chciałaby w przyszłości sama uczyć innych, wyznaję taką zasadę – gramatyka i słownictwo powinno iść ramię w ramię. W polskich szkołach jest mocny nacisk na naukę gramatyki, a dzieci i młodzież uczą się tego na sucho i nie wiedzą co z tym potem zrobić. To tak jakby tłumaczyć, jak dojść do sklepu w mieście, którego się nie zna – da się, ale szybko się zapomni o wskazówkach – łatwiej jest, gdy miasto się trochę zna. Zatem łatwiej się tłumaczy gramatykę osobom, które już znają kilka podstawowych czasowników i rzeczowników. Poza tym gramatyka to abstrakcyjny twór, który dla dzieci jest ciężki do zrozumienia jako samo zjawisko. Przeżyłam to sama na sobie, gdy starałam się wytłumaczyć prosty czas grupie jedenastolatków. Gdy mnie w podstawówce uczyli konstrukcji zdań, nic z tego nie rozumiałam, było to jak formuła chemiczna. A gdy jeszcze powiedzieli no czas zaprzeszły w polskim nie istnieje, ale musicie go umieć to tylko sobie w łeb strzelić.

Wniosek z tego wywodu jest taki: mówić w języku obcym to dopiero początek długiej drogi. Językiem zasłyszanym da się dogadać w sklepie, ale by napisać pismo, może nie wystarczyć. Trzeba się uczyć, powtarzać, słuchać, mówić. Ja, na przykład, nie umiem się uczyć sama i wolę, gdy mam towarzystwo, które mnie poprawi, złapie na błędzie i razem wykona dziesiątki zadań domowych. Nie jest to wtedy aż tak nudne, bo po wszystkim zawsze można wyjść razem na piwo.

6 thoughts on “Języki obce

  1. Jak to mówią „bez pracy nie ma kołaczy”. Fajnie jednak, że mogłaś poobcować przez rok z językiem, to na pewno był duży bonus. Trzymam kciuki za powodzenie w holenderskim 🙂

    Lubię to

  2. Rozłożyło mnie na łopatki „to nie ja pisałam, to moje przebrzmiałe ego” 😀 Aż odruchowo zajrzałam do własnego CV 😀 Ciekawe spostrzeżenia. Ja uczę się włoskiego i przyznam, że miewam mam problem ze zrozumieniem gramatyki… bo czasem nie pamiętam już, co to znaczy w języku polskim. Serio 😮

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s