Mam piętnaście lat

Piętnaste urodziny obchodziłam w trzeciej klasie gimnazjum. Wtedy się tyle działo, tyle!

Turcja

Ostatnia klasa gimnazjum to były same przygody. Właśnie wtedy pojechałam na jedną z kilku wymian, które oferowała szkoła. Oprócz tej najważniejszej, holenderskiej, była jeszcze ta w Turcji. Był to projekt Socratesa, dzisiejszy odłam Erasmus+. Cały wyjazd był sponsorowany i zostałam wybrana z wielu chętnych (opłaciło się zgłaszanie do wszystkiego, co się dało). Poleciałam do Stambułu i pierwszą noc spędziłam w hotelu. Tam otrzymałam możliwość spędzenia każdej nocy w tym hotelu lub zamieszkać przez tydzień z jedną z Turczynek w jej domu. Trafiłam do Tuby, ślicznej i przeuroczej dziewczyny, z którą do dzisiaj utrzymuję kontakt. Dom był ogromny, miałam własny pokój, łazienkę i stały dostęp do tureckich słodyczy. Rodzina mnie przyjęła ciepło i poczułam się od razu jak w domu. Lepiej nie mogłam zrobić, wybierając nocleg u rodziny. Po dniu pracy nad projektem Tuba pokazaływała mi tureckie życie z wyższej półki. Zabrała mnie na pokaz mody Kenzo, ubrała w piękną czarną sukienkę i szpilki, pokazała mi, gdzie serwują najlepsze kebaby, nocną panoramę z mostem łączącym europejską i azjatycką część miasta, wprowadziła mnie w tajniki tureckiej kawy (na codzień kawy nie piję, ale ta w Stambule była wyjątkowa!) i shishy, a obwoził nas albo jej prywatny kierowca albo miejskie busiki, których kierowcy mieli chyba obowiązek picia wódki przed pracą. Przed wyjazdem dostałam od rodziny masę prezentów dla mnie i moich rodziców, w tym specjalne cudaki do parzenia kawy i zestaw do espresso. Była to najciekawsza wymiana pod względem kulturowym, same nowości!

Badania na lotnika

Liceum Lotnicze wymyśliłam sobie jeszcze w drugiej klasie. Rodzice pomogli mi ten plan zrealizować, ale najpierw musiałam przejść badania lekarskie. Po otrzymaniu listu pojechałam do Dęblina na wyznaczony dzień i stawiłam się w szpitalu wojskowym (rok później będę tam spędzać każdy dzień na rehabilitacji kości ogonowej). Badań było chyba siedem, a o wynikach dowiadywaliśmy się po wyjściu z gabinetu. Była nas spora grupa i od razu się zakumplowaliśmy. Po każdej kontroli ktoś odpadał. Zaczęło się od oczu i jeden chłopak wiedział, że ma wadę wzroku, więc już stojąc w kolejce nauczył się liter na tablicy na pamięć. Niestety, to nie wystarczyło. Pierwszy raz widziałam moment, gdy z młodego ciała ulatniała się nadzieja. Tym dzieciakom naprawdę zależało na tej szkole. Potem po komorze ciśnień odpadło wiele osób, po badaniu kręgosłupa też, jak muchy. Gdy została nas garstka, czuliśmy się jak w jakimś teleturnieju. Ja otrzymałam kategorię Z1A- zdolna do pilotowania samolotów odrzutowych (ponaddźwiękowych). Teraz zostało tylko postarać się o testy gimnazjalne i dobre oceny na świadectwie.

Przeprowadzka

Zmiana miejsca zamieszkania zapowiadała się pełna nowych przygód, zwłaszcza, że w Dęblinie spędziłam każde wakacje i znałam tam wiele osób, a co najważniejsze, mieszka tam moja babcia. Przeprowadzka odbyła się zanim dowiedziałam się o wynikach do Lotnika. Kuba miał iść właśnie do pierwszej klasy, ja do pierwszej liceum. Na wszelki wypadek złożyłam papiery do ogólniaka do klasy mat-fiz (haha! nie wiem co mi się stało wtedy z mózgiem, ale najwidoczniej gdzieś musiałam go zostawić, gdy wypełniałam dokumenty), co mi potem uratowało tyłek. Do Liceum Lotniczego się nie dostałam. We wrześniu udałam się do nowej szkoły, ale nie zostałam tam za długo. Po tygodniu otrzymałam informację, że jeżeli jest się w klasie mat-fiz i przeszło się pozytywnie badania, można starać się o miejsce na liście rezerwowej w Lotniku. Mój tata, który wtedy wykładał na Wyższej Szkole Oficerskiej, pomógł mi z całą papierkologią i czekaliśmy na rezultat. W końcu dyrektor OLL zgodził się na taki deal – będę chodziła do szkoły, nie będę mieszkała w internacie (nie musiałam, mój dom był 10 minut od terenu lotniska) i korzystała z wszystkich przywilejów uczniowskich (obiadów jeść nie musiałam, miałam lepsze, babcine), do czasu aż się zwolni miejsce. Po miesiącu zostałam oficjalnie uczniem Ogólnokształcącego Liceum Lotniczego. Uczniowie nie dawali mi żyć, łatka plecaka przyczepiła się do mnie na dobre. Plecy nie plecy, trzeba od młodego budować swoją sieć kontaktów (jak tata zabrał mnie na symulator, to dostałam reprymendę od wychowawcy, że mam się nie przechwalać tym, że mój tata jest wojskowym, bo innym będzie przykro haha!). Tata chyba nigdy nie był ze mnie tak dumny jak wtedy, gdy założyłam mundur pierwszy raz. Początek pierwszej liceum był super, pięć jedynek pierwszego dnia, w tym trzy z w-fu. Dygresja: Mój nauczyciel wychowania fizycznego w gimnazjum musiał wypełnić karteczkę z informacją dla OLL o moim czasie na 100 metrów i ilość podciągnięć na drążku. Wyglądało to tak „ej, ile dziewczyna może zrobić podciągnięć? Trzy? A, wpiszę trzy”. Na pierwszym w-fie w Lotniku pokazali mi drążek i dawaj laska, pokaż co potrafisz. Zawisłam jak leniwiec i tyle było z pokazu umiejętności. To było nic, w porównianiu z tym, co miało się wydarzyć. Prawdziwa lipa dopiero się zaczęła, gdy skończyłam szesnaście lat. Ale o tym już jutro.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s