Dziwne akcje cz.4 „Odchudzanie” [PL/ENG]

W drugiej klasie podstawówki skumałam się, że wyglądam źle. Ok, nie skumałam się o tym sama, uświadomiono mnie o tym. Podczas ważenia na obozie gimnastycznym usłyszałam, że młoda damo, czas schudnąć! Od tamtej chwili moje ciało stało się polem walki moich kompleksów, stereotypów, opinii innych i niespełnionych pragnień, a ta wyczerpująca wojna trwa do dziś. Upadla równie fizycznie, co psychicznie i pomimo niezliczonych prób, każde powstanie kończy się porażką, okaleczoną duszą i stosem za małych ubrań.

During the second year of primary school, I realised that I look bad. Alright, I haven’t done that myself, I was told that I look bad. On the weighing day during gymnastic camp I heard, that I have to lose weight. Since then my body became a battlefield of insecurities, stereotypes, opinions and unfulfilled desires, and this battle lasts until this day. This debases both physically and mentally, and in spite of countless trials, every single one ends with a defeat, scarred soul and a bag full of clothes too small.

Rok w Anglii, inaczej znany jako ziemniaki, chleb, słodkie mleko i chicken pie był kolejnym krokiem ku samodestrukcji za pomocą jedzenia. Wystarczyło mi kilka miesięcy, by jako dwunastolatka przytyć dziesięć kilogramów. Miałam nadwagę, trądzik, jadłam więcej, niż spalałam i stałam się ofiarą szkolnych ciast z polewą czekoladową. W Polsce wróciłam do treningów na basenie i na Mistrzostwa Polski znów byłam w formie. W formie na pewno nie była moja psychika. Na zawsze zmieniła się jedna rzecz – nie mogłam patrzeć na swoje zdjęcia w stroju kąpielowym. Moje wielkie uda stały się największym kompleksem. Nie uważałam ich za atut, za potężny potencjał siły. Były duże, brzydkie i grube.

One year in England, also known as potatoes, bread, sweet milk, and chicken pie was another step to self-destruction with food as my weapon. I needed roughly few months to gain ten kilograms. I was overweight, I had acne, and I became a victim of the chocolate gravy school cake. Back in Poland I went back on track with my swimming practice and I was physically ready for nationals. What wasn’t ready was my psyche. One thing has changed forever – I couldn’t stand looking at myself in a swimming suit. My huge thighs became my biggest insecurity. I couldn’t consider them as a strength, my potential. They were big, ugly and fat.

Kupowanie spodni wymagało ode mnie ogromnego zapasu energii, cierpliwości i wyrozumiałości, czyli tego, czego nie miałam. Nie dość, że grube, to dodatkowo kacze nogi, mieściły się jedynie w duże rozmiary i modele, które założyłby albo niewidomy, albo pies, bo psy są zadowolone ze wszystkiego. Każdorazowe załamanie nerwowe w przebieralni kończyło się postanowieniem schudnięcia, a wraz z nim, pogłębione niezadowolenie ze swojego ciała. Kiedyś zapomniałam wziąć spodni na wf i koleżanka chciała pożyczyć swoje obcisłe, krótkie spodenki. Ubierając je, wiedziałam, że popełniłam błąd. W szatni wybuchła salwa śmiechu, parsknięć i komentarzy, a ja, by nie pokazać, jak okropnie się czuję, śmiałam się razem z innymi, szybko ściągając z siebie te przeklęte, upokarzające spodnie dla kolarzy. Wolałam dostać jedynkę za brak stroju niż pokazać światu swoje wielkie kłody.

Buying pants called for a huge amount of energy, patience, and indulgence, everything I never had. Not only fat, but also very short legs fit only into big sizes, and designs were so ugly, that I guess that only a visually impaired would wear them or a dog, dogs are happy no matter what. Every mental breakdown in fitting room was followed by a decision of losing weight (again) and deeper self-hatred. Once I forgot sport pants for P.E. and one of my friends offered her extra pair of tight shorts. While putting them on, I knew that it will be a big mistake. Changing room filled with laughs and comments, and me, trying not to show my utter sadness, laughed along, while taking these goddamn cycling pants. I’d have rather got a bad grade than show my logs to the whole world.

Idealna sylwetka była równoznaczna z kontrolą, dyscypliną i odmawianiem sobie wszystkiego, co lubię. W liceum wpadłam na idealny pomysł – jadłam 1200kcal, prowadziłam pamiętnik posiłków, liczyłam kalorie i codziennie spalałam 500kcal na rowerku stacjonarnym, oglądając Rozmowy w toku (nigdy nie byłam tak na bieżąco z problemami polskiego społeczeństwa). Bilans kaloryczny był ujemny i waga leciała z górki na pazurki. Rezultaty przyszły tak szybko, że po miesiącu, pierwszy raz po latach, zobaczyłam z przodu piątkę na wadze. Zajarana tym wszystkim, dalej trzymałam się dyscypliny. Spodnie zaczęły wisieć, znajomi komplementowali, a koleżanki pytały jak to zrobiłaś?!. W międzyczasie przeżywałam bolesne ataki mojego uzależnienia od cukru: wpadałam w histerię, panikowałam, bo tak bardzo chciałam zjeść coś słodkiego, a bałam się przytyć. Gdy już nie miałam siły, płacząc, zjadłam całą paczkę ciastek na raz. Było mi lżej, błogo, a potem ta ogromna lawina winy i obrzydzenia lądowała na mojej pewności siebie, przygniatając mnie, dopóki się nie zasnęłam ze zmęczenia, z nowym postanowieniem poprawy. Na bilansie osiemnastolatka pierwszy raz w życiu usłyszałam, że nie mam nadwagi (pielęgniarki od zawsze mi mówiły, że to wina ziemniaków i mam jeść ich mniej) i w końcu wszystko było super. Ale wiecie co? Przyszły Święta Bożego Narodzenia, a wraz z nimi ciasta, sałatki i plus pięć kilogramów. A, no i najlepsze – zdjęć ze swojej studniówki unikam, ale wiem jedno – cieliste rajstopy powinny znaleźć się na liście rzeczy zakazanych. 

Perfect body meant control, discipline and saying no to everything I liked. I came up with a brilliant idea in secondary school – I ate roughly 1200kcal, kept a meal log, counted calories and burned 500kcal cycling while watching TV programs. My calorie intake was low and weight was going downhill like crazy. Results showed up so fast, after one month, first time in years, I saw five on a scale. My pants started to hang on my butt, friends were complimenting me and I was constantly asked about my methods of losing weight. Meanwhile, I was experiencing painful sugar addiction attacks: I was losing my mind. I wanted to eat something sweet, but I was scared to gain weight again. When I felt totally hopeless, I was ending up eating shitloads of biscuits, crying my eyes out. I felt better, to later feel nothing but an avalanche of shame and self-disgust landing on my confidence, crushing me, until I fell asleep totally washed out, with renewed resolutions.. During my last school health check-ups, I heard, for the first time ever, that I’m not overweight. I felt so good. Life felt good. But you know what? Christmas was around the corner, along with cakes, salads and additional five kilograms. Oh, and the best one, I do my best to avoid prom pictures, but one thing is a sure thing – flesh-coloured tights should end up on a no-no list.

Myślałam, że w weganizmie odnajdę ukojenie. Obiecali utratę kilogramów, zdrowe podejście do żywienia i spokojne sumienie. Po roku mogę powiedzieć jedno – mnie dieta roślinna nie uratowała, ale wyedukowała i uświadomiła, co jest dobre, a co złe dla mojego ciała. Nie jadam w fast-foodach, stacjach paliw czy uczelnianych kafejkach, bo nic tam dla mnie nie ma. Nauczyłam się gotować i szukać zdrowych alternatyw. Dieta ułożona dla mnie przez dietetyka działała cudownie, czułam się dobrze, zmotywowana, szczuplejsza, ale nie mogłam się przekonać do ważenia każdego składnika, gotowania z wyprzedzeniem i stresu związanym z regularnymi pomiarami. Znów wróciło uczucie z liceum – jeżeli się wyłamię, przytyję. Tak się stało. Po przyjeździe do Holandii musiałam się przestawić z obiadów o trzynastej na dziewiętnastą, uczyłam się jedzenia lunchów, jadłam za mało lub za dużo.

I really hoped that veganism will put an end to my dietary misery. They promised weight loss, healthy relationship with food and calmed soul. After one year I can say one thing – plant based diet didn’t save me, but surely educated and showed me what’s working for my body. I don’t do fast-foods, gas station foods or school cafeterias, because they simply don’t offer much to me. I learned how to cook and look for healthy alternatives. Personal diet written by a dietician was a wonder, worked like a blessing, I felt good, motivated, slimmer, but I couldn’t get over the whole food-scale thing, food-preping or stress-related monthly visits at the dietician. That familiar secondary school feeling came back again – if I fall off the wagon, I’ll gain weight again. And so it happened. Having settled in the Netherlands, I had to learn to eat dinners late, implement lunches into my life, because I was eating either too much or not enough.

W grudniu zeszłego roku, gdy przyjechałam na święta, powiedziałam rodzicom, że mam problem z żywieniem. Że nie umiem panować nad jedzeniem i swoim ciałem. Że jest to silniejsze ode mnie, że zajadam stres i smutek, że wystrzelony w kosmos poziom cukru we krwi działa narkotycznie, uspokaja mnie. Zajęło mi to tyle lat, by przyznać się przed samą sobą i innymi. Komentarze typu wystarczy się więcej ruszać, wtedy możesz jeść co chcesz padały od osób, które nie widziały w jedzeniu wroga i zbawienia jednocześnie. Wiem, że dopóki nie pogodzę się sama ze sobą, żadna dieta mi nie pomoże. Dopóki nie docenię tego, że jestem zdrowa, mam sprawne ciało i umysł, nigdy nie będę zadowolona z tego, jak wyglądam. Skumałam się, że ja po prostu siebie nie kocham. 

In December last year, during Christmas visit at home, I told my parents about my eating issue. That I don’t have a control over food and my own body. That it is stronger than me, that I eat my stress and sadness away, that this out-of-this-world sugar rush in my blood is almost narcotic, that it calms me down. It took me so long to confess this to myself and others. Comments such as once you do some sports, you can eat whatever you want came from people, who never treated food both as a friend and a foe. I know, that as long I won’t bury the hatchet, no diet will help me. That until I appreciate my health, vital body and mind, I will never be happy with who I am. I kind of got to the point, where I realised, that I actually don’t love myself.

 

10 thoughts on “Dziwne akcje cz.4 „Odchudzanie” [PL/ENG]

  1. Moje uda też są moim największym utrapieniem i też przytyłam 10 kilo w ostatnim czasie, ale już jako dorosła kobieta. W normie jeszcze się mieszczę, ale jestem na granicy. Jako nastolatka bardzo pilnowałam swojej wagi i skończyło się tak, że w ciągu tygodnia potrafiłam zjeść tylko jabłko i jogurt. Na szczęście rodzice widzieli, pilnowali i tłumaczyli. Pomogło, ale mogło być źle. Teraz nawet siebie lubię, mimo tych kilogramów. Mi to przyszło samo z siebie i tego samego życzę Tobie. Pokochaj siebie!

    Polubienie

    1. Przepraszam, czy my przypadkiem nie dzielimy życia?! Ja też czuję, że powoli mi ten stan przechodzi, że czasami złapię się na tym, że zdziwiona spojrzę w lustro i aż powiem na głos „o kurcze, ale dziś ładnie wyglądam” 😀

      Polubienie

  2. Smutne, że się nie kochasz. A to raczej nie jest prawdą. Wystarczy się zwyczajnie akceptować, a nie wygląd jest najważniejszy ale to co w głowie. Radość z życia, cieszenie się małymi rzeczami. Nie trzeba mieć 5 z przodu, żeby dobrze wyglądać. A z drugiej strony patrząc, jeśli zaakceptujesz siebie będzie ci łatwiej … utrzymać wagę, bo opanujesz swoją psychikę.
    A co do ziemniaków to coś w tym jest, gdy je ograniczyłam i pieczywo potrafiłam schudnąć 10 kilo i utrzymać tą wagę mniej więcej przez 4 lata. Teraz gdy doszło trochę więcej stresu i pracy parę kilo wróciło, ale wiem jak je zrzucić. Zrobię to za chwilę dla własnej wygody… ubrania zaczynają ugniatać 😉

    Polubienie

    1. Z tym moim kochaniem jest tak: kocham to, co robię i kim jestem, ale w kwestii tego jak wyglądam, często odczuwam dyskomfort. I zgadzam się w stu procentach – opanowana psychika, zdrowsze podejście do siebie! 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  3. Jak to w miłości – raz są czułe słówka i zachwyty, innym razem rzucanie talerzami. W partnerze też nie zawsze wszystko nam się podoba i wcale nie musimy sami siebie oszukiwać, że tak nie jest. Mimo to jest jakiś powód, dla którego to jego/ją wybraliśmy – tak samo jak nie bez powodu mamy to ciało lub inne. Bardzo uwalniająca potrafi być sama akceptacja, że coś nam nie odpowiada – nie musimy od od razu kochać swego ciała całym sercem, aby było lepiej. A jeżeli przy okazji zauważymy, że energię dotąd przeznaczaną na dołowanie się, możemy wykorzystać w inny, bardziej wartościowy sposób, to już w ogóle będzie super 🙂

    Polubienie

  4. Ach, te uda to zawsze i mój był problem, bo takie już mamy w rodzinie nogi. 😀 Ale powiem Ci, że ja kiedyś też miałam gorszy okres (kiedy od rana do nocy robiłam pracę inżynierską i na nic nie miałam innego czasu), po którym, jak się wzięłam za swoje odżywianie, zwyczajnie zdrowsze jedzenie i większa ilość ruchu weszły mi w nawyk i to jest przyczyną mojego zadowolenia z siebie teraz. 🙂 Mimo tego, że jak modelka nie wyglądam i dużo czasu i uwagi poświęcam treningom, jedzeniu i tak dalej. Ale zmiana w nastawieniu jest tu najlepszym efektem ubocznym, czego z całego serducha Ci życzę! Fajny, odważny wpis. Piona, Ola!

    Polubienie

  5. Ja się już pogodziłam, nie jestem ani gruba ani chuda. Pewnie mogłabym mieć kaloryfer na brzuchu, ale lubię jeść. Lubię czekoladę i boczek i nie chcę się dać wepchnąć w ten fit terror jaki obecnie panuje. Kurczę, udaje mi się popatrzeć w lustro i pomyśleć, że „hej, jestem spoko” 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s