Mam dwadzieścia lat

Kasprowe cierpienia

O tym, że lekarzem jednak nie zostanę, zdecydowałam na trasie na Kasprowy Wierch. Wspólnie z Bartkiem obgadaliśmy za i przeciw. Trasa, którą wybraliśmy, była ciężka, ja się kładłam na schodach ze zmęczenia, chciałam spać i jeść, a uczucie, że właśnie podjęłam kolejną ważną decyzję, było jak dodatkowy balast. Myślałam, że nigdy nie wejdę na szczyt. Ta wspinaczka miała mi udowodnić, że umiem coś zrobić od początku do końca, a ja pękałam już na końcówce. Ostatni krok był tak magiczny, że się wzruszyłam, trochę z powodu obolałego ciała, ale również dlatego, że poczułam, jak ten porażkowy balast ześlizguje mi się z ramion. Udało mi się! Pomimo bólu, braku chęci i motywacji, ukończyłam zadanie. Nauka do matury była stresująca tym bardziej, że nie widziałam żadnego progresu, szło mi mozolnie, nie czułam tej samej motywacji, co w wakacje. Trochę jakbym szła na ten przeklęty Kasprowy na bieżni stacjonarnej. Potem wyniki z biologii i chemii przyszły w komplecie z „co ty robiłaś cały rok, że tak beznadziejnie Ci poszło?!” i „przynajmniej spróbowałaś, nie będziesz żałować po latach”. Znów stałam w tym samym miejscu co po Lotniku – bez planu, z pisemnym dowodem na to, że ponownie nawaliłam. Wyjazd w góry był dla mnie bardzo oczyszczający. Chodząc od szczytu do szczytu, oglądając owce i pijąc piwo, doszłam do takiej refleksji – odpuść. Odpuścić rozmyślanie na temat kariery, studiów, rodziny, związków. Jedynym moim planem był wyjazd do Holandii i obrona. Obiecałam sobie, że oddam się temu, co czas przyniesie, jednocześnie dając z siebie sto procent. Do dziś się łapię na tym, że jak coś zaplanuję, to obsesyjnie się tym przejmuję (było tak ostatnio z moim planem na podróż po Azji po ukończeniu kontraktu, tak się wkręciłam, że obejrzałam wszystko w tej dziedzinie na YouTubie, pokłóciłam się z Bartkiem i dodałam do ulubionych takie zakładki jak „jak przeżyć za 5 dolarów” i „skąd wziąć pieniądze na podróżowanie?”). Tak czy inaczej, pokochałam góry latem (film z wyjazdu tu), odpuściłam wizję siebie w kitlu i prowadzę jednoosobowy protest przeciwko pytaniom „gdzie widzisz siebie za pięć lat?”. Aż samo się ciśnie na usta „W du….”.

Chora rywalizacja

Wiecie, kiedy odkryłam, że jestem walnięta na punkcie rywalizacji?  Gdy zostały zorganizowane regaty dla rodzin dzieciaków, co chodzą na zajęcia do szkółki żeglarskiej. Optymisty to takie łupinki po orzechu laskowym z patykiem i kawałkiem prześcieradła. Ścigali się ojcowie, mamy z dziećmi, rodzeństwo, wujki i dziadki. Każdy z nich wyglądał jak rozbitek na resztkach łodzi, w tym ja. Warunki były 6 na 10, trochę wiało, ale było ciepło i słonecznie. Trasa wymagająca nie była, ale jak gasł wiatr, to nawet modły do Artemidy nie pomogły (ofiara z kaloszy nie zadziałała jak tego chciałam). Wraz z utratą pozycji lidera, przypomniały mi się wszystkie odpały związane z przegrywaniem – gdy się popłakałam na regatach windsurfingowych i zgoniłam to na złamane serce, gdy zajęłam drugie miejsce w konkursie wiedzy o Gdyni (fakt, że w ogóle zajęłam jakieś miejsce to był cud), gdy urodził się mój brat i stanęłam łeb w łeb z kilkudniowym dzieckiem w wyścigu o miłość babci i gdy w szóstej klasie wyprosiłam nauczycieli o szóstki na świadectwie, bo byłam druga w klasie (udało się, byłam pierwsza!). Znów znalazłam się w sytuacji, która włączyła w mojej głowie lampkę „rywalizacja”. Żadne zwroty, halsówki i inne wygibasy nie umożliwiły mi wyprzedzenia pana z córką. Gdy przepłynęła koło mnie motorówka z trenerem za sterem, to usłyszałam „Ola, facet ponad sto kilo z dzieckiem  z tobą wygrał, no ładnie”. Siedziałam w tej swojej skorupce jak ten smutny orzeszek laskowy i powstrzymywałam się od smutku, który towarzyszył mi podczas wyżej wymienionych akcji. Zacisnęłam zęby, dopłynęłam do portu, odholowałam swoją łódź nieszczęścia i pogratulowałam zwycięzcy. Żeby nie było, nie wyleczyłam się z tej chorobliwej rywalizacji, po prostu unikam sytuacji, które mogą do tego doprowadzić. Jedyne, na co sobie pozwalam to ściganie się z samochodami na światłach. Czasami też pościgam się z na rowerze z babciami, które jeżdżą po Amsterdamie jednoosobowymi autkami elektrycznymi. W Monopoly też nie gram, bo oszukuję.

Żółta łódź podwodna

Swoje praktyki studenckie robiłam w Teatrze Miejskim w Gdyni. Praca była lekka, ale interesująca i wszyscy pracownicy starali się, bym poznała każdy element tworzący teatr. Przeszukiwałam archiwa do celów marketingowych, kserowałam i bindowałam scenariusze do najnowszych sztuk (byłam pierwsza, która znała fabuły spektakli), uczestniczyłam w spotkaniach z grafikiem, wpuszczałam gości na widownię i spędziłam masę czasu na oglądaniu sztuk za darmo. Jednym z zadań, jakie miałam do wykonania, było wypisanie zaproszeń na premierę „Żółtej łodzi podwodnej” (tak przy okazji, dział marketingu miał problem ze znalezieniem okularów lenonek do sesji promocyjnej. Jako że akurat wertowałam w starych scenariuszach i słyszałam rozmowę, powiedziałam, że mój chłopak ma parę i następnego dnia przyniosę. Efekt był taki: klik! #sława). Skończyłam listę nazwisk, kilka mi znanych z uczelni, w tym mój przyszły promotor (teraz żałuję, że mu to zaproszenie wypisałam…) i został mi plik czystych sztuk. Byłam sama w pokoju, więc napisałam „zapraszam Aleksandrę Kłos z osobą towarzyszącą”. Napisałam smsa do koordynatorki, że skończyłam. Chwilę później przyszła, powiedziała, że na dzisiaj koniec i mogę lecieć do domu. Czułam się trochę winna, że bez pytania dałam sobie zaproszenie (w głowie już panika, policyjne syreny, łeło łeło bagiety jadą, lata w zawiasach, a w więzieniu nie serwują wegańskiego jedzenia…), więc zapytałam „mogę jedno zaproszenie wypisać na siebie?”. Odpowiedź była twierdząca, ale jak miałam to zaproszenie podpisać swoim nazwiskiem, skoro już było gotowe? Jak dzieciak w szkole udałam, że coś piszę i uciekłam z buzią jak burak. Było warto, sztuka 10/10! Z roku na rok moje sumienie coraz słabsze..

Jutro już ostatni wpis z serii, bo jutro kończę dwadzieścia jeden lat!

One thought on “Mam dwadzieścia lat

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s