Mam dwadzieścia jeden lat

Ostatnia porcja przygód, bo dziś kończę dwadzieścia jeden lat! (mogę legalnie kupić sobie piwerko w USA, Egipcie, Kazachstanie, Mongolii, Omanie i Sri Lance, WOO HOO!)

Nowy rok

Sylwestra spędziłam w Warszawie. Pojechaliśmy tam z Bartkiem bez żadnego konkretnego planu, chcieliśmy się wyrwać z domu na chwilę i poprzygodzić (jedyne co musieliśmy zrobić, to obejrzeć wszystkie część Gwiezdnych Wojen). W stolicy mieszka moja psiapsia Sara i wstępnie umówiłyśmy się na wspólny bal, ale najpierw fajerwerki przy Stadionie Narodowym. Zanim tam się spotkaliśmy, zrobiliśmy z Bartkiem dwuosobowy before party w naszej kwaterze. Gdy sylwestrowy humor wszedł w krwiobieg, wskoczyliśmy w tramwaj i pojechaliśmy na Pragę. Ja jestem amatorem piromanem, zatem byłam zaopatrzona w zimne ognie XXL. Machałam nimi jak poparzona, ale sylwestra obchodzi się raz w roku i nie ma co się hamować. Po pokazie pirotechnicznym rozpoczęliśmy poszukiwania Sary, jej chłopaka i kumpeli. Zdążyły mi zmarznąć wszystkie palce, zanim zjawili się nasi znajomi i wtedy pojawiło się to magiczne pytanie: to co teraz robimy? Trafiliśmy w najdziwniejsze, najmniejsze i najgorsze pod względem muzycznym miejsce (muzyka leciała z plejlisty na YouTubie, 5 kawałków na krzyż, w kółko). Przez chwilę się pokręciliśmy i uznaliśmy, że lipa, szukamy czegoś innego. Żoliborz, pierwsza w nocy, a my jeszcze bez imprezy! Ostatecznie wróciliśmy do tego cudacznego miejsca i gdy człowiek przymknął jedno oko i wypił haustem piwo, to nie było wcale tak źle. Z Sarą i Olą tańczyłyśmy jak szalone, dirty dancing, step up i jezioro łabędzie to przy nas amatorka. Chłopcy dotrzymywali towarzystwa barmanowi, próbując zmienić muzykę, ale pozostało na samym towarzystwie. Ja, jak to zwykle mam w zwyczaju na jakichkolwiek zakrapianych zebraniach społecznych, zdobywam masę przyjaciół, staję się psychologiem i wróżką w jednym i służę życiową radą. Noc powoli dobiegała końca i trzeba było wrócić do domu. Po kilkunastu minutach poszukiwania w internecie transportu okazało się, że mieszkamy pół godziny drogi od tego cyrku. Udaliśmy się z Bartkiem na romantyczny, noworoczny spacer. Włączył mi się tryb „miłość + wywody” i całą trasę mówiłam mojemu chłopakowi, jak bardzo kocham moje przyjaciółki, jak bardzo się cieszę, że powoli zaczynam żyć w zgodzie z tym, co się działo w liceum, że nie jestem wymagającą przyjaciółką i nie oczekuję codziennych rozmów, ale kogoś, kto przy mnie będzie, gdy zabraknie mi sił. Paplałam całą drogę, jeszcze się z tego wszystkie wzruszyłam, tak szczęśliwa się wtedy czułam (podobnie miałam, jak Bartek mnie zabrał na wypas owiec na Harendzie, usiadłam w tłumie tych futrzaków i się popłakałam ze szczęścia). Ze zmęczenia zasnęłam jak dziecko. Rano uznaliśmy, że skoro już obejrzeliśmy obie trylogie Star Warsów, pójdziemy na siódmą część. Było super, serio!

Impreza urodzinowa

Historia miała miejsce dzisiaj, tj. pierwszego grudnia bieżącego roku. Przyszłam na siłownię, zaczynam się rozgrzewać i podchodzi do mnie pracownik. Ja już myślę, że przecież zapłaciłam, to czego on może chcieć?! Zaczął od pytania co u mnie (no nie wiem, siedzę na tym wioślarzu już dobre dziesięć minut, zdecydowanie lepiej by było, gdybym teraz siedziała pod kołdrą z miską nerkowców), mówię, że super, dzięki. Potem pada pytanie, czy mogłabym jeszcze raz podać swojego maila, bo odrzuciło newsletter (taki był mój plan, zapisując się na siłownię, by napisać błędnie mój adres, winić za to Pure Jatomi, które wysyłało sto maili tygodniowo), mówię, że dobra, nie ma problemu (dla lepszego efektu należy dodać tutaj zadyszkę). „Aha, czy jutro są Twoje urodziny?”. Zatrzymałam się na moment i potwierdziłam. Chłopak klepnął mnie w plecy i powiedział „super!”. Tyle. Żadnego happy birthday, gefeliciteerd, sto lat, nic! Skąd ma pewność, że przyjdę w piątek, by mieć okazję złożyć życzenia (zawsze jestem w piątek, ale może z okazji urodzin nie ruszę tyłka z łóżka i zamówię kompletnie niewegańską pizzę na śniadanie…)? Wzięłam się za trening i cała sytuacja przestała mieć większe znaczenie. Godzinę później idę do szatni, a w recepcji stoją kwiaty, ciasto, szampan, balony! Stoję przed tym i zastanawiam się, o co ty chodzi. Czy to dla mnie? Czy tak obchodzą urodziny klientów? Czy mam powiedzieć „wow! dziękuję!” i wziąć tort do domu? Czekałam, aż któryś z pracowników mnie zauważy. No w końcu zauważyli! Pomachali i wrócili do krojenia ciasta. Okazało się, że dziś urodziny miał trener. A ja już w głowie planowałam jak wytłumaczyć, że nie mogę wziąć kawałka tego tortu, bo jest na mleku, by ostatecznie się zgodzić i nie wyjść na hipokrytkę…

Szwedzkie łabędzie

Bartek na Dzień Kobiet zabrał mnie na wycieczkę do Karlskrony (wpis z tej przygody tu). Spędziliśmy tam cały dzień na zwiedzaniu, jedzeniu, marudzeniu o różnicach w cenach, ale chociaż mieliśmy piękną, słoneczną pogodę. Po południu udaliśmy się w kierunku słodkich, szwedzkich domków, ale po drodze zrobiliśmy sobie przerwę na małej wysepce. Tam była masa łabędzi i innych, różnych kaczek. Miałam resztkę pieczywa ziarnistego i mocno podziabałam i poszłam do zwierzątek (wiem, że nie powinnam była tego robić, ale proszę to tłumaczyć małej Oli, która siedzi w mojej głowie, ja za nią nie odpowiadam). Zaczęłam od łabędzi, a konkretnie od jednego pana łabędzia. Chciałam do niego podejść jak najbliżej (ja stałam na pomoście, zatem było między nami z metr różnicy), ale chłopak się ewidentnie wkurzył i zaczął na mnie syczeć. „Ola, on ciebie zaraz ugryzie” ostrzegł mnie Bartek. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam, że przecież ten łabędź tu nawet nie doskoczy. „Ale on potrafią latać” – te słowa mnie tak olśniły, jakbym się właśnie dowiedziała, że te białe ptaki tworzą klucze, mają wielkie skrzydła i naprawdę potrafią latać! Moja odpowiedź była krótka „no jo”, bo natychmiast zaczęłam uciekać przez złym panem ptakiem. Kaczki okazały się bardziej wdzięczne i bez zbędnej agresji łapały ziarenka. Oczywiście ptasi agresor przypłynął ze swoimi kumplami, by dobrać się do żarcia, ale szybko zmieniłam miejsce, razem ze mną moje ziomalki kaczuszki i w spokoju mogły wcinać. Pamiętam jak moją babcię kiedyś chciał zaatakować łabędź nad jeziorem. Co w rodzinie to nie zginie.

Jutro kończę dwadzieścia dwa lata, zatem jest to ostatni wpis z serii „Bajek przed 22”. Buziaki i wpadajcie tu jeszcze w przyszłości!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s