Oda do braku pomysłu na siebie

Chciałabym wiedzieć co robić. Chciałabym mieć jasny cel. Od zawsze zazdrościłam dzieciakom, którzy na pytanie jaki jest twój ulubiony przedmiot? odpowiadali bez zastanowienia, że matematyka czy chemia. Ja lubiłam wszystko po trochu – gramatykę angielską, wypracowania na polskim czy XVIII wiek na historii. Im bliżej końca liceum, tym cięższa okazywało się to niezdecydowanie. Najbardziej bolało, gdy rówieśnicy dokonywali cudownych rzeczy – wygrywali konkursy, uczyli się latać samolotem, projektowali aplikacje czy po prostu – mieli pasję, wolę walki i kilogramy samozaparcia. Jak już myślałam, że może chociaż angielski to mój konik, to ktoś inny odjeżdżał na tym rumaku w kierunku splendoru i zachwytu nauczycieli. Ja w swoich oczach byłam tą dziewczyną z nadwagą, tą przemądrzałą, rządzącą się księżniczką. Odwieczna walka o akceptację zamiast we mnie, zaczynała się w głowach innych.  Nie wiedziałam, czy mój brak zainteresowania jest spowodowany lenistwem, słomianym zapałem czy tym, że na świecie jest tyle innych ciekawych rzeczy, że nie ma sensu się ograniczać. Mama kazała mi wszystkiego próbować i nie powiem, otrzymałam w życiu lepsze porady (jak na przykład ta, że brokuły lepiej gotować zalane w 1/3 wodą, zamiast robić w garnku brokuli aquapark). Popełniłam wiele błędów, dałam się ponieść emocjom i opiniom innych. To całkiem dziwna sprawa, ale potrafię się zafiksować na punkcie jakieś sprawy na tyle mocno, że aż w to uwierzę. Potrafię sobie wmówić wszystko – że dam radę przygotować się do medycyny z moim rybim mózgiem, że ja naprawdę lubię oglądać wraki samolotów i uwierzcie mi, ja serio lubię chodzić w mundurze i kumam chemię, no kumam. No i będę tak pieprzyć bez opamiętania, aż w końcu się skumam (czyt. średnio mi to zajmuje pół roku), że wsadziłam się w niezłe gówno.

Schemat jest zawsze taki sam. Idzie to tak: Coś mi się podoba. Uznaję, że mogę spróbować. Próbuję. Nie jest łatwo, ale to dopiero początek. O, to też jest fajne, ale hej, wracam do poprzedniej fajnej rzeczy. Zaczyna się robić opór ciężko. Zaczynam się zastanawiać czy to serio jest dla mnie. Rozpaczam, bo kolejna fajna rzecz okazała się nie dla mnie. No i tutaj zawsze padają dwa pytania – czy to lenistwo? czy serio brak predyspozycji? Do tej pory udawało mi się bez problemu ratować się tym drugim wyjaśnieniem, ale niedługo się okaże, że ja mam tylko predyspozycje do nicnierobienia (co by się zgadzało, w tym jestem wybitnie uzdolniona). Można tak sobie próbować, sprawdzać, eksperymentować, ale ile to energii i czasu pochłania, to olaboga! Po tym wszystkim zostaję z workiem niewykształconych umiejętności – umiem zrobić jakąś grafikę, ale nic super poważnego, zrobię tłumaczenie, ale nie wiadomo, czy jest na sto procent dobre, przygotuję sesję zdjęciową, ale obróbka odbędzie się na tabletowej aplikacji. Staję się tym kumplem, co coś tam umie i pomoże twojej cioci zrobić spot reklamowy jej kwiaciarni w zamian za kaktusa i drewniane klipsy z biedronkami. Dochodzą do tego wszystkiego jeszcze dzieci. Chryste najdroższy, ja wiem, że karma wraca ze zdwojoną siłą, ale czym sobie zasłużyłam na to, że cokolwiek robię, ma związek z zębami mlecznymi, rosnącym biustem i hormonami uciekającymi wraz z ostatnią kroplą zdrowego rozsądku… Obozy, lekcje, praca – wszędzie dzieci. A wiecie, co jest w tym najgorsze? Że mi się to podoba! Jak jakiś masochista! Wracam po więcej! Gdy kiedyś powiedziałam mamie, że chyba życie mnie pcha do poświęcenia swojego życia w roli męczennika czyt. nauczyciela, to zaczęła proponować inne rozwiązania (wtedy też padł lekarz, sama nie wiem co gorsze). Było to trzy lata temu, a ja ciągle uważam, że to był pierwszy raz, gdy powiedziałam na głos to, co lubię robić. Uczyć. Przerażająca wizja spędzenia reszty życia w szkole była na tyle przytłaczająca, że wolałam sobie wmówić, że wolę kroić ludzkie ciała (haha!).

Co chwilę muszę sobie przypominać, co umiem i jak mogę na tym zbudować dalsze plany. Rozpisuję na kartce jak dziecko – lubię tworzyć, lubię pisać, pić piwo w łóżku, robić żarty dzieciom, opowiadać historie… i tak powstaje lista. Co miesiąc inna, ale podobna. Ten blog stał się moją cumą, która trzyma mnie przy rzeczach, które mnie faktycznie interesują. Czasem odpłynę, ale potem wychodzą z tego takie wpisy jak ten Studiowanie nie ma sensu. Albo, chrońcie mnie, postanowię zostać strażakiem. Jedna z rzeczy, która mnie powstrzymuje przed dalszymi eksperymentami jest porażka. No nie będę pisała, że nie ma porażek, tylko życiowe lekcje. Porażka boli, upokarza i odbiera wiarę w siebie. Życiowa lekcja to złapanie gorącej blachy do pieczenia. Też boli i upokarza, ale nie sprawia, że już nigdy nie upieczesz szarlotki. Dlatego tutaj, w Holandii, nie szukam już nowości i wrażeń, tylko buduję. Siedzę w tej szkole z dziećmi i rzeźbię w tym holenderskim, gotuję i uczę się nowych przepisów, dodaję wpisy, pomagam w teatrze i chodzę z Coco po muzeach. Nic więcej. Nie zaczynam kursu dojenia krów i nie zakładam farmy królików. Trzymam się kurczowo tych rzeczy, mimo że wokół tyle interesujących zajęć. Może coś z tego wyjdzie i coś się ulepi. Moje ciało dojrzało o wiele za szybko, bo umysł i dusza zostały grubo w tyle. Ale przecież kiedyś w końcu uda mi się zrobić coś dobrze.

14 thoughts on “Oda do braku pomysłu na siebie

  1. hehe jakbym czytała o sobie… 🙂 dlatego zaczęłam szukać, czytać, rozmawiać z wieloma osobami. Przede wszystkim należy się wsłuchać w siebie, bo to przecież nikt nie zna Cię lepiej, niż Ty sama. W ciągu wielu miesięcy zauważyłam jedną rzecz – że naprawdę dobry będziesz tylko w tym, co lubisz, w co się w pełni zaangażujesz i co sprawia, że drugiemu człowiekowi jest lepiej na świecie. Można coś kochać bezwzględnie, za samo istnienie (w moim przypadku to muzyka, czy ogólnie sztuka), ale tak naprawdę każda dziedzina dobrze opanowana i sprzedana dalej innym daje dużo satysfakcji.
    A co do łapania kilku srok za ogon… Chyba po prostu boimy się angażować. Zwykle wpadamy w wątpliwości, gdy należy zrobić ten krok poza strefę komfortu, aby dalej się rozwijać. Chociażby to był nasz konik, bez tego prędzej, czy później niestety wypadniemy z obiegu. Konik pogalopuje dalej, ale już bez nas 😉 Życzę nam dużo odwagi i siły 🙂

    Lubię to

  2. Uwielbiam takie prawdziwe wpisy od serca !
    Jesteś w nim cała Ty i to takie posty są najpiękniejsze ! Doskonale Cię rozumiem, bo mam to samo 🙂 I u mnie na blogu również pojawił się post związany z Kryzysem studiowania w moim przypadku, bo ja na studiach zwątpiłam w to co chcę robić. Serdecznie Cię zapraszam do przeczytania, myślę, że się z nim utożsamisz 🙂 Wczoraj również dodałam ciekawy post, a myślę, że nadajemy na podobnych falach i może Ci się spodobać 🙂
    Z przyjemnością obserwuję 🙂

    Lubię to

  3. Jestem tu pierwszy raz i już wiem, że zostaję na dłużej. Przekonałaś mnie do siebie. Twoja szczerość i otwartość, aż bije z tego tekstu.

    Wiele osób zmaga się z brakiem pomysłu na siebie, albo z ich nadmiarem. Nie potrafimy wybrać, zadecydować. Często się też zmieniamy co jest naturalne, bo w końcu zainteresowania i pasję mogą ulegać zmianie. Trzeba to tylko zaakceptować. 🙂

    Lubię to

    1. Ale mi miło! ❤
      Ostatnio rozpoczęłam czytanie/wypełnianie książki "Once upon a time I wanted to be…" i jest to wspaniały podręcznik do zagłębienia się w swój charakter, potrzeby, otoczenie.

      Lubię to

  4. Wpis trafia w samo sedno. Bardzo chcemy, ale do końca nie wiemy czego, próbujemy odkładamy i tak w kółko. Może to kwestia przyłożenia sie i samodyscypliny. Bo skoro umiesz tworzyć grafiki, to może jakiś kurs, miliony godzin przed kompem i będziesz ekspertem 🙂

    Lubię to

    1. W moim przypadku głównym problemem jest chyba to, że boję się zaangażować w tylko jedną rzecz, oddać się jej i poświęcić. A samodyscyplinę zgubiłam gdzieś w podstawówce 😀

      Lubię to

  5. Ja o dziwo od tego, powiedzmy, dziewiętnastego roku życia miałem pomysł na siebie i całe swoje dalsze życie przeorganizowałem właśnie po to, by móc go jak najlepiej realizować. Między innymi dlatego właśnie zdecydowałem się studiować filologię polską. Tym pomysłem było pisanie. Jedyne, co sprawia mi przyjemność, jedyne, co potrafię robić dobrze. Cóż, nie jest łatwo, biorąc pod uwagę fakt, jak wygląda rynek pracy i jak trudno mi się na nim odnaleźć. Z drugiej strony niejako jestem wygrany, bo w odwiecznych dylematach: „być” czy „mieć”, od początku trzymałem się kurczowo tego pierwszego. Wciąż wierzę, że drugie przyjdzie z czasem.

    Lubię to

    1. Ohoh! Zajawa! Co za odwaga! Zauważyłam, że sama długo długo myślałam o wszystkim w kategorii „mieć”, co skończyło się na niewypałach… ale teraz, właśnie jak ty, włączam opcję „być” 🙂

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s