Dziwne akcje cz.6 „Imigranci”

Jestem emigrantką. Uświadomienie sobie tego zajęło mi równe sześć miesięcy (gdybym myślała w takim tempie co tyję, to byłoby klawo). Do tego czasu byłam Polką, która wyjechała z Polski, do Holandii, by nauczyć się holenderskiego, poszukać sensu swojego jestestwa, albo po prostu przez rok się przebimbać jako au-pair i nie płacić za rachunki i jedzenie. Gdy mówiono o imigrantach kierujących się ku Polsce, ja w żaden sposób się z nimi nie utożsamiałam. Ja przecież nie wyjechałam po pieniądze, w poszukiwaniu schronienia, przed niczym nie uciekałam. To co to ze mnie za emigrant?

Pytając mnie o zdanie w sprawie imigrantów, mówiłam zwykle tak: nie mam nic przeciwko, ale uważam, że powinni się asymilować, zaakceptować normy kraju, szanować tradycje i obyczaje. Myślałam, że jest to odpowiedzieć, która nikogo nie urazi, pokazuje, że jestem tolerancyjna z małym ale i nie daje pola do ataku ze strony pytającego. Bezpieczna wersja. A prawda była taka, że sama nie wiedziałam – z jednej strony panicznie się bałam tego, co pokazują media, dochodził strach przed nieznanym, a z drugiej? Przecież każdy z nas chce żyć w pokoju i się spełniać bez przeszkód.

Zmiana przyszła wraz z moim wyjazdem. Na kursie językowym poznałam dziewczynę, Nour, która wychowywała się w Palestynie, ale od nastoletnich lat mieszkała już w Kanadzie. Pięknie pisze i równie pięknie wygląda. Codziennie miała inne nakrycie głowy, w różnych kolorach i formach. Gdy zapytałam ją o to, czy jest to jej decyzja czy przymus religii, powiedziała, że mam wejść na jej bloga i zapoznać się z jej wspomnieniem o tym, jak zdecydowała, że chce nosić hijab (po angielsku, niestety). Ja, jako Europejka, tym bardziej Polka, nie miałam styczności z muzułmanami na tyle, co miałam z katolikami czy żydami. W głowie miałam obraz taki, jaki wykreował Internet, telewizja, opowieści taty z misji. Nour była wyzwolona, wykonywała wolny zawód, wyszła za Holendra, praktykowała swoją religię i była jak egzotyczny owoc, którego nawet w Lidlu na Tygodniu Kuchni Meksykańskiej nie znajdę. Z jej wpisu dowiedziałam się, że był to jej wybór, a jej mama starała się nawet ten proces trochę wstrzymać, by mogła dać sobie więcej czasu. Zaczęłam się zastanawiać – co jeżeli większość z tych strasznych, niebezpiecznych imigrantów jest jak ona? Mądre, utalentowane, wrażliwe i wartościowe jednostki? Od tamtej pory inaczej patrzę na kobiety Islamu, chcę znać historię każdej z nich i dowiedzieć się, co dla nich znaczy hijab i ich religia. Inaczej patrzę na osoby wychowane w innej kulturze. Z ciekawością, otwartym sercem i umysłem.

Przez pierwsze kilka miesięcy nie odczuwałam tęsknoty za domem i za Polską, bo byłam zbyt pochłonięta tym, co się dzieje tutaj, w Holandii (i jedzeniem stroopwafli, masła orzechowego i hagelslagu – to wszystko na raz). Przed Bożym Narodzeniem zaczęło się coś we mnie budzić, bo wokół nie było tak świątecznie jak w moim pięknym kraju kwitnącej cebuli. Z tego wszystkiego kolędy zaczęły lecieć od początku grudnia, ulepiłam pierogi, prezenty na Wigilię były gotowe tydzień przed wyjazdem na Święta i przebierałam nogami z niecierpliwości jak mewa w poszukiwaniu robaka. To wszystko było spowodowane rodzinnym okresem świątecznym, a nie tęsknotą za oscypkiem, Tatrami i plażą na Chałupach. Prawdziwa tęsknota zaczęła się dopiero w marcu. Fascynacja krajem karmelem cieknącym została zastąpiona codziennością, rutyną i przejedzeniem się masłem orzechowym z hagelslagiem. Sporą rolę w moim przypadku gra samotność. Kiedyś ktoś mnie zapytał, czy nie znam może kogoś chętnego do pomocy przy czymś w szkole. Gdy powiedziałam, że moi znajomi albo mają dwanaście lat, albo sześćdziesiąt albo mają cztery nogi, nie skumałam się jak smutno to brzmi. Odkryłam w sobie, że dopóki nie znajdę się w środowisku, które daje dostęp do ludzi, tak będę najbardziej samotnym człowiekiem na świecie, stąd mam kumpli w tutejszej podstawówce i na targu.

Zaczęłam rozumieć tych wszystkich imigrantów, którzy z całego świata przylatywali do Londynu i osiedlali się wśród rodaków, otwierali knajpy i sklepy z rodowitym jedzeniem, obchodzili święta, o których nikt w Anglii nie słyszał. Ja jestem tu z wyboru, sama tego chciałam, od niczego nie uciekłam, a czasami tak ciężko mi się tu odnaleźć. Mogę w każdej chwili wrócić do Gdyni czy zadzwonić do rodziców, a co by było, gdyby mój kraj nie pozwalał mi na powrót? Gdybym musiała zostać w Holandii dla własnego bezpieczeństwa? Też bym chodziła do kościoła, piekła polskie ciasta, lepiła pierogi i gotowała kapuchę. Oglądałabym polskie filmy, szukałabym skupisk Polaków i udzielałabym się przy polskich organizacjach. Zachowanie tożsamości w innym kraju jest wyzwaniem, zwłaszcza, gdy przez dwadzieścia dwa lata żyło się zgodnie z tradycjami i normami polskimi. Odbierając tożsamość imigrantom robimy im wielką krzywdę, bo czasami nic innego już im nie zostało od chwili wyjazdu z rodzimej ziemi. I mogę mówić ile chcę, że jestem obywatelem świata, ale prawda jest taka, że jestem Polką smalcem, bigosem i wódką ulepiona. I całe szczęście Holandia się nie różni jakoś drastycznie od Polski, ale gdy przyjeżdża taka Nour do Holandii, to przecież tu nic się nie zgadza! Czy wiecie kiedy jest Ramadan? Wiecie jak ciężko jest zachować post, gdy dookoła nikt nie kuma, że do zachodu słońca nic nie możesz jeść i pić? Ja nie wiem, ale Nour wie i nie raz mówiła, że najpiękniejszy Ramadan jest w Palestynie, gdy każdy każdego wspiera w postanowieniu, wspólnej modlitwie i czuć świąteczny klimat. Ja sama odczuwałam potrzebę pójścia do kościoła przed Bożym Narodzeniem i mogłam to śmiało zrobić, bo kościół katolicki jest zaraz obok protestanckiego. Ale czy Nour w Polsce by mogła bezpiecznie udać się do meczetu? No ja nie wiem… wśród moich znajomych w Facebooku są tacy, co otwarcie mówią, że meczetów w Polsce nie powinno być.

Jak już pisałam przy poście o feministkach, zachowuję bezpieczny polityczny dystans, ale w tym przypadku chciałabym uświadomić swoich bliskich, znajomych i czytających tego bloga, że bycie emigrantem to więcej niż wyjazd za granicę. To próba budowania swojego życia na nowo, od zera, a jedynym budulcem jest to, co już się wie i umie – kultura, tradycje, zwyczaje, nawyki. Przyczyna emigracji? Cokolwiek – pieniądze, miłość, bezpieczeństwo, rodzina, praca, nauka. I co ważne, emigrantem jest każda osoba, która emigrowała z własnego kraju. To nie tylko Syryjczyk szukający schronienia. To również jestem ja i Jan Paweł II też, bo wyjechał do roboty do Włoch.

 

8 thoughts on “Dziwne akcje cz.6 „Imigranci”

  1. Fantastycznie ujęłaś ten temat – swoją drogą, bardzo ważny i na czasie. Inaczej to wszystko wygląda z punktu widzenia emigranta, inaczej – z osoby mieszkającej w swoim kraju. Najważniejsze to zachować dystans i umiar w ocenie innych ludzi 🙂

    Lubię to

  2. Podoba mi się Twój punkt widzenia. W twoim poście przebija perspektywa osoby wrażliwej i nie obojętnej na sytuację innych. Bardzo ciekawie napisane, pozdrawiam 🙂

    Lubię to

  3. Ja zawsze podziwiam ludzi, który decydują się na emigrację. Jestem bardzo związane z rodziną i przyjaciółmi i nie wyobrażam sobie z dnia na dzień wyjechać. Cieszę się, że nie muszę bo byłby to bardzo trudne dla mnie :]

    Lubię to

    1. Ja sobie nie zdawałam sprawy z tego, jak bardzo jestem z nimi związana, dopóki nie wyjechałam z domu. Poza tym, długo żyłam z myślą, że przecież nie mogę się ograniczać ludźmi w drodze do rozwoju i szczęścia. Wyszło tak, że to właśnie ci moi ludzie dają mi to szczęście 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s