Mam dziewiętnaście lat

Ola i kluby

Pierwsze tygodnie studiowania spędziłam na poznawaniu ofert rozrywkowych sopockich klubów. Plan zajęć miałam do tego idealnie przystosowany, ponieważ ostatni wykład miałam w środę i od wieczora tego samego dnia do niedzieli oddawałam się zabawie. W liceum nie należałam do tych imprezowych (czasami Sara wyciągała mnie do Sopotu, ale tak to zdecydowanie wolałam mój pokój, stały dostęp do jedzenia i ciepłe kapcie). Gdy tylko zaczął się rok studencki, tak porwała mnie fala głośnej muzyki, trunków, tańca i późnych powrotów. Od pierwszej imprezy towarzyszyła mi Daria, z którą do dziś uwielbiam wydawać ostatnie pieniądze na koncie na cele rozrywkowe. To właśnie ta pierwsza wspólna impreza była wyjątkowa. Zaczęło się od spotkania integracyjnego całego roku, pogadaliśmy, wszyscy się rozeszli, ja już myślałam o swoim ciepłym łóżku i miękkich skarpetkach z frotté. Nagle Daria mówi, że skoro już jesteśmy w Sopocie, to trzeba to wykorzystać. Walczyłam między ciepłem swojego pokoju a nocą pełną przygód, ale dziś wiem, że jak Daria coś zaproponuje, to bardzo ciężko mi jej odmówić. Dołączyłyśmy do znajomych mojej przyjaciółki, były rozmowy o sztuce, filmie i muzyce, ale to w końcu Sopot, takie rozmowy są tam nie na miejscu. Tu się dopiero zaczyna wieczór. Była to środa, zatem Lejdis Night, darmowe drinki, wejście free i kluby walczące o klienta. Padło na Kongo, które znałam dzięki Sarze. My tu tańczymy, jest super, noc jeszcze młoda, gdy nieoczekiwanie pojawił się facet z krzesłem, muzyka się zmieniła, a ten zaczyna się wić. Trafiłam na pokaz striptizu! To, co ten typ wyrabiał to słów brak, ale momentami niby się śmiałam, ale czułam mieszankę zawstydzenia, zniesmaczenia i zdezorientowania. Wziął jakąś typiarkę z tłumu, zaczął nią rzucać, kręcić, jak jakiś Magiczny Michał, męskie pośladki nad twarzą biednej niewiasty, no mówię Wam, cuda nie z tego świata! Po pokazie przestali rozdawać darmowego szampana, atrakcje się skończyły i resztę wieczoru spędziłyśmy w Spatifie. Tak oto wyglądał początek moich studiów.

Ola i filmy

W wakacje odkupiłam od kolegi używanego MacBooka. Była to ciekawość, chciałam zobaczyć, jak się pracuje na tych komputerach i co w nich takiego super, że cały świat pada przed nimi na kolana. Poznając zawartość tego cacuszka znalazłam Adobe Premiere Pro. Innym wakacyjnym zakupem tego lata była kamerka GoPro. Materiał nagrywałam całe lato. Program do montażu filmów, jakim jest Premiere Pro, to najgorsza z możliwych opcji dla osoby, która nigdy wcześniej niczego nie montowała. Zawzięłam się, oglądałam tutoriale na YouTubie i powoli zaczęłam składać swój film z wakacji (tutaj do obejrzenia). Jak na mój pierwszy montaż, byłam super dumna z siebie. Kręcenie i montowanie sprawiało mi masę radości, dawało ujście potrzebom tworzenia, a wynikiem były uwiecznione wspomnienia. Lubiłam tworzyć w głowie plan filmy, wymyślać ujęcia, szukać odpowiedniej ścieżki dźwiękowej. Kolejnym filmem była krótka autoprezentacja stworzona na potrzebę organizacji studenckiej. Ten film zapoczątkował moją krótką karierę filmowca. Zostałam samozwańczą, jednoosobową ekipą filmową i nagrywałam kilkudniowy pobyt na narodowej konferencji AIESEC. Był to pierwszy film, który robiłam dla kogoś, nie dla siebie i czułam ogromną presję. Ostatecznie wyszło super, była projekcja w jedynym z Sopockich klubo-kawiarni i poczułam, że w końcu znalazłam coś, co robię spoko, a do tego jest to przydatne. Nigdy bym nie przypuszczała, że moje amatorskie zabawy doprowadzą do tego, że zostanę zaproszona do Rotterdamu, by tam stworzyć materiał promocyjny na skalę globalną! Z tym swoim starym laptopem, który miał być zakupem „na chwilę”, poleciałam na tygodniowy szczyt grupy twórców. Zostałam postawiona przed ogromnym zadaniem, a moje umiejętności wystawione na próbę. Nagraliśmy godziny materiału, przeprowadziliśmy kilkanaście wywiadów, spisaliśmy setki pomysłów. Ja za to dowiedziałam się o sobie czegoś ważnego – robienie filmów dla kogoś mnie w ogóle nie rajcuje. Czułam się zestresowana, napięta, nie było tej lekkości, jaka mi towarzyszyła przy moich własnych produkcjach. Montuję krótkie filmiki cały czas, w większej mierze dla siebie i bliskich, byśmy mieli pamiątkę na lata, a również po to, bym mogła dalej tworzyć. Jak nie na papierze, to przez obrazy i dźwięki. Resztę filmów możecie zobaczyć na moim Vimeo, w tym Summer ’15 (tydzień łażenia po Tatrach z Bartkiem) i ostatni, holenderski produkt – Sunday.

Ola i medycyna

Wybór kierunku zaczął mi doskwierać. Ilość wolnych dni nie rekompensowała niewielkich wymagań wobec studentów, niewielką ilość wykładów i słabszej organizacji. Udzielałam się prężnie w organizacji studenckiej, a i tak miałam dużo czasu. Jak na początku współczułam natłoku nauki innym studentom, tak po kilku miesiącach zaczęłam im zazdrościć. Wszczęłam poszukiwania nowego zajęcia. Przez organizację, z którą byłam związana, rozważałam ekonomię i jej pochodne. Długie rozmowy z mamą, która jest finansistą, doprowadziły do tego, że do tego tematu już więcej nie wróciłyśmy. Potem filologia niderlandzka (o swojej miłości do Holandii pisałam tutaj), ale padało to okropne dla uszu i duszy pytanie „co ty po tym będziesz robić?” i „to na koszt państwa sobie zorganizujesz trzyletni kurs językowy? To ludzie za te pieniądze medycyne studiują, a ty wybierasz jakieś dziwactwa!”. Medycynę, tak? Ok, to ja też będę studiować medycynę. Byłam tak załamana sobą i swoimi dotychczasowymi wyborami życiowej drogi, że uznałam, że dobra, raz kozie śmierć, ryzyk-fizyk, carpe diem. Będę zdawała na akademię medyczną. W wakacje chodziłam na lekcje z chemii i jakoś mi szło. Powoli, ale w głowie coś zostawało. Od września dorzuciłam biologię i zaczęłam intensywne przygotowania do mojej drugiej matury. Chciałam natłoku nauki i wymagań, to miałam. Dałam sobie szansę, pomimo tego, że nigdy nie byłam wybitnie uzdolniona z tych przedmiotów, a do tego mam pamięć rybki. Był to szalony pomysł, jeden z tych, które przychodzą do głowy, gdy człowiek za długo nie śpi, za dużo wypije lub jest zdesperowany. Na szczęście rodzice przekonali mnie do równoczesnego kontynuowania studiów. Jutro napiszę o tym więcej, bo drugi rok studiów, to już dwadzieścia lat, ale powiem tylko jedno: żadnym doktorem nie zostanę.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s