W zamian za pomoc nauczyli mnie żeglarstwa.

October’15 od Ola Kłos na Vimeo. Montaż z ostatnich dwóch miesięcy sezonu żeglarskiego Gdyńskiej Akademii Żeglarstwa.

Nigdy nie myślałam o tym, by pracować z dziećmi. W ogóle nie myślałam o dzieciach, jako potencjalnych kompanach w życiu. Nie lubiłam się bawić z młodszymi, a jak już to robiłam, to starałam się im zapewnić taką rozrywkę, bym ja mogła w spokoju robić swoje. Taki wstęp do wpisu o dzieciach jest zapewne paskudnym strzałem we własną stopę, ale lepiej od razu wiedzieć z kim się ma do czynienia, tym bardziej jeżeli w grę wchodzą mali ludzie.

Dosyć długo byłam jedynaczką, do tego pierwszym potomkiem w gronie znajomych rodziców, co sprawiło, że od samego początku otaczałam się starszymi ode mnie ludźmi. Moja babcia prowadziła kiedyś dosyć oblegany bar, gdzie przychodzili przedstawiciele wszystkich roczników – od dojrzewających nastolatków po panów od lat będących na emeryturze. Takie miejsce nie było odpowiednim środowiskiem dla 5-letniej dziewczynki. Będąc maluchem, bardzo rzadko wychodziłam na dwór, by bawić się z dziećmi. Będąc u babci też nie spędzałam za dużo czasu z rówieśnikami, jedynie gdy Igor przyjeżdżał, to godzinami siedzieliśmy w piasku i gotowaliśmy piaskowe obiady. Ja uwielbiałam ten bar. Zagadywałam starszych, słuchałam ich rozmów, oglądałam tłumy na koncertach i to wszystko było otoczone zapachem pierogów ruskich i dymu papierosowego. Było to naprawdę słabe miejsce dla dziecka. Ale ja tam chciałam być cały czas, dawało mi to więcej przyjemności niż zabawy lalkami z innymi dziewczynami. Tam byli dorośli, mieli super historie, bagaż przygód i pili piwo. Jestem prze szczęśliwa, że takie miałam dzieciństwo. Moja mama pewnie mniej.

Wspomnienia z tych lat ogromnie wpłynęły na moje dorosłe życie (które trwa już prawie trzy lata, kawał czasu). Przez to, że byłam otoczona osobami starszymi większość swojego pobytu na tej ziemi, przeżywam teraz niezwykle, gdy się okazuje, że jestem gdzieś najstarsza. Pracując z dziećmi wyboru większego nie miałam, tzn miałam – albo maluchy, którym rosną stałe zęby albo nastolatki, którym rosną wąsy. Gdy na kursie na opiekuna kolonijnego prowadząca pytała, z jaką grupą wiekową chcielibyśmy pracować, to z dwojga złego wybrałam, że z nastolatkami. Pewnie zadajesz sobie pytanie: jezu, po co robiłaś ten kurs, jak nie lubisz dzieci? Cóż… bez owijania powiem, że chciałam się załapać na fajną robotę wakacyjną. Kwestia dzieci była drugorzędna. Do tego umiem wymyślać fajne zabawy. Bardzo fajne zabawy.

Zaczynając swoją przygodę jako opiekun na półkolonii windsurfingowej w Rewie, starałam sobie przypomnieć, jacy byli moi obozowi opiekunowie, co robili, czego nie robili, jaki mieli do nas stosunek, co robiliśmy jak nie wiało. Bardzo mi zależało na tym, by dzieciaki czuły się swobodnie, uczestniczyły chętnie w zajęciach i wracały do domu z masą przygód. Przez 9 tygodni przeszliśmy całą gamę możliwych warunków pogodowych, było upalnie i zimno, wiało i siadało w sekundę. Były zawody trampolinowe, podchody, zawody, regaty, planszówki, opowiadanie dziwnych historii. Nie nudziłam się. Bawiłam się razem z nimi, traktowałam jak młodsze rodzeństwo, dbałam, by było im ciepło, by mieli nakremowane nosy i dobraną dobrze piankę. Szukałam zgubionych skarpetek, opatrywałam rany taśmami izolacyjnymi i wyciągałam drzazgi. Otrzymywałam liściki z podziękowaniami, słodkości w podziękowaniu za razem spędzony tydzień.

Nie zawsze było lekko, z niektórymi toczyłam wojny, które i tak oboje przegrywaliśmy. Kary, które dawałam, stały się w końcu przyjemnością, przez co mi ręce opadały, bo myślałam, że śpiewanie piosenki publicznie jest wystarczającą karą za niepowieszoną piankę, niż robienie 50 brzuszków. Jak się potem okazało, brzuszki i pompki były bardziej edukujące. Było przezywanie, kłamanie, obrażanie, kopanie – jak ja, 20 letnia dziewczyna miałam wiedzieć jak najlepiej to załatwić? Mój tata, który jest wojskowym, nauczył mnie, że trzeba być konkretnym, konsekwentnym i nie odpuszczać. Moja mama zaś mi wpoiła, że trzeba dawać ludziom drugą szansę. Jak miałam połączyć te nauki, gdy 8-letni chłopczyk, mówi do kumpla z półkolonii „Ty jebana szmato, zapierdole Cię”? Porozmawiać z rodzicami? Porozmawiać z dzieckiem? Nie puścić na zajęcia na wodzie? Kazać zagrabić cały teren z liści? Jak dotrzeć by zrozumiało?

Całe te wakacje były jednym wielkim zbiorem prób i błędów, by dzieciom było dobrze, by rodzice byli zadowoleni, by szef poklepał po ramieniu i bym ja się nauczyła czegoś nowego. Wiem, że wobec dzieci zachowujemy się tak, jak rodzice zachowują się wobec nas. Widzę to po sobie i czasami się gryzłam w język, by nie powiedzieć czegoś, co drażniło mnie jako nastolatkę. Do tego wszystkiego wypływałam się jak nigdy, włosy mi wyblakły od słońca, a nos tracił regularnie naskórek. Po sezonie dołączyłam jako pomoc przy dzieciakach do Gdyńskiej Akademii Żeglarstwa, w zamian za możliwość nauki żeglarstwa. Zdobyte umiejętności traktuję jak walutę przetargową, by móc zdobyć jak najwięcej.

Łapczywość nie zna granic.

_DSC0459
Zakończenie półkolonii – rozdanie nagród.
_DSC0359
Jedna z liczniejszych grup – 31 osób!
_DSC0246
Zajęcia windsurfingowe.
_DSC1105
W każdy piątek był banan, ale pod warunkiem, że byli grzeczni… więc zawsze byli grzeczni.
_DSC0106_2
Ta grupa była wyjątkowo poszkodowana – 15 stopni codziennie, deszcze, mocny wiatr – o czym świadczą ich wesołe miny.

One thought on “W zamian za pomoc nauczyli mnie żeglarstwa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s