Dziwne akcje cz.1 „Au-pair”

Uwielbiam robić, to co tu robię. Jest super, świetnie się bawię i każdy dzień to nowa przygoda. Jak ktoś oferuje coś ciekawego, zwykle się na to zgadzam, korzystam z wszelkich okazji, jakie się przytrafią i zachowuję przy tym optymizm. Ale (no, musi być jakieś ‚ale’) są takie momenty, które sprawiają, że jedyne co potrafię z siebie wydusić to co? albo aha. Najczęściej jest to takie smutne, ciche lol. Bo aż brakuje prawdziwych słów.

W pierwszym tygodniu poznałam najbliższych sąsiadów rodziny. Jeden z nich, chcąc się osobiście przedstawić, podszedł do mnie, schylił się (typ ma dwa metry, zaczynam się przyzwyczajać do roli nadwornego karła) i mówi: Hello! My. Name. Is. (tu jest miejsce na typowo holenderskie imię). What. Is. Your. Name? Myślę sobie, że może on taki jest, może jest chory i tak mówi, ale po holendersku przecież normalnie się wysławia. Odpowiadam, że Ola i że miło mi poznać. Where. Are. You. From? Dalej się głowię o co chodzi i czemu mówi do mnie jak do a) dziecka, które ma dwa miesiące i, tak czy siak, nie odpowie na pytanie lub b) imbecyla, który ma spowolnione myślenie (liczenie w pamięci zawsze kończyło się na chwilowym załamaniu nerwowym i obawą, że nawet w sklepie nie będę mogła pracować). Gdy dowiedział się, że jestem z Polski, odwrócił się do Holendrów i po ichniejszemu (już wtedy rozumiałam język na tyle, by zrozumieć sens zdania) powiedział: Jak na Polkę, to mówi bardzo dobrze po angielsku! … Ręce mi opadły! Moi Holendrzy patrzą na mnie, ja na nich, sąsiad nie za bardzo się przejął tym, co się właśnie stało, aż w końcu ciszę przerwał pan Tata, który wyjaśnił koledze, że owszem, mówię po angielsku bez problemu i z pewnością zrozumiałam każde słowo, które powiedział. Chwilami mam potrzebę uratowania całego narodu polskiego przed wszelkimi stereotypami, ale po chwili przypominam sobie, że przecież jestem au-pair, co prowadzi do kolejnej historii…

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia pan Tata wspólnie z panią Mamą urządzili imprezę dla tatowej firmy. Przyjechał kucharz, kelnerki, lodówka pełna Coron i win, potem zeszli się goście, średnia wieku dwadzieścia osiem lat. Również zostałam zaproszona i bez żadnej większej roli, mogłam oddać się konsumpcji i rozmowom. Całe szczęście była ze mną Maxime, bo inaczej bym zabrała jedzenie i butelkę wina do pokoju, oglądając kolejny odcinek The Crown (polecam!!!). Podeszła do nas jedna pani (lat około dwudziestu siedmiu) i pyta, czy jesteśmy tu do opieki nad dziećmi na imprezie (obecne były również całe rodziny). Mówimy, że nie, że tu mieszkamy. Pani zatem zapytała, czemu tu mieszkamy, skoro nie jesteśmy dziećmi szefa. Chyba nie jesteście au-pair, prawda? Policzki miałam gorące, nogi miękkie, a moja samoocena zleciała po schodach aż do piwnicy. Maxime słysząc to, odpowiedziała, że ona studiuje, a ja jestem na programie wymianowym (kłamstwo to nie jest! Dodam, że Maxime nie znosi używać określenia au-pair wobec mnie, ponieważ w swoim życiu nie poznała najfajniejszych au-pair). Na koniec dowiedziałam się od pana kucharza, że weganie to wrzód na tyłku. Nie dość, że au-pair, że z Polski, to jeszcze zwierząt nie je. Jestem o krok od społecznego ostracyzmu 😦

Poza tym, że wykonuję au-pair’owe obowiązki, pomagam również w szkole podstawowej i raz w tygodniu męczę dzieciaki czytankami po angielsku. Czasu mam dużo, a muszę sobie ten czas jakoś zagospodarować, bym nie miała czasu nawet pomyśleć o tym, że może warto zacząć oglądać Przyjaciół i Grę o Tron od pierwszego sezonu. Jeden z nauczycieli w szkole opowiedział mi o pewnej pani, która w Abcoude zajmuje się super rzeczami, wszystko, co kreatywne wychodzi spod jej ręki i że muszę się z nią spotkać. Dostałam numer, napisałam wiadomość,  umówiłam się i czekałam na spotkanie. Minął tydzień i nadeszła upragniona godzina. Szybko opowiedziałam coś o sobie, jakie ukończyłam studia, gdzie robiłam praktyki, ile mam wolnego czasu w tygodniu i że ogólnie to jestem do dyspozycji. Pani Artystka powiedziała, że aha, no fajnie, teatr, mhm, no mamy tu plakaty, ale bez holenderskiego to ciężko -…ale dogadam się już jak będzie potrzeba! – no tak, ale nieeee... Siedziałam i słuchałam, że mogę pomagać przy sobotnich spektaklach, ale jednak nie, że może przy marketingu, ale musi się upewnić. Uznałam, że dam pani Artystce czas, podałam swojego maila i powiedziałam, że jeżeli będzie potrzebować w czymś pomocy, to niech po prostu napisze. Ok ok, a co Ty w ogóle robisz w Holandii? Unikałam jak ognia tego tematu, bo nie chciałam, by z całej rozmowy zostało jej w pamięci tylko to, że jestem au-pair. Au-pair? To może chcesz się zajmować moimi dziećmi? No seeeeeerio… Osoba, która ostatnie trzy lata spędziła na uczelni, słuchając (mniej lub bardziej chętnie) wykładów o zarządzaniu instytucjami artystycznymi, robiła z siebie pajaca na zajęciach z aktorstwa, była członkiem organizacji studenckiej, ukończyła praktyki w teatrze i chce dać swój czas i wiedzę za darmo, jedyne co ma do zaoferowania to opieka nad dziećmi?! Niestety, ale dorabianie na boku jest nielegalne w przypadku projektu wymiany au-pair, ale mogę podać namiary do osób, które z chęcią w tym pomogą. Pani nie chciała nikogo innego 😦 tyle wyszło z mojej kariery artystycznej w Holandii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s