Mam jedenaście lat

Dziś mam jedenaście lat, przede mną wyjazd do Londynu, o którym już kiedyś na blogu pisałam. Radzę się zapoznać z wpisem, by zrozumieć jak ważne to było wydarzenie.

Laska na medal

Po tym, jak przestałam trenować gimnastykę artystyczną, rodzice zapisali mnie na basen (uważam, że moje upośledzenie w pracy w grupie spowodowane jest w większej części tym, że nigdy nie grałam w sporty zespołowe, a jeżeli już grałam, to sama strzelałam gole z połowy boiska. Wrodzony team spirit.) Na tym basenie było super, rodzice nawet nie byli chyba do końca świadomi tego, na co chodzę, bo wyszło, że to nie zwykłe pływanie, a treningi dla przyszłych syrenek. Pływanie w monopłetwie uprawiałam kilka lat, ale nigdy nie byłam szczególnie utalentowana czy zdeterminowana. Na zawody jeździłam mega spięta, ale bardzo mnie one cieszyły i motywowały do trenowania. Mistrzostwa Polski w Toruniu zapamiętałam najlepiej, bo to wtedy zdobyłam swój pierwszy medal na arenie krajowej. Co innego było na zawodach szkolnych. Z każdych zawodów wracałam z medalem, wuefiści z innych szkół znali mnie z imienia i nazwiska, a dziewczyny widziały we mnie realną konkurencję. Czwarta klasa była dla mnie pod tym względem najlepsza, dzięki basenowi miałam szansę przejść do profilu sportowego, z czego ostatecznie nie skorzystałam. Wracając do Mistrzostw Polski – był to wyścig na sto metrów po powierzchni. Nienawidziłam się ścigać, każdy metr bolał coraz bardziej, a widok przeciwniczek przed sobą albo dawał kopa albo sprawiał, że chciałam się zatrzymać, wyjść z basenu i pójść piechotą do domu. Tym razem było inaczej, bo miałam szansę na podium. Niestety, ostatecznie skończyłam na czwartym miejscu. Załamana poszłam się przebrać, wcisnęłam płetwę do pokrowca i naburmuszona czekałam na resztę. Nagle słyszę swoje imię, nazwisko i nazwę klubu. Trzecie miejsce! Dziewczyna przede mną dostała dyskwalifikację za niepoprawny nawrót! Euforia, duma! Nie byłabym sobą, gdyby mi ego nie wystrzeliło wtedy w kosmos i w głowie już układałam plan jak dostać się do kadry narodowej. Całe szczęście trasa Toruń-Gdynia była na tyle długa, że mi przeszło.

Obiad

Początki w Londynie były ciężkie. Nie tyle ile tęskniłam za domem, co nie mogłam się z nikim dogadać (teraz czuję się tak samo, gdy staram się swoim łamanym holendrem wytłumaczyć dziecku w szkole, że ma iść do łazienki umyć buzię, bo ma całą uwaloną od nutelli). Do tego byłam przyzwyczajona do jedzenia drugiego śniadania na drugiej przerwie, której w brytyjskiej szkole nie ma. Ciągle czekałam na przerwę na lunch i myślałam tylko o jedzeniu (to też mi zostało do dziś). Gdy ktoś się mnie pytał, co bym chciała zjeść, to odpowiadałam z uśmiechem „yes”, więc chyba z psem łatwiej się było dogadać. Każda klasa miała obiad o ustalonej porze, a że byłam w ostatniej klasie, to jako ostatni wchodziliśmy na stołówkę. Dramat, nie dość, że od rana czekam na lunch, to potem jeszcze mam patrzeć jak inni jedzą. Skumałam się, że jest grupa ludzi z mojej klasy, która wchodzi na obiady jako pierwsza, przed wszystkimi, siadają każdy z osobna przy wielkich stołach i nikt ich nie wygania. Następnego dnia poszłam razem z tą gromadką na obiad. Odwraca się do mnie dziewczyna i coś mówi, a ja jedyne co wychwyciłam to „tejbl moneta”. Mówię „yes” i sprawa załatwiona. Biorę obiad, zajarana, że zjem wcześniej, siadam byle gdzie i jem. Ktoś znów do mnie mówi coś o tej monecie, ale tym razem ma złą minę. Tym razem „yes” nie pomogło. Przyprowadzili mojego osobistego tłumacza, Krzysia (po latach odwiedziłam go w Rotterdamie, wpis tu), który tłumaczy mi, że te osoby, które tutaj jedzą obiad, to „table monitors”, pomagają w utrzymaniu porządku i spokoju przy stole w trakcie przerwy. Pozwolili mi zjeść obiad do końca i kazali wrócić na przerwę. Na szczęście moja wychowawczyni jak się o tym dowiedziała, uznała moje zachowanie za akt dobroduszności. Myślac, że chcę pomagać innym, wspólnie z Krzysiem zostaliśmy table monitors przy jednym stole (on pilnował, ja jadłam). Cel: zjeść obiad jak najszyciej – osiągnięty.

Hola!

Na jednej z wycieczek szkolnych do Norfolk spotkaliśmy dziennikarzy radia BBC. Prowadzili program w terenie o Hiszpanii i języka hiszpańskiego. Prosili przechodniów o chwilę i przeprowadzali z nimi krótkie wywiady. Gdy zobaczyli tak sporą grupę dzieciaków, wybrali kilka osób z grupy i kolejno zadawali pytania. Wśród wybrańców byłam też i ja. Angielski już miałam na tyle opanowany, że przeprowadzenie rozmowy nie sprawiało mi problemu. Gdy nadeszła moja kolej na radiowy debiut, pan redaktor zapytał o moje imię. „Ola” odpowiedziałam. Chłopak się tak zdezorientował, że na moment zapadła cisza. „Hola! Ale powiedz nam teraz jak masz na imię!”. Odpowiadam, ponownie, że Ola. „Nie chcemy, byś się z nami przywitała, tylko się przedstawiła!”. Doszło do mnie wtedy, w czym tkwi problem i wybuchłam śmiechem. Koleżanki tłumaczą panu, że moje imię to Ola, jak hola, ale bez h. Jak na kształcącego dzieciaka przystało, odpowiedziałam pełnym zdaniem „mam na imię Ola” i potem padły pytania o moje pochodzenie, o imię, wytłumaczyłam, że moje pełne imię to Aleksandra, co jeszcze bardziej pogmatwało sytuację, więc panowie się poddali i zakończyli program. Ja to zawsze coś pokręcę.

Jutro już dwanaście lat, zaraz będę kończyć szkołę w Londynie i wrócę do domu. A tam kolejne przygody.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s