Jak odżywić przesuszone włosy?

Przez lata walczyłam z moimi włosami, bo nigdy nie były w konkretnym stylu: ani proste, ani kręcone, ani falowane, a tym bardziej nie ładne. W liceum się poddałam, zaczęłam je myć dwa razy w tygodniu, czesać raz w miesiącu, aby jakoś wyglądały wciskałam w nie pianki i sole morskie i na tym kończyła się pielęgnacja. Po trzech latach takich zabaw włosy trzeba było ściąć. Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem dziś, ominęłaby mnie ta traumatyczna sytuacja.

Skończyły się wymówki, że ja mam takie włosy i czerpiąc z wiedzy internetu, nauczyłam się dbać o to, co mam na głowie. A to wszystko podsumowałam w moim pierwszym tutorialu:

Podsumowując:

  1. Włosy czeszę tylko przed myciem (2 razy na tydzień), a by uniknąć kołtunów, śpię z włosami związanymi w palmę.
  2. Raz w tygodniu nakładam maskę na noc i chronię włosy czepkiem.
  3. Aby włosy były miękkie i odżywione, używam produktów z olejem arganowym.
  4. Wszelkie produkty spłukuję chłodną/letnią wodą, by nie przesuszyć bardziej włosów.
  5. Zamiast ręcznika, używam bawełnianego podkoszulka.
  6. Odżywki bez spłukiwania utrzymują włosy w pełnym nawilżeniu.
  7. Produkty do stylizacji często włosy przesuszają, dlatego warto zadbać o dodatkowe nawilżenie i szukać produktów przeznaczonych dla włosów kręconych.
  8. Olejowanie końcówek to podstawa!
  9. Korzystając z dyfuzora, ustawić temperaturę na minimalną, a dmuchanie na maxa. Głowa w dół – większa objętość.
  10. Gdy fale zaczną się puszyć, poskromić je olejkiem lub mieszanką wody z odżywką i spryskać delikatnie włosy.

Skoro ja dałam radę, to wszyscy dadzą radę. Do dzieła! ❤

2017-06-08 09.59.52 1.jpg

 

Mus czekoladowy z awokado

Długo się uczyłam, że kakao i gorzka czekolada są słodkie. Zapewne wśród Was są osoby, które uważały, bądź dalej uważają podobnie, dlatego przedstawiam ten prosty przepis na mus czekolady. Wystarczy wszystko zblendować – 5 minut roboty! Syci niesamowicie, nie pobudza dalszego łaknienia i jest zupełnie bez cukru (słodzikami są daktyle, banany i masło orzechowe, też bez dodatku cukru). Przepis może być równie wegański, co tradycyjny, w zależności od dodanego mleka (ja wykorzystałam migdałowe). Przy wyborze awokado w sklepie warto wybrać już te bardzo dojrzałe – im miększe, tym gładszy mus.

mus czekoladowy (1).png

  1. Wszystkie składniki oprócz truskawek zblendować na gładką masę. Mleko dodawać stopniowo, by ułatwić mieszanie się składników. Dla tych, co wolą gorzkość czekolady, można dodać mniej daktyli i więcej kakao. W moim przepisie mocno czuć banana, zatem można dodać połowę i uzupełnić dodatkową ćwiartką awokado.
  2. Gotowy mus przyozdobić truskawkami (bita śmietana lub w przypadku wegan łyżka schłodzonego mleka kokosowego tu też będzie idealnie pasować).

2017-06-02 04.17.58 1.jpg

Lokalne inicjatywy #1

Mam niezwykłych znajomych. Działają, projektują, śpiewają, grają, produkują, malują, tworzą, dzielą się. Chcę się nimi wszystkimi pochwalić, dlatego ruszam z #wspieramlokalneinicjatywy, serią postów o moich super ziomach i ich działalnościach.

Tasteless – fotografia

Malina Podsiadło to maleństwo o wielkiej charyzmie. Zaledwie szesnastoletnia dziewuszka, a prężnie działa fotograficznie w social mediach. Pracując z nią przez jeden sezon w Rewie wiem, że uczy się szybko i szuka okazji, by zdobyć nową wiedzę i znajomości, a do tego wychodzi jej to niezwykle naturalnie.

 

Tumblr
Instagram
Facebook

The Inomhus – fashion

Bartek Malinowski łapie się każdego medium, które pozwala mu tworzyć – film, fotografia analogowa, malarstwo, ziny, a to wszystko przekłada się na jego ubrania – proste, codzienne formy, z niecodziennymi grafikami. W jego projektach przewija się bliska mu deskorolka, Trójmiasto i analogi. Unikalna kreska i grafiki, praktyczność i surowość – tak można określić ubrania The Inomhus.

 

Blog
Instagram
Facebook

Aga Bartosz – design

Aga Bartosz to przeutalentowana artystka, której grafiki są proste, utrzymane we fioletowej palecie, co nadaje całości futurystyczny, lekko feministyczny  i intymny wymiar. Jest również autorką plakatów, a jej pracę można było zobaczyć m.in. w G’rls Room Magazine, Poznań Design Festival czy A5 Zine.

 

Tumblr
Instagram

Zmarzlik Make-up – charakteryzacja i wizaż

Katarzyna Zmarzlik to delikatne serce o twardo stąpających po ziemi nogach. Obserwowanie progresu Kasi dało mi namacalny dowód, że jak czegoś się bardzo chce i ku temu się dąży, świat nam w tym pomoże. Kreatywna, otwarta i zdecydowana. Charakteryzacje teatralne przeplata ze ślubnymi, utrzymując profesjonalizm i zaangażowanie. Obecnie działa w zespole charakteryzacyjnym Opery Bałtyckiej.

 


Facebook

IwasHomeAnyway – muzyka

Duet Yoshii Swxdn & Nela Szadkowska – spotkanie elektronicznego glitchu z soulową miękkością. Brak formy tworzy formę, a zlepek najróżniejszych struktur składa się, o dziwo, w tak piękną całość, że gości na mojej plejliście od dnia wydania. IwasHomeAnyway odnalazło spokój w chaosie.

Soundcloud
Instagram
Facebook

Maj

Do mojego powrotu do Polski zostało około dwa i pół miesiąca (co?), co oznacza, że niewiele mam już czasu, by zrobić wszystko, co sobie zaplanowałam. W końcu jest cieplutko, zielono i przyjemnie, mogę ruszać w przygody!

…a maj, to była taka wielka przygoda! TY-LE się działo! Odwiedziłam Keukenhof, największy ogród kwiatowy na świecie. Tylu tulipanów nigdy w życiu nie widziałam (mogłam zobaczyć jeszcze więcej, bo na hektarach pól, ale byłam tydzień przed zakończeniem sezonu i pola były już gołe). Zdjęcia robiłam głównie dla mojej babci, by miała inspirację na przyszły rok (moja babcia ma równie piękny co Keukenhof, tylko na mniejszą skalę). Ogród jest dostępny dla turystów od połowy marca do połowy maja, ale najlepszym momentem jest kwiecień. Jest też baby zoo

DSC_0569DSC_0571DSC_0593DSC_0637

Następnym wydarzeniem był egzamin na B1 z holenderskiego – część ustna i pisemna. Na pisemną przygotowałam się jak zawsze – tydzień przed egzaminem zrobiłam super notatki, plan powtórek i rozpisałam fiszki, by resztę dni żyć w przekonaniu, że jakoś to będzie. Ostatniego dnia jednak się trochę obsrałam i usiadłam do nauki, co mam wrażenie, ostatecznie uratowało mnie na egzaminie. Odwrotnie było z ustnym – na to przygotowana byłam jak do matury ustnej! Miała to być prezentacja na dowolny temat i ja wybrałam historię Polski (co?). Już wyjaśniam: kto jeszcze nie widział historii Polski Bagińskiego, ten szybko nadrabia zaległości, bo wstyd. Zdarzyło się już kilka razy, że pokazywałam ten film obcokrajowcom. Miałam gdzieniegdzie luki w wiedzy i było mi na maksa wstyd, burak to za mało. Aby zmotywować się do powtórzenia historii mojego pięknego kraju, wybrałam ten film jako prezentację zaliczającą kurs B1. Siadłam do kalendarium i krok po kroku opisywałam to, co się działo na filmie. Oczywiście jest to duży (ale efektowny) skrót myślowy i ogrom został pominięty, ale to, co uważałam za istotne, dodałam sama (np. o Marii Curie, Popiełuszce czy nazbyt bliskich relacjach polsko-rosyjskich przed pierwszymi zaborami). Tekst polski zrobiłam w dzień, zostało tłumaczenie. Starałam się w jak największym stopniu korzystać z tego, co sama umiem, zamiast tłumaczyć ze słownikiem, bo inaczej swobodne mówienie nie byłoby już swobodne. Poprawki nałożyła moja polska nauczycielka holenderskiego, pani Basia, i byłam prawie gotowa na egzamin. Nauczona doświadczeniami z matury ustnej z j. polskiego, codziennie, kilka razy prezentowałam swoją przemowę przed poduszkami i krzesłem. W trakcie egzaminu się tak stresowałam, że w końcu i tak mówiłam to, co mi przyszło do głowy, a nie to, co było w notatkach! Ważne, że fakty i gramatyka się zgadzały. Wpadło 80 procent! Teraz wiem jak po holendersku jest okupacja, wróg, rozwój gospodarczy i szlachta. Oby się przydało! Po wszystkim było świętowanie!

IMG_20170517_011351_884IMG_20170517_012353_595

Trzy dni później miałam niespodziankowy lot do domu. O wszystkim wiedział tylko Bartek i wspólnie zaplanowaliśmy całą akcję. Zaskoczyliśmy rodziców w pracy, Kubę w domu, a kot w ogóle nie wyglądał na zaskoczonego… Dwa dni na słońcu, z bliskimi, pełne przygód, piękne chwile. Kolejna wizyta w Gdyni – Open’er! *odlicza dni*

18595419_1432989026723414_2858990910859593618_o

Od powrotu do Holandii trwa lato – słonecznie i ciepło. Każdą wolną chwilę spędzałam na baby plaży w Abcoude, na ścieżkach rowerowych prowadzących do centrum Amsterdamu lub jedząc lody z truskawkami. Najlepiej wszystko tego samego dnia. Zapisałam się na kolejny kurs, tym razem zaawansowane konwersacje i jeżeli pod koniec czerwca nie będę władała językiem jak Holendrzy, to nie ma już dla mnie nadziei.

IMG_20170522_182446_153IMG_20170526_193359_357

Pewnej niedzieli zapowiadali 33 stopnie, a ja miałam już na tyle poparzoną skórę, że o plaży nawet nie chciałam myśleć. WYBRAŁAM SIĘ DO ZOO! Najpiękniejszy ogród zoologiczny! Środek Amsterdamu, samiutkie centrum, a ja stoję przy wodospadzie, oglądam zwierzęta i otoczona jestem drzewami i kwiatami tak cudownymi, że aż ciężko uwierzyć, że to wszystko jest prawdziwe.

DSC_0745DSC_0765DSC_0772DSC_0783DSC_0798

Cudownym akcentem kończącym maj był wczorajszy wieczór. Skończyłam zajęcia o 21:30 i jak zwykle szłam na tramwaj, by złapać pociąg do Abcoude. Ale było tak ciepło, jasno, pusto, jakby wyłączyli życie w Amsterdamie, do tego w ramach przygotowań do Open’era trafiłam na piękną piosnkę (Sorry Boys – Wracam) – całość wydała się tak magiczna, że… dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że mieszkam w Holandii! Siedem lat zajęło mi spełnienie tego marzenia! Stałam na mostku nad kanałem i śmiałam się jak głupek.

IMG_20170530_225115_413.jpg

Jutro już czerwiec, jeden z moich ulubionych miesięcy. Ruszyłam też z moim kanałem na YT, także wpadajcie. Na koniec montaż z maja:

Buzi i ściski!

 

Panna Aleksandra na YouTube!

Przez lata byłam wierna Vimeo, ale opowiem Wam jak to jest. Vimeo to takie spotkanie z ludźmi po fachu, którzy mają profesjonalny sprzęt, robią profesjonalny content i ogólnie cali są profesjonalni. Potrzebują najlepszej jakości i wysokich standardów. Na YouTube jest zbieranina najróżniejszych twórców, wszyscy są na tej wielkiej imprezie. Ja uznałam, że w tej pierwszej grupie nie do końca się odnajduję, plasuję się między tutorialami o czesaniu królików a vlogami dziewięciolatków, zatem dam szansę YouTubowi. Poza tym, z Vimeo korzystam tylko jak wrzucam materiał, czyli raz/dwa razy do roku. Z YouTube przy każdej wizycie w toalecie.

Większość treści z Vimeo znajduje się teraz na moim kanale na YouTube (kto nie widział, ten nadrabia), gdzie będą lądowały kolejne twórczości. W tym najnowsze podsumowanie maja (wpis w przyszłą środę):

See ya!

 

Na co mi te wszystkie seriale?!

Seriale długo kojarzyły mi się z Klanem, Na Wspólnej, Złotopolskimi i Miodowymi Latami. Mam jakieś przebłyski, że wspólnie z rodzicami zasiadałam o siedemnastej, by odpalić Klan. Spędzając wakacje u babci miałam czas i szansę na poznanie oryginalnej, kolumbijskiej Brzyduli wraz całą resztą południowo-amerykańskich telenoweli. Poza tym zjawisko seriali w moim życiu nie istniało. Bajki na Cartoon Network nie były jeszcze w formatach Hanny Montany czy Nie ma to jak hotel, zatem Laboratorium Dextera i Atomówki to było to, na czym się wychowałam (banda bezpalczastych małolat, które dzięki swoim nadprzyrodzonym siłom pokazują, że dopóki ratujesz swoje miasto, to przemoc wobec dzieci nie istnieje i introwertyczny, potencjalnie autystyczny dzieciak, który buduje maszyny z czerwonymi guzikami w swoim ukrytym laboratorium i nie przepada za jakimkolwiek kontaktem z ludźmi, a jego bohaterem jest udawany Hulk Hogan – wzorce na medal, Kłos).

Gdy będąc u babci na kilka wakacyjnych tygodni, oglądałam wieczorem telewizję i wpadłam na BBC Entertainment. Jeżeli kiedykolwiek, była taka chwila, która zmieniła moje życie, była to właśnie ta. Skins. Pierwszy serial, który obejrzałam co do odcinka, każdą generację. W skrócie – brytyjska młodzież, miłość, przyjaźń, problemy społeczne, zdrowotne i rodzinne, narkotyki, seks, złamane serca i poczucie, że chyba robię coś źle, bo moje życie tak nie wygląda. Myślę, że to było przełomowe dzieło w europejskiej popkulturze skierowanej do nowego pokolenia (zrobili amerykański remake, ale… kurcze, no nie wyszło). To zdecydowanie nie były treści dla trzynasto-, czternasto-, piętnastolatki, ale chyba właśnie przez to, że byłam takim niedojrzałym glutem, dzięki temu serialowi nie ruszyłam narkotyków, nie szlajałam się po nocach, nie szukałam przypadkowych przygód – zdobyłam doświadczenie oglądając doświadczenia innych. Mi wystarczyło. Mając zaledwie piętnaście lat wiedziałam jak wygląda anoreksja, uzależnienie od narkotyków, bieda, młodociana ciąża, zaniedbanie przez rodziców, przemoc i gwałt. A to wszystko otulone brytyjskim akcentem, a nie, jak zwykle, amerykańskim – dzięki temu to wszystko wydawało się bliższe.

Potem ruszyła serialowa maszyna. W liceum przez ferie zimowe nadrobiłam Plotkarę i spin-off Beverly Hills 90210 o twórczym tytule 90210. Taka namiastka amerykańskiego życia, gdy masz na tyle bogatych rodziców, że będąc siedemnastolatką masz hajs na kupienie willi, by zamieszkać ze swoimi ziomkami. Relatable. Potem było Glee. No i tu chyba się zaczyna era seriali młodzieżowych, przestających pokazywać high-life, drogie auta, widoki na znak Hollywood, ale żeby nie było za słodko, to wrzucimy aborcję i uzależnienie od Xanaxu. Mamy grupę nieudaczników, która przypadkiem umie śpiewać, a jedyne, co im wyszło w licealnym świecie to chór. Mieszkają w najgłębszej amerykańskiej dziurze i spotykają się w barze, który za nic nie przypomina tych z Plotkary i 90210. Serial szedł z duchem czasu, może i był słodko-pierdzący, ale pokazywał realia homoseksualistów jako rodziców i uczniów, zbyt wygórowane ambicje, rasizm, problem z zaakceptowaniem siebie pod względem wyglądu, orientacji, sposobu bycia. Miłości, rozstania i złamane serca też były, był nawet ślub, wypadek samochodowy i aborcje, ale i tak cały serial otaczała urocza i kochana aura. NAGLE BUM! Główny bohater przedawkował w hotelowym pokoju – na serio, nie w serialu i Glee naturalnie, bez zbędnych odcinków, dojrzało. Oglądałam chyba do końca liceum. Przez to, że jako zasmarkany baniol oglądałam takie rzeczy jak Skins, będąc prawie dorosła musiałam nadrobić radosne śpiewanki. Razem z bohaterami szłam na studia, opłakiwałam straconą miłość i śpiewałam – tak było.

Wraz z ukończeniem liceum zaczyna się moja trwająca do dziś przygoda z Chirurgami. Nadrobienie sześciu sezonów po dwadzieścia cztery odcinki każdy zajęło mi pół lata. Potem w oczekiwaniu na kolejny odcinek, nadrabiałam Dr House’a. Tak się wkręciłam, że ubzdurałam sobie, że też zostanę Christiną Young i będę kroić ludzi. No lekarzem nie jestem, ale Chirurgów dalej oglądam z wypiekami i załzawionymi policzkami (czekam teraz na czternasty sezon). Szczerze obawiałam się zaczynać coś nowego, bo to oznaczało nadrabianie miliona sezonów, zero życia, odleżyny i migreny.

Przyleciałam do Holandii i od holendrów ukradłam hasła do Netflixa. Oczywiście dużo mi to miało pomóc w nauce holenderskiego! Plusem seriali netflixowych jest to, że są nowe i mają po 10-13 odcinków, a minus – wszystkie odcinki wychodzą na raz. Czyli albo masz wystarczająco w sobie siły i oglądasz w ratach, albo jak ja, nie wychodzisz w niedziele z łóżka przez trzynaście godzin i oglądasz serial. A wybór jest ogromny, mi najbardziej się podobały:

  1. The Crown – czasy zanim Królowa Elżbieta została głową Wielkiej Brytanii i początki jej panowania. Ogromny nacisk na relacje mąż-żona i bolesny obraz życia dyktowanego przez kodeksy.
  2. The OA – do dziś do końca nie wiem co się tam wydarzyło i miało wydarzyć, ale motywem całości jest doświadczenie śmierci (NDE, near-death experience) i eksperymenty na ludziach, którzy to przeżyli. Miał być serial o porwaniu, a wyszedł twór o tak silnej stymulacji, pobudzający do refleksji na wielu poziomach. Piękny, lekko przerażający (ja jestem taka boidupa, no), prawie liryczny.
  3. The Get Down – netflixowy niewypał, który porwał moje serce od pierwszego odcinka. Bronx, lata siedemdziesiąte, rozkwit muzyczny, a tle społeczno-ekonomiczne problemy mniejszości etnicznych i rasowych. Chociaż serial skupia się na muzyce (ścieżka dźwiękowa to cudo!), to polityka, romans i dokonywanie życiowych wyborów nie pozostaje w tle. Podnosi na duchu, dodaje skrzydeł, wyciąga z szarości. Aż szkoda, że reszta świata tego nie doceniła.
  4. 13 reasons why – żaden inny serial nie był tak nachalnie wpychany jak ten – wszędzie! Proponowane na Netflixie, co drugi artykuł o tym na Teen Vogue, na YouTube co druga blogerka dodawała swoje przemyślenie. NO DOBRA, spróbuję. Obejrzałam całość jednego dnia, a dałam sobie na to przyzwolenie, ponieważ kilka poprzednich dni spędziłam bardzo intensywnie z moja psiapsią Darią i potrzebowałam przez dzień robić nic. Momentami ciągnął się jak guma w gaciach, by potem rzucić scenami jak mięsem w twarz. Historia dziewczyny, która przed popełnieniem samobójstwa pozostawia trzynaście taśm z nagranymi przyczynami jej śmierci. Całość krąży wokół prześladowania, cielesności, seksualności, alienacji, niezrozumienia i braku połączenia świata dorosłych ze światem młodych. Dla niektórych serial mocno podkoloryzowany, a dla mnie niektóre sceny były jakby wyciągnięte z mojej głowy. Warto obejrzeć, by zrozumieć jak działa teraz młodzież, do czego ma dostęp i jak myśli – dla rodziców, nauczycieli i głównych zainteresowanych – młodzieży szkolnej.
  5. Las chicas del cable – wpadło z polecenia nauczyciela z kursu holenderskiego. Serial skupia się na hiszpańskich emancypantkach z lat 20 poprzedniego wieku, które zostają zatrudnione jako telefonistki. Przedstawione są cztery historie – matka i żona, której mąż nie pochwala tego, że wykonuje jakikolwiek zawód; córka generała, który uważa, że dziewczyna z wyższych sfer nie powinna brudzić sobie rąk pracą; szara myszunia z malutkiego miasteczka poznająca zasady wielkiego miasta i główna bohaterka, która uciekając przed przeszłością, wpada właśnie w jej ramiona. Lekki suspens, momentami ma się ochotę wejść i złoić dupska facetom, a innym razem uczucie ulgi, że wszystko się układa. Do tego jest po hiszpańsku!

Seriale stały się ważnym elementem obecnej kultury. Internetowa telewizja bez zahamowań przegania tradycyjną, dając widzowi możliwość wyboru nie tylko treści, ale i momentu oglądania. Czasy propagandowych Czterech pancernych dawno za nami, stoimy przed źródłem treści niekontrolowanych przez rządowe widzimisie i przestarzałe schematy, a idące z duchem czasu. Ja tam lubię seriale. Dużo się z nich nauczyłam (by nie ćpać, nie iść do domu szemranego naukowca, nie dać się zostać królową i nie kupować kaset, bo głupoty do głowy przyjdą).

Języki obce

Kto mówi, że nauka języków obcych jest super, zabawą, ten z pewnością nigdy nie był na porządnej imprezie. Jest to nudny, żmudny, długotrwały proces. Zresztą, języki obce to żywe organizmy – ciągle się rozwijają, zmieniają, idą z duchem czasu i przybierają różne formy. Wyszłam z założenia, że języka nie da się nauczyć – nauka trwa całe życie. Ale super motywujący wstęp…

Mając jedenaście lat, mieszkałam przez rok w Londynie. Dzięki tej przygodzie zaczęłam mówić po angielsku i potem kontynuowałam naukę w klasie dwujęzycznej. Wtedy myślałam, że umiem angielski i czułam się bardzo pewnie w mowie i piśmie. Przywiozłam ze sobą również brytyjski akcent, który maskował wszelkie błędy językowe, które popełniałam. A popełniałam ich wiele, ponieważ brakowało mi tego, co w języku jest podstawą – gramatyki. Przez całe gimnazjum i początek liceum upierałam się, że póki mówię i każdy mnie rozumie – nie widzę sensu dziobać w książkach z gramatyką. Moje myślenie wyglądało tak: PRZEPRASZAM! JA ALE UMIEM JUŻ! W szkole dwójki i trójki z gramatyki wyrównywały szóstki z mówienia, zatem wychodziłam na zero. Żyłam przekonaniem, że ja angielski umiem i uczyć już się nie muszę. Uważałam, że można się nauczyć języka obcego bez powtarzania w kółko zastosowań present simple i odmieniając czasowniki.

Zmiana zaszła w drugiej liceum, gdy znalazłam w domu moje stare egzaminy z Londynu. TRA-GE-DIA. Błędy, składnia jak u psa, ubogie słownictwo. Tekst był zrozumiały, ale bardzo słabo napisany. Od powrotu z Anglii minęło wtedy prawie pięć lat. PIĘĆ LAT! Tyle lat myślałam, że mój angielski jest perfekcyjny (kiedyś sobie w CV wpisałam, że mówię biegle po angielsku – to nie ja pisałam, to moje przebrzmiałe ego). Od tamtej chwili poczułam ogromny wstyd i postanowiłam poprawę. Po tylu latach od ukończenia szkoły w Londynie powinnam była znać angielską gramatykę lepiej niż polską. Wtedy też zrozumiałam, że uczę się dla siebie i to ja potem na tym zyskam. Zaczęło się odrabianie prac domowych, przygotowywanie się do lekcji i czynny w nich udział. Im więcej umiałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, ile jeszcze nie umiem. I to teraz padnie słowo klucz – pokora. Nauka angielskiego (nauka ta na poważnie, w liceum) nauczyła mnie pokory i szacunku do języka i tych uczących się go. Skończyło się mówienie na odwal, teksty typu po co ja mam używać tego czasu, nawet Anglicy tak nie mówią, a i tak mnie przecież zrozumieją zamieniłam na podręczniki, BBC i porządne konwersacje. Czyli same nudy, przyznaję, ale tak wygląda nauka. O tym, co można robić dodatkowo, by nauka słów, zwrotów i stałych związków była trochę przyjemniejsza – pisałam rok temu tu.

Obecnie znajduję się identycznej sytuacji co dziesięć lat temu. Zaczynam swobodnie mówić po holendersku, tworzę coraz bardziej skomplikowane zdania, ale gramatyka jeszcze nie jest na tym samym poziomie co mówienie. Nic w tym dziwnego – mówię codziennie, a ćwiczenia robię raz w tygodniu. Chociaż język sam wchodzi do głowy, to jest to zlepek słów i zadań usłyszanych na ulicy, w szkole, w domu – język potoczny. Zatem by nie popełnić tego samego błędu, co z angielskim, tym razem nie czekam pięciu lat, tylko teraz zmuszam się (tak, zmuszam się) do wykonania x zadań z podręcznika. Do tego uważniej mówię po angielsku i pomimo zanikającego akcentu, staram się go pielęgnować i ćwiczyć. Ciągle ćwiczyć.

Jako osoba, która chciałaby w przyszłości sama uczyć innych, wyznaję taką zasadę – gramatyka i słownictwo powinno iść ramię w ramię. W polskich szkołach jest mocny nacisk na naukę gramatyki, a dzieci i młodzież uczą się tego na sucho i nie wiedzą co z tym potem zrobić. To tak jakby tłumaczyć, jak dojść do sklepu w mieście, którego się nie zna – da się, ale szybko się zapomni o wskazówkach – łatwiej jest, gdy miasto się trochę zna. Zatem łatwiej się tłumaczy gramatykę osobom, które już znają kilka podstawowych czasowników i rzeczowników. Poza tym gramatyka to abstrakcyjny twór, który dla dzieci jest ciężki do zrozumienia jako samo zjawisko. Przeżyłam to sama na sobie, gdy starałam się wytłumaczyć prosty czas grupie jedenastolatków. Gdy mnie w podstawówce uczyli konstrukcji zdań, nic z tego nie rozumiałam, było to jak formuła chemiczna. A gdy jeszcze powiedzieli no czas zaprzeszły w polskim nie istnieje, ale musicie go umieć to tylko sobie w łeb strzelić.

Wniosek z tego wywodu jest taki: mówić w języku obcym to dopiero początek długiej drogi. Językiem zasłyszanym da się dogadać w sklepie, ale by napisać pismo, może nie wystarczyć. Trzeba się uczyć, powtarzać, słuchać, mówić. Ja, na przykład, nie umiem się uczyć sama i wolę, gdy mam towarzystwo, które mnie poprawi, złapie na błędzie i razem wykona dziesiątki zadań domowych. Nie jest to wtedy aż tak nudne, bo po wszystkim zawsze można wyjść razem na piwo.