Mam trzynaście lat

Wkraczam w okres mojej krótkiej historii, której świadkiem były osoby, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt. Jeżeli któreś z moich wspomnień jest nie do końca takie, jakie było w rzeczywistości, to czekam na protesty, wiadomości, sprostowania! Dziś mam trzynaście lat, początek burzliwego dojrzewania, wiecznie złamanego serca i pierwszych przyjaźni.

Pomarańczka

Początek gimnazjum był dla mnie wielkim wydarzeniem. Dostałam się do klasy o profilu dwujęzycznym, razem ze mną do nowej szkoły szło sporo osób z podstawówki i czułam ogromne podekscytowanie. Od tego czasu każdy nowy rok szkolny traktowałam jak uroczystość, którą chciałam najlepiej zapamiętać. Już wtedy przywiązywałam sporo uwagi do mojego wyglądu. Jednocześnie był to ten rok, gdy wprowadzili mundurki. U nas były to dżinsowe kurtki z odpinanymi rękawami, ale dostaliśmy je później, więc mogłam spokojnie zaplanować mój strój. Miałam na sobie jasne, rozszerzane Wranglery, pomarańczowy sweterek, pomarańczowe trampki Adidasa i czarno-pomarańczową torbę, a włosy uplecione we francuza. Pamiętam dokładnie, moje zakłopotanie, gdy dowiedziałam się, że w szkole są szafki, ale nie ma ich wystarczająco dużo, by starczyło dla każdego ucznia. O nie trzeba było walczyć! Worka na wuef i butów na zmianę nie można było zostawić w szatni i tak oto zostałam włóczykijem. Moje gimnazjum było połączone z liceum, co oznacza, że w jednym budynku byłam z maturzystami. Oni byli dla mnie tak dorośli! Przyglądałam się im i wyobrażałam siebie za te sześć lat (gdy byłam w ostatniej klasie ogólniaka, przypomniałam sobie ten dzień i aż się zaśmiałam w duchu, bo w niczym nie przypominałam tych dużuchów). Pomarańczowy strój był preludium do ogórkowej, żółtej i różowej kompozycji, które uwielbiałam (szczególnie zielone sztruksy z 5, 10, 15). Przechodziłam potem przez fazę kolorowych rajstop, co z moimi krótkimi nogami musiało wyglądać komicznie (całe gimnazjum wyglądałam komicznie, tak, przyznaję Wam rację). Szkoda, że nie prowadziłam bloga modowego, byłby upokarzający materiał.

Integracja

Wycieczka integracyjna. Jedno z dziwniejszych doświadczeń do dzisiaj. Już w drodze zaczęły się przygody, gdy śpiwór Bartka wypadł z autokarowego bagażnika (do dziś chłopak ma złe wspomnienie z Dobruckim i przeżywa to okropnie). Skończyliśmy na odludziu, w lesie, w jakimś ośrodku harcerskim (do harcerstwa nigdy nie chciałam dołączyć przez te paskudne skarpety i spódniczki). Przydzielili nas do domków, ja plus kilka dziewczyn uznałyśmy, że jak połączymy łóżka, to znajdzie się miejsce dla jeszcze kilku osób (przedmioty ścisłe ewidentnie u nas nie królowały). Łazienki były tematem numer jeden, bo prysznice były bez zasłonek (ja przez te dwa dni nie umyłam się ani razu, nie było to warte takiego poświęcenia), a toalety bez zamków (już w podstawówce chłopcy otwierali laskom drzwi, to co dopiero w gimnazjum, gdy mózg magicznie zmienia stan skupienia w ciecz i wypływa nosem razem z katarem). Ogólne poruszenie i oburzenie wśród nastolatków było oczywiste. Tutaj będę potrzebowała ewentualnego sprostowania, bo świta, ale niedokładnie. Jedna z naszego pokoju na chwile wyszła i gdy wróciła, powiedziała, że była u Pana Boga. Ja zdezorientowana zapytałam „u jakiego boga?!”. Wszystkie w śmiech, a ja nie wiem o co im chodzi. Ostro się przesłyszałam, bo tym Panem Bogiem okazał się psycholog (albo pedagog, nie pamiętam) i ta nazwa została, aż do końca liceum. Potem były jakieś podchody, latanie po nocach, dyskoteka – typowa szkolna wycieczka. Gdy obudziłam się rano, było tak zimno, że nie chciałam wychodzić ze śpiwora, a na gwałt musiałam polecieć do łazienki. Skończyło się na tym, że całą drogę do toalet przeskoczyłam będąc w śpitorbie, jak stojąca dżdżownica. Spód był potem uwalony od szyszek i liści, ale i tak miałam szczęście, bo ja przynajmniej miałam w czym pohasać (Bartek na przykład nie miał hehe).

Ferie

Moje zachowanie i oceny po pierwszym półroczu były tak tragiczne, że w nagrodę dostałam dwutygodniowy pobyt w domu. Pierwsze ferie bez nart i śniegu. Przeżyłam to bardzo, rodzice byli nieugięci i musiałam sobie jakoś ten czas zaplanować. Wzięłam gdyński informator i szukałam ciekawych wydarzeń. Znalazłam też czysty kalendarz w domu i tak oto (oficjalnie) rozpoczęła się moja przygoda z planerami (poświęciłam im kiedyś cały wpis). Chodziłam na lodowisko, na wystawy, do kina. Na urodziny dostałam aparat, zatem dużo czasu spędzałam na robieniu zdjęć łabędziom na plaży. Tata czasami się nade mną litował i zabierał do Sopotu lub Wieżycy, bym chociaż trochę pojeździła. Spędzanie ferii poza domem było dla mnie tak oczywistym faktem, że zdziwiłam się, że wśród dzieciaków byli tacy, co nigdy nie mieli nart na nogach. Takie rzeczy się docenia w najmniej oczekiwanym momencie (nie myślcie sobie, że moje trzynastoletnie, przerośnięte ego doszło do takich refleksji właśnie wtedy, haha! Zajęło mi to kolejne cztery lata). Ja miałam od małego szczęście, że rodzice pakowali mnie we wszystko co, się dało, narty, konie, deska, basen, skrzypce, pianino, teatr. Ale tych ferii im długo nie wybaczyłam…

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s