Mam dwanaście lat

Angielskie biznesy

W Anglii dokonałam kilku ważnych inwestycji. Moją pierwszą płytą CD, którą kupiłam za własne pieniądze była „PCD” The Pussycat Dolls. Dziesięć funtów w Tesco, które dostałam na mikołajki. Dobry miesiąc słuchałam wszystkich piosenek, tworząc choreografie na łóżku i wkurzając Igora, z którym dzieliłam pokój. Do „Stickwitu” powstało tyle teledysków w mojej głowie, że spokojnie mogę dodać do CV „producent”. Wystarczyło mi oświetlenie z ikeowej lampy, ściana i ciężarówka wyobraźni, by stworzyć profesjonalną scenografię. Płytę mam do dzisiaj, jest dla mnie bardzo wyjątkowa, a dzięki niej zrobiłam znaczny progres w nauce angielskiego. Kolejnym dorosłym zakupem były buty do piłki nożnej – Nike Total 90 Astro, o takie. Na Wyspach każdy trzepie w gałę, więc ja też musiałam. Oprócz futbolu był jeszcze netball (w ciągu jednego roku wyrobiłam życiową normę udziału w grach zespołowych), zatem buty były potrzebne. Upatrzyłam sobie je długo przed urodzinami, błyszczące, bordowe, śliczne! Nie pamiętam ile kosztowały, ale chyba około £25, a dla dwunastolatki to była fortuna! Byłam z nich dumna, zawsze były czyste i nigdy nie zdejmowałam ich bez rozsznurowania. Przetrwały Londyn i szóstą klasę. Gdy wróciłam do Polski, chłopcy rzucali tekstami, że mam buty dla chłopaków, pewnie nie umiem grać w piłkę i strzelam z czuba. To wszystko było prawdą, nie mogę zaprzeczyć. Aha, kompletnie poza tematem, ale była taka mega głupia akcja. Z Igorem mieliśmy łózka obok siebie, a pomiędzy nimi stał telewizorek przypominający średni karton. Któregoś dnia naszło nas na zapasy. Igor spadł na ziemie, a na jego nos telewizor. Ten aktorzyna zwykle ściemniał, jak coś się działo, więc ja w śmiech, a ten w płacz. Nie mieliśmy już więcej TV w pokoju. Ok, tyle z dygresji.

Pierwsze c(w)ałowanie

Rodzice zawsze organizowali mi wakacje od pierwszego do ostatniego dnia – obozy, jedna babcia, druga babcia, wspólne wyjazdy. Na obozy konne jeździłam co roku. Gdy miałam dwanaście lat, był to mój drugi albo trzeci raz w Jędrusiowej Chacie. Nie byłam fanką rozmów z mamą i tatą, ale jak coś super się wydarzyło, to byłam pierwsza do wykręcenia numeru do Gdyni. Tak było w przypadku mojego progresu w jeździe konno. Dzwonię, tata odbiera telefon i mówię „pierwszy raz dziś cwałowałam!”. Moment konsternacji i słyszę po drugiej stronie „Co robiłaś?! CAŁOWAŁAŚ SIĘ?! Po co ty mi to w ogóle mówisz?!”. Dopiero po chwili do mnie doszło, co powiedział mój własny ojciec i musiałam to od razu sprostować, co i tak nie miało sensu. Ciśnienie tacie tak skoczyło, że odebrało mu chyba słuch. Ogólnie na tych obozach była taka samowolka, że gdyby jakaś komisja tam przyjechała, to by zamknęła to tego samego dnia. Dzieciaki wydawały krocie w wiejskim sklepie wykupując nutellę, ciastka, oranżadę Hellenę i czipsy, chodziły gdzie chciały, robiły co chciały. A jak myśmy śmierdzieli! Konie plus dojrzewające cała plus zgnilizna równało się gotowanie ubrać po powrocie. Pamiętam, jak raz ostatniego dnia nie mieliśmy z Igorem co na siebie włożyć, to on założył koszulkę na lewą stronę, a ja chodziłam w brudnej sukience. Chyba konie tam były czystsze od dzieci, serio.

Królowa balu

Pod koniec szóstej klasy odbył się bal. Wybranie sukienki nie było tak łatwym zadaniem, a ostatecznie padło na coś podobnego do tego (ale bez rękawów), co umożliwiło mi wyróżnienie się w morzu satynowych kropek. Będąc mniejszą wersją siebie, miałam bardzo bujne włosy (pierwsze słowa, jakie usłyszałam od Bartka to „nic nie widzę przez twoje włosy”…), zatem oczywistym wyborem na fryzurę była prostownica i opaska z kokardką. Do tego baleriny, które ukradłam cioci z Londynu. Wyglądałam przesłodko! Nauczyciele mnie nie poznawali, a uczniowie byli w szoku, że wyglądam zupełnie inaczej niż zwykle. A wiecie co było najlepsze? Przez wszystkie lata podstawówki, żaden chłopak nie chciał ze mną tańczyć na dyskotekach szkolnych, ale na balu szóstych klas wyleczyłam swoje złamane serce i nadszarpniętą samoocenę. A na deser, jeden z nich poprosił mnie o chodzenie, ale tylko do wakacji, bo potem jedzie do babci. No zgodziłam się, po powrocie do domu zmieniłam status na epulsie na „zajęta” i tygodniowy związek się sfinalizował. Zajęło mi to parę dobrych lat, by skumać, że w życiu nie liczy się ilość typów, co prosi do tańca, a dobra muzyka, koty i jedzenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s