Część VIII

Prowadząc dla Holendrów ich Airbnb, miałam okazję poznać masę różnych ludzi. Mieszkaliśmy w jednym domu, oczywiście osobo, zatem widywaliśmy się czasem. Niektórzy wpadali na weekend, zdarzały się wizyty kilkutygodniowe czy na parę miesięcy. Regularne „jak się bawicie w Amsterdamie?” i „czy mogę Wam w czymś pomóc?” oraz darmowa butelka wina były wystarczające, by dostać pięć gwiazdek za gościnność.

Zbliżał się mój czas powrotu do Polski, a wraz z nim ostatni dla mnie goście.

Była to para z Anglii – młodzi, uprzejmi, bez żadnych problemów. Ostatniego dnia wymeldowali się na czas, a ja po ich wyjściu od razu udałam się na najwyższe piętro, by zacząć ogarniać ten apartament. Zwykłam zaczynać od kuchni, a dokładnie od lodówki. Od kiedy znalazłam sześciopak desperadosów, uznałam, że życie nie może być piękniejsze i niczego lepszego się nie spodziewałam.

A jednak.

Grzybki halucynogenne.

Wzięłam opakowanie delikatnie do ręki, przyglądając się zawartości z bliska. Wrzuciłam pudełeczko do torby na pranie i uznałam, że to tego wrócę później.

Delikatnie ogarnęłam pokój, to jest zabrałam jedzenie i nieotworzone wino i wróciłam do siebie. Położyłam grzybki na biurku i patrzyłam się na nie, aż do momentu, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Schodzę na dół, otwieram drzwi, a tam moi goście.

– Hej, zapomnieliśmy czegoś, możemy szybko wejść?

Zestresowana wpuściłam ich do środka i odprowadziłam wzrokiem po schodach. Jezu, oni pewnie po te grzybki! Myślę, jak je podrzucić, jak to wyjaśnić, co zrobić?! Jak wyjaśnić to, że jestem w posiadaniu ich narkotyków?! Gdy oni są w apartamencie, ja idę do swojego pokoju po pudełeczko z przeklętą zawartością i chowam je do kieszeni. Wspinam się po schodach do apartamentu, by oddać im ich własność.

– Hej, nie wiem czego szukacie, ale może…

– No, zostawiliśmy tu coś, ale tego nie widzimy…

– A co to było? – ręce się pocą, głowa pulsuje, głos drży.

– Przejściówki do ładowarki, może widziałaś?

– Przejś… a, nie, jeszcze nie sprzątałam tu dokładnie, nie widziałam niczego takiego.

Za pleców słyszę „a! jest!”.

Goście podziękowali, ja wróciłam do swojego pokoju i wyjęłam grzybki z kieszeni. Co ja mam z nimi zrobić? Po zielsku zachowuje się jak zgniły kaktus, a co dopiero grzybki! Nadgryzłam kawałek i czekałam na reakcję mojego ciała. Delikatnie zaburzone funkcje motoryczne, suchość w ustach, ale maciupeńka, i ogromny stres tym, że zostanę narkomanką i do końca życia będę musiała jeść te grzybki.

Wyrzuciłam je do śmieci i tyle było z mojego rocznego, szalonego pobytu w Amsterdamie.

 

Część VII

Moja weekendowa przygoda w Belgii była tak spontaniczna, na ile mój brak spontaniczności może mi pozwolić. Wiedziałam tylko, że w każdej chwili mogę wrócić pociągiem do Amsterdamu i być znów we własnym łóżku i na znanym mi terenie. Skąd takie obawy, skoro podróżowałam już nie raz samotnie? A stąd, że tym razem nie miałam kompletnie pewności co do człowieka, u którego miałam nocować (wybrałam ponownie Couchsurfing, także no). Jego konto było kompletnie puste, ale rozmowa była wydawała się całkiem okej.

Do 17:00 wyrobiłam się z zobaczeniem większości rzeczy, które Antwerpia miała do zaoferowania, do tego już trochę zaczęły obcierać mnie buty, a z tej całej spontaniczności nie naładowałam przed wyjazdem telefonu i tableta, jadąc już na resztkach baterii. Miałam się spotkać z mężczyzną, oferującym nocleg, po 22:00, zatem miałam pięć godzin do zabicia. Mogłam zostać i potencjalnie stać się ofiarą morderstwa albo wrócić ostatnim pociągiem do domu i uznać cały wyjazd za udany.

– Halo, mamo, no, czekam, ale myślę, czy nie wracać do domu. Czemu? No nie wiem, chyba się trochę boję… Nie no, mam alternatywę, blisko jest hostel, jak coś to mogę tam pójść, ale fakt, że mogę jeszcze wrócić do domu sprawia, że ta opcja jest mi bliższa sercu niż ryzykowanie swojego życia dla spędzenia nocy w Antwerpii. Hmm… może masz rację, zostanę. Niepotrzebnie panikuję. Napisze potem, paa!

By się uspokoić, poszłam jeść nudle z warzywami do jakiejś azjatyckiej knajpy na starówce, podładowałam sprzęt i poszukałam najbliższego kina. Po godzinie szukania, pytania i korzystania z mapy, wróciłam w okolice tej samej restauracji, by znaleźć kino przecznicę dalej.

– Poproszę bilet na najbliższy seans. Tak, na 19:30. Dankjewel!

Poczekałam pół godziny, przeczytałam w tym czasie opis filmu, a że było to kino studyjne, to nie mógł być to film komercyjny, sztampowy, zwykły.

Za to nie spodziewałam się filmu o kosmicznej kreaturze przypominającej ośmiornicę, która do przetrwania potrzebuje kontaktu sek-su-al-nego z ludźmi, a swoich partnerów albo zabija albo rozkochuje w sobie. Jest też wątek miłosny czysto ludzki – mąż, żona i jej brat. Żona z mężem, mąż z jej bratem, brat z ośmiornicą, ośmiornica z żoną, żona z koleżanką, która też z ośmiornicą. No, prawie ludzki. Tentacle porn w wersji kinowej. Gdyby kogoś zaintrygował ten krótki, jednakże treściwy opis filmu, to nazywa się on „La rejon Salvaje”, znany szerszej publice jako „The Untamed” (po polsku „Nieoswojeni”). A tu link: http://www.imdb.com/title/tt5265960/ .

W kinie było może z piętnaście osób, w tym obok mnie siedzący pan, lat na oko osiemdziesiąt, który chyba ani razu nie mrugnął, a żuchwa mu na dobre opadła (wypadła?).  Według dystrybutora jest to horror, a ja się strasznie boję horrorów, ale tu się nie bałam, ale nie wiedziałam jak będę mogła normalnie wrócić do swojego życia po wyjściu z kina. Jeszcze nie spotkałam się z człowiekiem, który miał mnie gościć na jedną noc, a wrażeń już miałam dość.

Złapałam szybko wifi, zadzwoniłam do rodziców i Bartka, opowiedziałam o tym, co się wydarzyło (tłumaczenie własnej mamie co to jest tentacle porn to bardzo niekomfortowa sytuacja, gorsze by było pytanie o genezę mojej wiedzy w tym temacie). Poszłam napić się piwa i czekałam na Belga, u którego miałam nocować.

– Zanim w ogóle będziemy rozmawiać – czy chcesz mnie zabić? Skrzywdzić? Porwać? Bo jeżeli tak, to chciałabym o tym wcześniej wiedzieć.

W ten sposób poznałam bardzo uprzejmego, gościnnego i troskliwego hosta, który zrobił wszystko, bym się poczuła bezpiecznie.  Jego profil był pusty, bo Couchsurfing usunął jego poprzedni profil, na którym było ponad 100 opinii, a tym tylko jedna negatywna, bo dziewczyna napisała, że Antwerpia ma mało toalet publicznych.

Przeżyłam. Było super.

Część VI

– Ola, moja znajoma szuka chętnych na hokeja podwodnego. Może chciałabyś spróbować?

Mój mózg starał sobie wyobraził jak to może w ogóle wyglądać, jak bardzo jest to męczące, czy miałabym jeszcze szansę zostać mistrzem świata w hokeju podwodnym i ostatecznie – czy może trochę schudnę, tak przy okazji, po drodze.

– Jo, czemu nie.

W dniu pierwszego treningu uznałam, że warto zobaczyć, czy mam w ogóle potrzebny sprzęt. Płetwy – są, strój – jest, maska do nurkowania i rurka – na Karaibach, z rodzicami. Pomyślałam, że może to znak, że jednak nie jest mi dane iść na ten trening, że pójdę po powrocie rodziców.

– Wpadaj, coś się dla ciebie znajdzie – wiadomość od znajomej mamy była ostateczna i nie miałam wyboru. Musiałam iść.

Trening miał się odbyć o 21:00 na basenie Hotelu Gdynia. Stresowałam się okropnie, ale czułam też podekscytowanie, bo w końcu może znalazłam sport, który wyklucza bieganie i nie wymaga pływania w tą i z powrotem, od ściany do ściany (co jest obrzydliwie nudne i samotne). Poznałam wszystkich, którzy się zebrali, przebraliśmy się i weszliśmy na basen. Po pierwsze – nigdy nie pływałam na tak słabo oświetlonym basenie, co wyglądało super romantycznie i się trochę zakochałam w tej całej sytuacji. Po drugie – nie czułam żadnego stresu związanym ze swoim wyglądem, co było dla mnie super nowe i całkiem przyjemne (pokazywanie się prawie nago kompletnie obcym ludziom nie należy do moich ulubionych zainteresowań, takich jak jedzenie czipsów na czas czy kto wymyśli więcej powodów do stresu).

– Tutaj masz maskę, fajkę, rękawicę i kij (30 cm, ale kij).

Jest taka scena z ostatniej części Gwiezdnych Wojen, gdy Rey sięga po ukryty miecz świetlny i w jej głowie dzieje się retrospekcja i ja jak ta Rey miałam tak samo! Wzięłam do ręki fajkę i wnet sobie przypomniałam czasy pływania w monopłetwie i każdy odruch wymiotny spowodowany zmęczeniem i chlorem w żołądku. Oddychanie weszło w miarę lekko, a to uznałam za połowę sukcesu. Przez godzinę uczyłam się podstaw, schodzenia pod wodę na różne sposoby, prowadzenie krążka, jednocześnie słysząc to, co słyszałam w każdym do tej pory sporcie, który próbowałam – schowaj pupę!

– Dobra, to teraz zrobimy sobie takie ćwiczenie, że jedna osoba prowadzi krążek, druga podpływa znad przeciwka i ten krążek odbiera. Tak po kolei.

To trwało wieczność. Tempo mnie przerastało, co wyszłam na powierzchnię, to musiałam znów dawać nura, ledwo wydmuchując wodę z fajki. Odruch wymiotny był coraz silniejszy, ale cisnęłam dalej. Nur, podpłynięcie do dna, przejęcie krążka, podpłyniecie z nim kawałek, oddanie, wypłynięcie, wydech, wdech, zakręt, nur, podpłynięcie… i tak w kółko. Nie wytrzymam, muszę się zatrzymać, zaraz zwymiotuję sobie sama do ust i wypluję to przez fajkę jak jakiś chory na grypę żołądkową delfin! Podpływam do brzegu i mocno oddycham, by powstrzymać konwulsje i się uspokoić. Po kilku rundkach cała drużyna zrobiła sobie przerwę i odpoczywaliśmy wspólnie przed rozpoczęciem krótkiego turnieju trzy osoby na trzy. Co uspokoiłam żołądek, to się na nowo zestresowałam, bo co to ma znaczyć, że mam grać?! Co ja mam robić?!

– Ola, ty siedzisz jej na płetwach, jak ona się obróci, to znaczy, że masz ją zastąpić. Jak tobie zbraknie tchu, to się odwracasz, a ja będę za tobą. Jasne? To jazda.

Obserwowałam koleżankę z drużyny, trzymałam się jej blisko, płynąc na powierzchni. Widzę, że ona kończy manewr, więc schodzę do niej, przejmuję krążek, ile sił w nogach płynę do bramki, piersiami sunę po dnie, aż krążek dotknął metalowej osłonki.

– Czy tak się strzela gole? – pytam wypluwając płuca i godność.

– Trzeba tam w tą rynienkę wrzucić krążek, ale było blisko. Super!

Kilka akcji później, gdy już bardzo ciężko mi było utrzymać powietrze i wymioty na miejscu, postanowiłam, że dam z siebie wszystko. Rzuciłam się na krążek, wyminęłam jakiegoś typa i chcę się ruszyć dalej, ale skończyło mi się powietrze, nikogo nie miałam blisko, by podać i spanikowałam. Bałam się, że się utopię, że umrę grając w hokeja wodnego. Uznałam, że nie mogę na to pozwolić, że muszę jeszcze żyć! Zostawiłam korek na dnie, płynąc na powierzchnię jak szybko mogłam. Wypłynęłam jak zmęczona foka, wypluwając z ust fajkę. Podpłynęłam do rynny, bo wiedziałam, ze nie wytrzymam już ani chwili. Wdech wydech wdech wydech. Pierwszy wdech wzięłam nosem i się jeszcze bardziej poddusiłam silikonem z gogli. Śmierć, to już jest śmierć. To koniec. Trwała przerwa i odwróciłam się plecami do wszystkich, by ukryć swoje niedomaganie. Już po wszystkim. Do domu.

– Wracasz do nas?

 No, fajnie było.

Część V

-Ja nie obchodzę Dnia Matki.

Usłyszałam od siostry Coco, wyciągając zakupy z siatki. Była to sobota, wczesny poranek, więc teoretycznie powinnam robić wszystko inne, a napewno nie stać w kuchni Holendrów, wypakowując zrobione przeze mnie zakupy. A zwłaszcza, nie powinnam była mieć w planach pieczenia ciasta z okazji obchodzonego w Holandii w drugą niedzielę maja Dnia Matki, ale wiecie, jak ważne są one w polskiej kulturze. Chciałam potraktować Panią Mamę Holenderkę jak własną. Za to nie spodziewałabym się nigdy, że zrobię to jako jedyna.

-Co masz na myśli? – zapytałam, głęboko wierząc w to, że usłyszę co innego, niż się spodziewałam.

-Ona nas tylko urodziła, nigdy nie robiła rzeczy typowych dla matki. Nie wychowała nas, nie gotowała, nie była jak reszta matek.

A jednak. Usłyszałam dokładnie to, czego usłyszeć nie chciałam. Patrząc na tę już prawie osiemnastoletnią dziewczynę, która od urodzenia była wychowywana przez obce kobiety z innych krajów. To one robiły z nią lekcje, kąpały, przygotowywały posiłki, opiekowały się podczas choroby, bawiły i prowadziły na jazdę konną.

-Twoi rodzice, oni oboje pracują, ale postarali się, byście nigdy nie byli sami i niczego wam nie brakowało. Do tego spędzacie w sumie ponad 8 tygodni razem co roku na przeróżnych wyjazdach, całą piątką, a to więcej, niż chyba ja z moimi rodzicami przez całe życie. Może nie ma ich na codzień, ale zawsze są dla was.

Wydawała się nieprzekonana. Nie wiedziałam co jej jeszcze powiedzieć. Sama przeżywałam wewnętrzną walkę w tej sprawie – czy tak powinno się wychowywać dzieci? Tata w wiecznych rozjazdach, kilka krajów w miesiącu. Mama, lekarz, ale pracuje 3-4 dni w tygodniu, w tym tylko jeden, maksymalnie dwa dyżury. Ja, zwykle do dyspozycji, gdy nikogo nie ma na noc. Dbałam tylko o to, by mieli w co się ubrać i co zjeść. Czasami towarzyszyłam wieczorami. Coco kiedyś mi powiedziała coś, co w ogóle nie pasowało do niej, brzmiało, jakby odtworzyła coś, co kiedyś gdzieś usłyszała.

-Chciałabym, by byli częściej w domu, ale są tylko ludźmi, też mają swoje życie.

Mieszam te składniki na ciasto, myśląc o moich rodzicach, którzy zawozili mnie na obozy, treningi, do szkoły. Którzy kupowali mi nową kurtkę, zamiast sobie. Którzy zawsze byli, gdy ich potrzebowałam. Czym się różnili od rodziców Holendrów? Dlaczego moi rodzice według siostry Coco bardziej zasługiwali na prezenty i niespodzianki z okazji Dnia Matki czy Ojca?

Przychodzę w niedzielny poranek, witam się z Panią Mamą i składam jej życzenia. Mówię, że upiekłam ciasto, które dziś możemy z tej okazji zjeść po obiedzie.

-Dziś na obiedzie będziemy tylko ja, ty i Coco, reszta ma już inne plany. Dziękuję bardzo, jest mi niezwykle miło!

Powiedziała, przygotowując odświętne śniadanie dla całej rodziny z okazji własnego dnia.

 

Bądź na bieżąco tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

Część IV

Ostatni tydzień bycia au-pair miałam spędzić razem z nową au-pair mojej rodziny, by ją wdrożyć, pokazać życie w rodzinie, jaki chleb je tata, a jaki Coco i dlaczego nie może kupować mleka półtłustego. Same istotne kwestie! Większość moich rzeczy miałam już z powrotem w Polsce, więc mój pokój był prawie pusty, gotowy na zbliżającą się zamianę. Nowa ofiara przyjeżdzała w środę, a mój lot powrotny miałam w poniedziałek rano.

Nadszedł dzień przyjazdu mojej zmienniczki (która była Holenderką, więc wielkie wydarzenie to nie było tak naprawdę, tylko ja jak zwykle przeżywałam to bardziej, niż ona sama…). Wspólnie z Coco ją odebrałyśmy, pomogłyśmy z walizkami i po drodze pokazałyśmy to, co Abcoude miało do zaoferowania, to jest dwa kościoły, cztery salony fryzjerskie, trzy piekarnie, dwa mięsne i pięć restauracji, a to wszystko na jednej ulicy. Weszłyśmy do mojego domu (miałam własny au-pair dom!) i zaprowadziłam nowicjuszkę do mojego pokoju, by jej pokazać co i jak.

-Na razie zostaniesz w apartamencie na górze, tam jest łazienka i kuchnia. Jak wyjadę, to się tu na spokojnie wprowadzisz.

-… a nie mogę już się tu wprowadzić?

Zaskoczona tym pytaniem, spojrzałam na pomieszczenie, w którym spędziłam ostatni rok – łóżko, w które wsiąkła niejedna moja łza czy przewrócone piwo ze śmiechu; biurko, przy którym pisałam moje wszystkie posty i artykuły; okno, przez które wystawiałam stopy w ciepłe dni. Nie byłam gotowa na tak szybkie pożegnanie z tym miejscem.

-tak, jasne! Nie ma problemu! Wezmę tylko swoje rzeczy.

Zeszłam do łazienki, by zrobić miejsce dla nowej właścicielki. Myślałam, że będę miała czas do końca tygodnia z tym wszystkim się pożegnać, zrobić jakiś dziwny rytuał płaczu i szczęścia, nie wiem, cokolwiek! Wrzuciłam swoje wszystkie kosmetyki w wiaderko, bo wiaderka nie oddam jeszcze, chociaż tyle uratuję przed nagłą utratą. Wróciłam do pokoju, wrzuciłam na jedną kupę ubrania, buty i inne rzeczy, które jeszcze chwilę temu miały swoje miejsce w tym pokoju. Zabrałam się z tym wszystkim piętro wyżej, czując się, jakby ktoś mnie wygnał z raju, z mojego miejsca. Inaczej sobie wyobrażałam ten moment. Ja chciałam ostatnią noc, jak w filmach, przejechać dłonią po meblach, poczuć ostatni raz miękkość łóżka, otworzyć okno i spojrzeć na moje koty, położyć się na podłodze, by pomyśleć o wszystkim, co się wydarzyło, a nawet uronić łezkę ostatniej nocy.

W sobotę, gdy nowa au-pair była na spacerze, weszłam do swojego byłego pokoju. Tam, gdzie stały moje torebki, teraz były odżywki proteinowe (jezu…), na miejscu moich niegdyś książek stały kosmetyki, a na łóżku leżała nowa pościel. Wróciłam myślami do moich pierwszych dni w tym pomieszczeniu, gdy było tak brudne i niepoukładane, że po wyjeździe poprzedniej au-pair zrobiłam generalne porządki, pojechałam do ikei, poprzesuwałam meble i uprałam wykładzinę. Usiadłam na podłodze, uśmiechnęłam się do siebie i czekałam, aż poczuję gotowość na ostateczne pożegnanie.

Ono chyba nigdy nie przyjdzie, bo ciągle czekam.

Bądź na bieżąco tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

Część III

To będzie opowieść o samotności, zatem poproszę Was o włączenie tego: https://www.youtube.com/watch?v=vp5qJlr4go0 i niech leci w tle.

Około czternastej poszłam do miejskiego teatru, by wspólnie z holenderskimi emerytami przygotować salę na koncert jazzowy. Rozkładam krzesła, słucham rozmów, udając, że wszystko rozumiem, a nie rozumiem nic, bo holenderski wraz z wiekiem zmienia się w dialekt indyka, który od urodzenia pali papierosy i przez to ciągle musi pozbywać się flegmy (co czwartek musiałam kupować stroopwafle na targu u takiego pana, co nie miał kilku palców, bo pewnie stopił je sobie robiąc karmel, ale rzecz w tym, że ja nigdy go nie mogłam zrozumieć, nawet nie wyłapywałam pojedynczych słów. Był to jeden dźwięk duszącego się człowieka, który stara się powiedzieć ostatnie zdanie w swoim życiu). Skończyłam, powiedziałam, że zobaczymy się na koncercie, oni do mnie grghgrhgrhgrhgr, a ja mhm, tak, tot ziens!

Wróciłam do domu, otworzyłam butelkę wina, zaczęłam gotować obiad i myślałam o tych starszych ludziach, którzy się tak różnią od tych, których spotykam i znam w Polsce. Zanim skończyłam gotować, butelki ubyło jakby za szybko i jako odpowiedzialny dorosły, zakorkowałam ją i zachowałam na później, to jest na obiad, który miałam właśnie zjeść. Usiadłam do stołu, tym razem nalałam wina do lampki, bo gdyby któryś z Holendrów wszedł i zobaczył mnie z samą butelką, to odkryłby moje prawdziwe oblicze i zablokowałby mi dostęp do niekończącego się wodopoju i bym musiała sama sobie kupować wino. Napisałam do wszystkich osób jakie znam w Holandii czyli z cztery, czy chciałyby mi towarzyszyć na koncercie, ale każda była zajęta (następnego dnia zobaczyłam, że miałam wysłane wiadomości do byłego chłopaka, ale to pisało wino; całe szczęście on był trzeźwy i powstrzymał ten potencjalny cyrk, pisząc – w skrócie – eee, nie).

Przebrałam się, wskoczyłam na rower i pojechałam do teatru. Trzy minuty później byłam na miejscu. Wpuściłam ludzi na salę, następnie usiadłam w ostatnim rzędzie i czekałam na koncert. Był piękny i pełny życia i emocji. W trakcie przerwy podeszła do mnie nieznajoma. Było bardzo głośno, a ona pyta po holendersku, czy chcę, by coś dla mnie wziąć do picia, a ja, że och, co? nie, dziękuję bardzo. Ona na mnie patrzy zdziwiona, patrzy na swoje koleżanki, ja w tym czasie myślę, czy może coś przegapiłam w przewodniku po meandrach dziwnych obyczajów Holendrów. Odwróciły się i odeszły. Analizując zdanie kolejny raz w głowie, uświadomiłam sobie, że ona się zapytała, czy na salę można wziąć ze sobą coś do picia. Zawstydzona uciekłam do domu. To znaczy nie, nie uciekłam, bo miałam ze sobą rower i akurat spadł pierwszy śnieg. Jak już pisałam, jedzie się tam trzy minuty, więc idzie z 10, to nie jest jakiś straszny odcinek, “mogę się równie dobrze z tym rowerem przejść” pomyślałam.

Pojechałam.

To był bardzo zły pomysł.

Pod kościołem był zakręt, który zdążył zlodowacieć i właśnie na nim wpadłam w poślizg. Spadając myślałam o tym, czy w Holandii jest legalne prowadzenie roweru pod wpływem i czy przypadkiem nie jest to jakiś znak, że upadłam akurat przy drzwiach kościoła protestanckiego. Leżałam w tym śniegu, po dwudziestej drugiej, na głównej ulicy Abcoude. Uświadomiłam sobie, że czuję się okropnie samotna. Świeże płatki opadały mi na twarz, by następnie stopnieć we łzach. Nie mogłam się dogadać z charczącymi ludźmi, a też nie za bardzo wiedziałam jak poznać ludzi w swoim wieku, by ich do siebie od razu nie zrazić. Wszystko, co robiłam tego dnia, zrobiłam sama. Zapragnęłam wrócić do domu. Śnieg zaczął wsiąkać w spodnie, a policzki zdrętwiały od zimna i łez. Leżałam jeszcze przez chwilę, patrząc na wieżę kościelną, świąteczne lampki i białe płatki, gdy nagle mój widok przysłoniła mała główka.

-Juff Ola? Alles goed?

Patrzyłam na tego małego chłopczyka, któremu na co dzień pomagałam zapinać kurtkę w szkole, bo ma głupi zamek i się ciągle zacina. Powoli się podniosłam, otrzepując i poprawiając płaszcz. Wspólnie podnieśliśmy mój rower, podziękowałam i pożegnaliśmy się. Odprowadziłam blond czuprynę wzrokiem i patrząc na niego, dotarło do mnie coś niezwykle istotnego. Nie byłam wcale samotna, po prostu poznawałam ludzi, którzy w inny sposób zapełniali mi życie. Usilnie starając się kopiować moje życie w Polsce, traciłam te w Holandii. 

Wróciłam na koncert, otaczając się nieznajomymi, ciesząc się każdym usłyszanym charknięciem. 

Bądź na bieżąco tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

Część II

To było w Halloween. W Abcoude organizowali warsztaty, koncerty, przekąski, miało być wino (darmowe!!!) i cała społeczność miasteczka, czyli około 50 osób i 10 psów miała tam być i się wspólnie bawić. Zrobiłam sobie super make-up, czyli rozcięte usta za pomocą kleju do rzęs, chusteczek higienicznych, czerwonej szminki i wszystkiego innego co mogłam znaleźć w swojej malutkiej, ale ulubionej holenderskiej łazience. Wyszło super, sąsiedzi i Holendrzy mówili “wow, Oula, you look scary!”, dając upust swojej wielomiesięcznie powstrzymywanej chęci wyrażenia opinii na temat mojego wyglądu (życie wśród wysokich, smukłych i wysportowanych pięćdziesięciolatek było tak stresujące, że z tego stresu jadłam jeszcze więcej stroopwafli i nie pokazywałam się na siłowni przez kilka tygodni).

Po całym dniu przygód, darmowego białego wina i straszenia dzieci, wróciłam do siebie, zmyłam z siebie makijaż i wślizgnęłam się pod wcześniej ogrzaną termoforem kołdrę. Znacie ten wyjątkowy w życiu moment, gdy leżycie idealnie w łóżku, poduszka tak cudownie otula głowę, a stopy są ciasno zwinięte w kołdrzany kłębek ciepła? Tak pięknie, że aż żal psuć ten perfekcyjny, chwilowy porządek świata. Wtedy dzwoni telefon. Który został na stole. Daleko od łóżka. W strefie zimna i nieszczęścia. Niechętnie wstałam, odebrałam i słyszę “Ola, idziemy do klubu!”. Spojrzałam tęsknym wzrokiem na moje rozgrzane łóżko, potem za okno, a następnie na moje mało ekscytujące życie au-pair. Ubrałam sweter, vansy, ogrodniczki – Ola idzie do klubu!

Po kilku piwach zaprzyjaźniłam się ze wszystkimi w klubie, każdemu pokazałam zdjecie makijażu, który miałam na sobie tego dnia i tłumaczyłam, że ja już byłam dawno w łóżku, ale postanowiłam wydać pieniądze na alkohol, frytki i trochę więcej alkoholu, co nikogo nie przeraziło jak mnie. Każdy wręcz mi gratulował odpowiedniego wyboru. Wtedy zobaczyłam ją. Samotnie stojącą dziewczynę, która piła piwo i nie widziała jeszcze zdjęcie mojego makijażu. Poprawiam szelki, wyciągam tableta (możemy poświęcić moment na to, że zabrałam tableta do klubu? Dziękuję.) i podchodzę bliżej.
-Hej, widzę, że jesteś tu sama.
-Hej…Nie, ja jeste-
-Zobacz mój super makijaż jaki dziś miałam na halloween!
-Yyy, no super…
-Dobrze się bawisz tak sama?
W momencie, gdy to powiedziałam, uświadomiłam sobie jedną, bardzo, bardzo ważną rzecz. Tak ważną jak to, ile kotów można głaskać jednocześnie oraz drugą, równie istotną kwestię, to jest przelicznik euro na stroopwafle i czipsy.

Byłam w klubie gejowskim.

Nigdy w swoim życiu krótkim jak moje nogi nie przypuszczałam, że stanę się natarczywym typem podbijającym do typiarek w klubie! Dziewczyna wróciła do swoich koleżanek, jednocześnie dając mi mojego pierwszego kosza od kobiety. Stałam przy tym stoliku jeszcze chwilę, odtwarzając w głowie całą sytuację w kółko. Fala wstydu i upokorzenia zalała moje myśli i jak tsunami uderzyła w pęcherz. Biegiem poleciałam w stronę toalety. Staję w kolejce, przebieram z nogi na nogę, a przede mną stoi ta sama dziewczyna, która zdegustowana moim widokiem, posłała swoim koleżankom wzrok typu “jezu, znowu ona”.

Nigdy nie robiłam smutniejszego siku jak wtedy.

Bądź na bieżąco tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

Część I

W lipcu poczułam przykry ból niezadowolenia życia. Po godzinach opłakiwania swojej bezczynności i bezradności w temacie oszczędzania pieniędzy postanowiłam, w środku nocy, że pojadę na weekend do Belgii. O pierwszej w nocy zadzwoniłam na infolinię zapytać, czy moja zniżka na pociągi obowiązuje w pociągach na terenie Belgii. Ułożyłam w głowie zdanie, piękne, gramatycznie poprawne, no idealny holenderski, jak pączek z perfekcyjnie rozłożonym dżemem. Pan powiedział “nie” i tyle było z ambitnych nocnych rozmów. Znalazłam nocleg na Couchsurfingu u Belga, który nie miał ani jednej opinii, ale jako jedyny nie napisał “hello biutiful”, zatem selekcja była naturalna. Spakowałam majtki i pojechałam. W Rotterdamie kupiłam bilet do Antwerpii i jak podekscytowany piesek czekałam na pociąg. Czekała mnie super przygoda, same super rzeczy, za-ba-wa!

Nie do końca.

Zacznę od tego, że na te dwie godziny podróży pociągiem ściągnęłam sobie “Życie jest piękne” Bernigniego. Akurat miało mi starczyć na trasę Rotterdam – Antwerpia. W trakcie przesiadki złapała mnie potrzeba poczucia się doroślej i kupiłam kawę (ja przecież nie piję kawy…). Siadam sobie, czytam przewodniki po tym pięknym mieście, planuje co i jak, gdy nagle zaczepia mnie pan obok.

-Sori, madam.

-Yes?

-Speak you Deutch? Rossish?

-No, but I speak Polish.

-O kurwa… ale jaja…

Po tym przywitaniu zostałam poproszona o znalezienie w internecie jakiegoś numeru do firmy, która okazała się nie do końca być firmą, o jakiej ja myślałam, ale fundacją dla bezdomnych Polaków. To była sobota i nikt nie odbierał. Pociąg miałam za 10 minut, kolejny za godzinę. Żadne numery nie łączą mnie z pomocą i czuję ogromny ból brzucha ze stresu. Przede mną siedzi człowiek, samotny, w obcym kraju, bez znajomości języka i pieniędzy. Dopiero wtedy zauważyłam stare rany na twarzy, poszarzałe ubrania i przepracowane dłonie. Jeden wielki smutek.

-Nie wiem nawet jak Panu pomóc…

-Ja sobie poradzę, muszę tylko iść do szpitala, tam mi powiedzą gdzie mogę iść. Dziękuję bardzo, bardzo.

Poleciałam biegiem na pociąg, usiadłam i pomyślałam o tych wszystkich ludziach, którzy nie mogą wrócić do domu albo go nie mają w ogóle i nagle poczułam, jakby cały smutek świata osiadł mi na ramionach. Starając się powstrzymać łzy, włączyłam film i chcąc się na nim skupić, odrzucałam myśli o tym człowieku. Wybór filmu był okropnie nietrafiony, bo te wszystkie łzy, które udało mi się zatamować, wylały się ze mnie z podwojonym żalem i przypomniało mi się wszystko co smutne i najgorsze. Podszedł do mnie pan, ja już myślę, że chce zapytać czy coś się stało, czy jakoś może mi pomóc, a usłyszałam jedynie “kawa, herbata, przekąski”.

 

Już jutro, kolejna Bajka przed 23!

Bądź na bieżąco tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

 

Źle zadane pytanie | The Inomhus Zine

Na rozmowach rekrutacyjnych pytają często o to, jak sobie wyobrażasz siebie za pięć lat, za dziesięć, kim będziesz i jak będzie wyglądało twoje życie. No i głowie leci film – jakaś fajna robota, może adoptowany pies, wspólnie wynajmowane mieszkanie z oddzielną lodówką, pewnie początki kredytowej przygody, kilka zapłaconych mandatów, znaleziona godność po latach poszukiwania z czasów studiów, cząstkowe ogarnięcie dorosłości i regularne telefony do rodziców. Do pracodawcy pójdzie info o chęci rozwoju, ewentualnie padnie zapewnienie, że dzięki twojej ciężkiej pracy firma wybije się w cyferkowe niebiosa i wspólnie będziecie latać między ASAPami, DDLami, forwardami i fakapami, upojeni pieniędzmi.  

Ale gdyby zapytać inaczej – jak wyobrażałeś sobie siebie za pięć lat pięć lat temu? Czy mając piętnaście lat tak wyglądała twoja wizja siebie w wersji dwadzieścia lat? Dwadzieścia pięć? U mnie to na maxa lipa wyszła, bo mam prawie dwadzieścia trzy lata i mając lat trzynaście myślałam, że za dwa lata będę rodzić pierwsze dziecko lol, a do tego miałam w planach mieszkać i pracować daleko od Polski (co zrobiłam!… ale wróciłam). Mając osiemnaście lat, o panie, to już w ogóle! Gdybym wiedziała, że będzie ze mną gorzej, niż już było, to bym codziennie o błogosławieństwo prosiła Najwyższego i jadła mniej czipsów.

Gdy teraz mnie ktoś zapyta Ej, jak widzisz siebie mając dwadzieścia osiem lat? to najpierw sprawdzę stan konta, upewnię się, czy dalej nie mam szans na zostanie królową Instagrama i sprawdzę, kiedy kolejna promka w Rossmannie. Gdy to wszystko zrobię, to odpowiem, że chcę tylko, by moja babcia jeszcze wtedy żyła, bo bez niej to lipa, a do tego nie chcę być w więzieniu, bo będą mi jeszcze kazali znów jeść mięso.

Chcę powiedzieć tylko jedno, bo się ciutkę rozpisałam – jakby nie było, będzie ok.  

 

Artykuł jest częścią pierwszego wydania The Inomhus Zine. Żeby nie przegapić kolejnego numeru, dajcie lajka tu: https://www.facebook.com/theinomhus/ i tu: https://www.facebook.com/pannaleksandrablog/

Wróciłam do Polski! Co teraz?

Ostatni lunch w Holandii, ostatnie rozmowy z sąsiedzkimi kotami w Holandii, ostatnia niedziela w Holandii, ostatnie nudle nad kanałem w Holandii, ostatni prysznic w Holandii, ostatnia noc w Holandii – takie myśli towarzyszyły mi ostatniego dnia w Holandii. Pomimo mojego nostalgicznego podejścia do całej sytuacji, łzy z oczu nie chciały lecieć. Dopiero ostatniego późnego wieczora, gdy uświadomiłam sobie, że robię ostatnie pranie w Holandii, popłakałam się nad otwartą pralką, wtulając się w mokre ubrania, pachnące moim ulubionym płynem (rok temu w moim życiu nie istniała kategoria Ulubiony płyn do prania #dorosłość). Rano wstałam, zabrałam się i pojechałam na lotnisko. Ostatni raz w pociągu w Holandii, ostatnia kawa w Holandii, ostatni samolot do Polski z Holandii.

Tego, co wydarzyło się potem, nie mogłam przewidzieć #kochamTrudneSprawy

Wszystko było super – wyprzytulałam rodzinę, wycałowałam Bartka, spotkałam się z przyjaciółmi, odwiedziłam moje ulubione miejsca i w końcu spałam w swoim łóżku. Nic mnie nie denerwowało, ale też… nic mnie nie cieszyło, nawet widok najpyszniejszego Cosmopolitana z Bliżej. Zepsuły mi się emocje – włącz wyłącz nie zadziałało (chociaż myślę, że Sopot o północy nie jest na to odpowiednim miejscem…), kilkukrotne uderzenie też nie, a próba przywrócenia poprzedniego systemu się nie powiodła… Byłam taka o. Ciało było na miejscu, ale umysł został gdzieś w połowie drogi z Holandii do Polski (pewnie w Niemczech, on to zawsze na przekór!). W domu nie mogłam sobie znaleźć miejsca, kręciłam się między kuchnią, łazienką i swoim pokojem (dobrze, że te trzy pomieszczenia są w jednej linii, nie nachodziłam się!). Desperacko szukałam przycisku reset, by wyjść z tego dziwnego letargu – sprzątałam w szafkach swoich, kuchennych, łazienkowych (nawet pokój brata posprzątałam…), prałam i segregowałam ubrania, zebrałam kilkanaście worków śmieci, zrobiłam porządną aktualizację swojego CV i porozsyłałam do różnych miejsc. W tym czasie również wyszła płyta Natalii Przybysz, która leciała u mnie na pętli, dzień i noc, cią-gle! Mijały już prawie dwa tygodnie od powrotu, a ratunek przyszedł w najmniej oczekiwanym momencie.

Upewnij się, czy nie zostawiłeś tam nic osobistego
kropli krwi ani marzeń swych
Upewnij się, czy nie zostawiłeś tam nic osobistego
żadnych łez z których niebo jest

Siedząc w SKMce, zamknęłam oczy i słuchałam tych słów, jakby Natalia pytała właśnie mnie o to, czy nie zostawiłam tam niczego osobistego. Odcięta od rzeczywistości (ale nowość!), przez chwilę zapomniałam, gdzie jestem i gdy otworzyłam znów oczy, widok mnie tak przeraził, że nie byłam pewna, czy to się dzieje na serio, czy może jak zwykle zasnęłam w ciągu minuty, gdy tylko poczułam trochę ciepła. Oczy powoli się zaszkliły, a usta otworzyły, jakby chciały zadać sto pytań jednocześnie wyciszając głos w gardle. Ja byłam przekonana, że mój pociąg zatrzymał się na Amsterdam Bijlmer Arena i jadę do Abcoude, a stałam w Gdyni Głównej! Jak wyrwana z dziwnego snu wyjęłam słuchawki z uszu, rozejrzałam się dookoła i widząc, że każdy element otoczenia potwierdza to, że jestem w Polsce, rozpłakałam się. Po dwunastu dniach emocjonalnej czystki ktoś w końcu wylał wiadra wody przez moje dwa brązowe okienka. Gwałtownie wysiadłam i stojąc w deszczu, słuchając w kółko czy nie zostawiłam tam nic osobistego, wypłakałam cały żal, tęsknotę, stres, ból, zmęczenie, obawy, strach i… szczęście. Reset.

Jestem w Polsce od prawie czterech tygodni. Dostałam się na studia magisterskie (Anglistyka, spec. nauczycielska), dostałam pracę w szkole językowej i powoli uczę się żyć tutaj na nowo, bo może i dom dalej jest tym samym domem, Morze Bałtyckie ciągle polskie, ale ja troszkę się zmieniłam (włosy jakby urosły, kilogramów przybyło, a plany się wyklarowały). Nie śpię jeszcze najlepiej, budząc się w środku nocy zdziwiona faktem, że jestem w innym miejscu niż mój pokój w Abcoude. Nie ma dnia, który nie byłby delikatnie okraszony myślą o moim poprzednim życiu w Holandii. Nie mogę już tak łatwo machnąć ręką na brak porządnych ścieżek rowerowych w drodze do pracy (poczuło się raz luksus…). Korzystam z dobrodziejstw Trójmiasta, biorąc udział we wszystkim, co się tu dzieje (koncert Krzysztofa Krawczyka to był jakiś kosmos, 12/10). Czekam jeszcze, aż mój umysł w końcu wyląduje w Gdańsku, bo coś się zasiedział w tych chmurach, a ja go na cito potrzebuję!