Mam szesnaście lat

To już dziesiąty wpis z serii, a do urodzin już tylko pięć dni!

Dęblin

Ostatni dzień w Liceum lotniczym wyglądał jak z filmu: oddałam mundur i przepustkę, zabrałam swoje rzeczy z pokoju, pożegnałam się ze wszystkimi, wzięłam głęboki oddech i wyszłam ze szkoły. To, że nie mogę być w wojsku, uświadomiłam sobie dużo wcześniej. Po zawodach pływackich, na których zdobyłam najwyższą pozycję wśród dziewcząt, poszłam na w-f. Stoimy w szeregu i nauczyciela podchodzi do mnie i mówi „Kłos! Padnij”. Co zrobi przyszły żołnierz w takiej sytuacji? Padnie. Co zrobiła Ola? Zdziwiona zapytała „czemu?”. To właśnie wtedy doszło do mnie, że jestem na niewłaściwym miejscu. Po opuszczeniu budynku OLL wróciłam spokojnie przez park, czując mieszankę euforii, wolności i porażki. Chciałam wrócić do Gdyni, tam był mój dom i, jak mi się wydawało, przyjaciele. Pierwszy miesiąc po powrocie codziennie piekłam ciasta. Miałam co noc koszmary, więc budziłam się w nocy, szłam do kuchni i robiłam biszkopty, serniki i murzynki. Z ocenami z Lotnika miałam marne szanse dostać się do dobrego liceum, ale na szczęście zostałam przyjęta do szkoły, która była w zespole z moim gimnazjum. Niby byłam znów u siebie, ale i tak musiałam zbudować wszystko od nowa. Poczucie porażki z Lotnika było tak silne, że ciężko było znów w siebie uwierzyć, a złamane serce po utraconych przyjaźniach nie ułatwiło adaptacji w nowej sytuacji. Całe trzy lata liceum dały mi ostro w tyłek (w pierwszej klasie złamałam kość ogonową, w dwóch miejscach, zatem nawiązanie do tyłka nie jest przypadkowe).

Bystrzyca

Pojechałam z klasą do Bystrzycy Kłodzkiej na tygodniowy projekt. Dużo angielskiego, dużo obcokrajowców, dużo tańczenia. Czułam, że powoli zaczynam się rozkręcać. Pamiętacie, gdy napisałam w którymś z poprzednich postów, o moich niezręcznych umiejętnościach społecznych? Wtedy to było apogeum! Zostałam niezbyt delikatnie wyproszona z przedziału w pociągu przez swoje gimnazjalne przyjaciółki, by potem zostać wykluczonym z planowania, kto z kim jest w pokoju. Normalny człowiek by skumał sygnały „typiarko, nie chcemy mieć z Tobą nic wspólnego”, ale ja dalej szukałam akceptacji w ich oczach. Gdyby nie takie akcje jak ta z laską, która na pytanie, w którym europejskim kraju, by chciała studiować, odpowiedziała, że w Brazylii, to cały wyjazd byłby gwoździem do trumny z moją samooceną i teraz ledwo zipiącym, kiedyś przebrzmiałym, ego. Albo jeszcze jedna historia. Wśród obcokrajowców były osoby niewidome. W programie projektu była wędrówka w górach. Moja wychowawczyni była tak przejęta widokami, że to chłopaka, który nie widział, wyskoczyła z tekstem „ale piękny widok, nieprawdaż?”, a potem na dowidzenia dorzuciła „do zobaczenia!”. W trakcie tego tygodnia dałam z siebie wszystko, by nowe koleżanki z klasy zobaczyły, że serio nie jestem taka beznadziejna i warto mi dać szansę. Gdy myślałam, że to mi się udało, w drodze powrotnej ponownie zostałam wyproszona z przedziału. Pamiętam, jak stałam na korytarzu pociągu i doszukiwałam się błędu w sobie. Poszłam do pustego przedziału, położyłam się na całej kanapie i w tej samej chwili puściło całe napięcie zebrane przez tydzień. Przynajmniej wracałam do domu z certyfikatem potwierdzającym uczestnictwo w warsztacie o debacie oksfordzkiej. Nie ma tego złego, nie?

Rewa

Mój pierwszy sezon w Rewie zaczął się w dzień komunii mojego brata. Uroczystość obyła się w Barze Nadmorskim, który sąsiaduje z surfshopem Aloha. Już wtedy byłam zajarana surfingiem, deską i snowboardem. Miałam na sobie sukienkę w palmy i kwiatka we włosach, więc idealnie wpasowywałam się w klimat sklepu. Weszłam, zapytałam, czy nie potrzebują pomocy i tak rozpoczęłam swoją wieloletnią przygodę z Rewą. Puszczałam codziennie Jacka Johnsona, aż do znudzenia, mierzyłam wszystkie ubrania Roxy, kupiłam pierwszą piankę i trapez, było super. Gdy już więcej nie potrzebowali pracowników, przejęła mnie szkoła windsurfingowa Rewa Surf Centrum, a wyglądało to tak. Poszłam zjeść pomidorówkę do wcześniej wspomnianiego baru, usiadłam z szefową Alohy i kierownikiem Rewy Surf. Doszło do istnego transferu, poczułam się jak jakiś Ronaldo (za mnie nie zapłacili milionów, w sumie to nic nie zapłacili…). Zaczęłam od pomocy w bazie, rok póżniej prowadziłam biuro, by potem przez dwa sezony z rzędu być kierownikiem półkolonii i instruktorem. Po roku szukania sobie swojego miejsca, znalazłam je w Rewie i było mi jak słodkiemu pączusiowi w masełku.

Trzecia klasa liceum będzie jak plaster aloesu na oparzony przez słońce nos.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s