Nie jestem do dupy.

Wrzesień okazał się najważniejszym miesiącem w ciągu ostatnich (prawie) dwudziestu dwóch lat.

Pierwszy raz  wrzesień nie oznaczał zbliżającej się szkoły. Tym razem oznaczał ponowne bieganie za promotorem, poprawianie kolejny raz rozdziałów, uczucie upokorzenia i brak wiary, że kiedykolwiek moja obrona dojdzie do skutku. Po prostu straciłam zaufanie w swoje umiejętności. Nie mogłam sobie niczego zaplanować bez daty obrony, siedziałam i czekałam na maile z uczelni. Założyłam sobie, że do 20 września wszystko ogarnę. Nie tylko ja chciałam jak najszybciej rozwiązać sprawę licencjatu. Czekała również na mnie Holandia.

Wiedziałam od dawna, że po pierwszym stopniu zrobię rok przerwy. Nie miałam konkretnego planu, szukałam opcji praktyk, wymian, pracy. Chciałam zamieszkać w Holandii i nauczyć się języka (kiedyś o tym już pisałam). To był jedyny plan. Rozmawiałam z panią Basią, moją nauczycielką holenderskiego, rodzicami, Bartkiem. Każdy z nich miał inny pomysł. W czerwcu zaaplikowałam na program AuPair, w lipcu otrzymałam zaproszenie od Holendrów spod Amsterdamu. Nie mogłam podać dokładnej daty przylotu ze względu na obronę. Na szczęście rodzina zdecydowała się cierpliwie poczekać. Ja byłam przekonana, że powiedzą mi nara!

Nanosiłam poprawki, drukowałam, biegałam do promotora, nie mogłam odpuścić, do 20 września zostało mało czasu. Czułam, że to już ostatnia prosta. Wiedziałam, że jak tylko dowiem się o dacie obrony, kupię bilety, spakuję się i polecę. Ależ byłam w błędzie!  Gdy w końcu praca została zaaprobowana, obronę musiałam zorganizować sama, czyt. znaleźć odpowiedni dzień i godzinę dla 3 osób, poprosić o przyspieszenie procesu antyplagiatowego i modlić się, by nikt po drodze nie umarł lub zmienił zdanie. Umawianie terminu zajęło tydzień, obszerny wątek na gmailu, niezbyt przyjazne smsy i litry łez. Wyszło i tak, że pierwszy proponowany termin okazał się odpowiedni.

Chciałam sobie udowodnić, że nie jestem taka do dupy. Zapisałam się na Runmageddon. Tak. Ja, 68 kilo, 162 cm. Zapłaciłam moje ciężko zarobione pieniądze za 12 kilometrów błota, przeszkód i mordęgi. W te wakacje udało mi się sukcesywnie trenować, zrzucić kilka kilo, nabrać mięśnia, ale to był 1% potrzeb na taki bieg! Mama się złapała za głowę, tata życzył powodzenia, a Bartek chyba trochę nie wierzył, że naprawdę chcę to zrobić. Spakowałam Go-Pro, różowe skarpetki i pojechałam.

Przebiegłam. Poczułam, że pierwszy raz od dawna coś mi się udało. Cały stres związany z pracą z dziećmi, licencjatem, wyjazdem do Holandii – to nie miało znaczenia. Byłam zmęczona, dumna, zapłakana, bo udowodniłam sobie, że co jak co, ale do dupy nie jestem (resztę tygodnia nie mogłam chodzić, a gdy ginekolog zobaczyła moje siniaki, to zapytała, czy przyszłam na obdukcję). Skoro udało mi się przebiec 12 kilometrów w lesie, z pomocą innych przejść przeszkody i po drodzę nie umrzeć, to wiedziałam, że mogę już wszystko.

Potem było z górki.

14433055_1195753687113617_4557613094382539187_n

Obroniłam się 20 września o godzinie 11:00. 21 września o 11:00 byłam w autobusie z Eindhoven do Amsterdamu. Czekałam na ten wyjazd lata. Chyba tylko rodzice wiedzą, ile dla mnie ten wyjazd znaczy i jak niewyobrażalnie szczęśliwa jestem, że ten post piszę w Holandii. Na lotnisku pożegnałam się z mamą, tatą i chłopakiem. Wizja rocznego rozstania była lekko przytłaczająca, dla każdego. Dzięki nim udało mi się przebrnąć przez to wszystko.

img_20160923_160433

Jestem tu już trzy tygodnie. Ale o tym, co tu robię, napiszę następnym razem.

PS. Nigdy nie czułam się lepiej niż teraz, serio.

img_20161001_164406

One thought on “Nie jestem do dupy.

  1. Pingback: pannaleksandra

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s